Dlaczego jestem kooperatystką [1938]

Za ladą gruby sklepikarz. Przed ladą chuda kobieta. Za ladą szuflada z pieniędzmi. Przed ladą pusta portmonetka i… książeczka „na kredyt”.

– Panie Kowalski, ile pan mnie dziś liczy za ten kawałek słoniny, Boga w sercu pan nie masz! – mówi rozpacz przez usta kobiety.

– Chcesz, bierz, nie chcesz, nie bierz. A fochów mi tu pani nie pokazuj, lepiej policz, ile na książeczce długu stoi.

Przed ladą cisza – za ladą triumf.

– No, widzisz pani, zabieraj swoją słoninę i z Panem Bogiem – mówi fałszywa dobroć z ust rumianego sklepikarza.

Wyciągnąć, wyciągnąć ją z tego sklepiku, wydobyć ją na wolność ze szponów „książeczki kredytowej” – tego pragnę. Dlatego jestem kooperatystką.

***

Piękne, błyszczące dwie wystawy. Na wszystkich pudełkach śmieje się słonecznie słowo „Społem”. Czystość, porządek, estetyka i… tylko paru kupujących.

– Dlaczego nie wszyscy jeszcze kupują w spółdzielni? – mówię do odzianego w czysty fartuch sklepowego.

– A to tylko przez nieuświadomienie, proszę pani. Kobiety po prostu nie wiedzą, co to jest spółdzielnia, dlaczego trzeba tu kupować, a nie w prywatnym sklepie. Ot, żeby kto zrobił zebranie, opowiedział im… wyjaśnił…

Dopomóc spółdzielni, uświadomić kobiety – oto zadanie moje.

Dlatego jestem kooperatystką.

***

– I jeszcze mam jeden kłopot – mówi dalej sklepowy. Nie mogę sprzedawać niektórych artykułów z marką „Społem” – bo moje klientki przyzwyczaiły się do innych i boją się zmiany. Słyszałem, że Liga Kooperatystek urządza pokazy, jak użytkować w gospodarstwie artykuły „Społem”.

Tak, Liga Kooperatystek robi to – w ten sposób pomaga kobiecie w jej gospodarstwie domowym przez wskazówki racjonalnej gospodarki.

Dlatego zostałam kooperatystką.

***

Długi zimowy wieczór w chacie wiejskiej. Zgromadzone wokół wielkiego pieca dziewczęta szyją, przędą, haftują. Poruszają się żwawo pracowite palce, poruszają się żwawo młode usta.

– Ty, Sonia, a widziałaś, jak Mania w ostatni „praznik” (święto) była ubrana? Skąd ona ma na taką sukienkę?

A z drugiego końca:

– Podobno, że ta stara Adamuszkowa, to ma takie oczy, że jak spojrzy, to dziecko kołtun zaraz dostaje.

A dalej:

– Na żołądek albo i reumatyzm, albo na ból głowy jedno jest lekarstwo: zebrane o północy ziele pokrzywy ususzyć, naparzyć, na krzyż garnek z odwarem przewiązać i pić, trzy razy pokłoniwszy się w stronę ikony.

I tak idą plotki, pogwarki, o bliźnich, o cudach, o urokach,

O strachach, o duchach…

Tak jest w wielu wsiach – i w kresowych, i w centralnych, i we wschodnich, i w zachodnich.

Przyjść, opowiedzieć o zdobyczach wieku XX, skierować ich zainteresowania na społeczną stronę życia, wyjaśnić, ile można by zrobić, będąc jak one w gromadzie – to cel, to ważny, piękny cel Ligi Kooperatystek. Dlatego zostałam kooperatystką.

***

Opary mydlin. Woń złego mydła, chlorku, brudnej bielizny. Balia. Za balią twarz o wyblakłych oczach, fioletowych policzkach, nabrzmiałych krwią żyłach skroni.

Ręce – czerwone kawały mięsa, ożywione wolą tarcia, mydlenia, tarcia, mydlenia…

Chrzęści bielizna tarta o balię. Pot już nie kroplami, ale strugami spływa z czoła.

A przecież można inaczej…

„Wieczorem namoczyć bieliznę w wodzie z »Proszkiem Gospodarskim«. Nazajutrz dolać gorącej wody, lekko przeprać, po czym gotować w proszku samopiorącym »Społem«. Zaraz to paniom pokażę”.

Biały fartuch i biały czepeczek. Uśmiechnięta twarz instruktorki Ligi Kooperatystek. Skupione, poważne postaci kobiet, otaczających półkolem stół z miskami, proszkami, bielizną.

A jeśli choć jedną z tych nieszczęsnych praczek, wymęczonych do ostatka starą i jakże nieoszczędną, jeśli idzie o trwałość bielizny, metodę prania, uratuję od tej męczarni – to dla niej jednej – czyż nie warto było zostać kooperatystką?

***

Małe stworzonko pełza po podłodze. Spod kusej koszuliny – chude pośladki.

– A czemuż on jeszcze nie chodzi? – pytam matki.

– A u niego, proszę paniusi, angielska taka choroś
czy jakości tam dochtór mówił. „Kartofli – powiada – nie pchać w niego – posilić mięsem, chlebem białym – powiada – lekarstwo takie z wapnem (czy z czymś tam) zażywać trzy razy dziennie”. A skąd ja mam wziąć na to pieniędzy, moja pani? U nas podatki już cztery lata jak niepłacone. Ręka boska tylko jakoś broni od komornika.

– I nijak zdobyć tu na wsi pieniędzy nie można? A sad macie, jabłek tyle…

– Paniusiu, teraz, w jesieni pojechałam sprzedawać, to mi sklepiczarka jedna dała trzy śledzie za pół puda jabłek. Tyle tego nazwozili ze wisi, że porozjeżdżali się do domów z pełnymi workami. Opłaciłoby się, owszem, ale w zimie, sprzedawać suszone. Ale u nas nie ma takiego pieca, jak potrzeba do suszenia. A na piec to znowu nie ma pieniędzy.

– A jeśli by tak spółdzielczy piec, suszarnię postawić, co?

– A jakże to, jak?

Opowiedzieć, doradzić, pomóc. Aby to dziecko i to drugie, i dziesiąte mogło mieć czasami kawałek mięsa, białego chleba, lekarstwo.

Dlatego zostałam kooperatystką.

***

Pomóc gospodyni, matce, robotnicy. Uwolnić od wyzysku biedną chałupnicę, uświadamiać społecznie swoje otoczenie przez odczyty, kursy. Propagować spółdzielczość i jej wyroby – oto zadania Ligi Kooperatystek.

To czyni Liga od dwóch lat. Działa już kilkadziesiąt kół Ligi. Uruchomiono kilka kursów dla instruktorek spółdzielczości, przeprowadzono setki pokazów.

Rozświetlono niejedną izbę pogawędką spółdzielczą – pogawędką, co daje nadzieję na lepsze jutro.

Brać udział w takiej pracy – to konieczność i zaszczyt.

Dlatego zostałam kooperatystką.

(AS)


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Kalendarzu Spółdzielczym Społem! na rok 1938”, Powszechna Spółdzielnia Spożywców w Łodzi, Dział Wydawnictw „Społem” Związku Spółdzielni Spożywców RP. Od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.