O jedność ludową [1913]

JPG1

Wszędzie w więcej postępowych krajach widzimy, że walka klasowa przyjmuje łagodniejsze formy; gdyby było inaczej, przyszłość wyglądałaby mniej obiecująco.

Słowa socjalisty niemieckiego E. Bernsteina

W numerze 26 „Zarania” p. Franciszek Czyściecki poruszył sprawę wielkiej wagi, a niezmiernie smutną. Na pozór chodzi o drobnostkę.

Sekretarz Związku Robotników Cukrowniczych nazwał „Zaranie” i cały „ruch chłopski”, „burżuazyjnym”, a więc wrogim prawdziwie ludowym ideałom, którym zapewne, według niego, mogą służyć tylko robotnicy.

Jeżeli chodzi o obronę „Zarania”, to może ono się powyższym zarzutem nie zajmować, zarówno cała treść naszego pisma, jak całe życie ruchu chłopskiego, który się przy „Zaraniu” skupia, świadczy przeciw takiemu powiedzeniu. Nikt się, chwała Bogu, na „zaraniarstwie”, kosztem cudzej krzywdy, nie zbogacił, nikt z zaraniarzy nie dał dowodu, jakoby mu była obojętna dola ludowa – jego braci robotników i jakakolwiek ich sprawa.

Nie o to jednak chodzi.

Pod tą drobnostką, jaką jest ów zarzut uczyniony „Zaraniu”, kryje się rzecz poważniejsza i groźna. Kryje się to, co p. Czyściecki przewiduje – dążenie do sztucznego rozłamu wśród samego ludu, do psucia tej jedności między robotnikiem i chłopem, jakiej „Zaranie” wiernie służy, idąc pod tym względem ręka w rękę z najbardziej postępowymi partiami ludowymi Europy Zachodniej.

Nie zgodzimy się jednak z p. Czyścieckim, że rozłam ten jest nieunikniony.

Jeżeli są dążenia w tym kierunku, to winą ich jest albo głupota ludzka, albo doktrynerstwo, to jest trzymanie się rękoma i nogami jakiejś raz wyuczonej teorii, choć życie woła, żeby naprzód iść i teorie zmieniać i doskonalić je.

Głupota lub pyszałkostwo, które każą miastowym robotnikom z pogardą mówić o chłopach, znikną, gdy się wzniesie poziom oświaty i kultury.

Na upór jednak i „doktrynerstwo” trudno znaleźć lekarstwo.

Doktrynerstwo ujawniło się w słowach, którymi, wedle p. Czyścieckiego, sekretarz Związku Robotników Cukrowniczych określił „Zaranie”.

Powiedział on: „»ideowo« tak »Zaranie«, jak i sam »ruch chłopski«, różni się biegunowo od naszych dążeń robotniczych, gdyż chłopi-rolnicy, a nawet służba folwarczna dążą do własności, a więc są zwolennikami kapitału, podczas gdy my, robotnicy fabryczni, jesteśmy tej własności i tego kapitału wrogami”.

Sądząc z tego powiedzenia, można by pomyśleć, że ruch chłopów małorolnych ku oświacie, podniesieniu dobrobytu i wprowadzeniu sprawiedliwości społecznej – jest to dążenie małych kapitalistów do zdobycia wielkiego kapitału, do zbogacenia się, aby się potem wzajem o bogactwo żreć i ciemiężyć biednych robotników.

Co więcej, nawet biedni robotnicy rolni, najwięksi nędzarze tej ziemi polskiej, nie są braćmi robotników fabrycznych, bo i oni dążą do posiadania ziemi. Prawdziwymi przeciwnikami obcego, kapitalistycznego, ustroju są tylko robotnicy fabryczni – przeciwnicy zasady własności.

Takie poglądy mącą tylko umysły. Robotnik może istotnie nabierać nieufności do wieśniaka, jako do przyszłego kapitalisty, który go może kiedyś zacznie ciemiężyć, a znów włościanin zacznie spode łba patrzeć na robotnika, sądząc, że jeśli ten się organizuje, łączy w związki, stowarzyszenia, to tylko po to, by jemu, temu chłopu, jego cichą chudobę kiedyś wydrzeć i oddać jakiemuś nie istniejącemu państwu.

Tymczasem nikomu nie grozi ani jedno, ani drugie, za to może grozić niepotrzebna kłótnia wśród samego ludu. Dlatego też gdy się głosy o tym w „Zaraniu” odzywają, postarajmy się te rzeczy wyjaśnić tak, jak je pojmuje nowoczesna nauka i tak, jak je samo życie tworzy.

Nie chodzi nam o ten poszczególny głos robotnika cukrowniczego. Ale takich głosów jest w społeczeństwie więcej. Takie przekonania głosi, w dobrej zresztą wierze, robotnicze pismo „Kuźnia”, nie widząc, jaką tym szkodę swojej własnej sprawie wyrządza.

Na Zachodzie Europy ludzie przekonali się już, że nic dobrego nie może wynikać z łamania solidarnej jedności ludu; pojęli to, jak niedorzeczne jest nazywanie „burżujem” chłopa, którego jedynym tytułem do życia jest krwawa praca rąk, i jak głupim byłoby przeciwstawianie się robotników własności chłopskiej, która nikomu krzywdy nie przynosi, ale natomiast przez kooperatyzm i łączność z ruchem robotniczym, zatraca powoli wszystkie cechy prywatnej, kapitalistycznej, zaborczej własności.

I o tym właśnie pomówimy.

Dlaczego i w jakim stopniu robotnicy są przeciwnikami własności?

Robotnik, pozbawiony wszystkiego, widzi, że inni posiadają własność – fabryki, maszyny, kapitały z jego krzywdą, widzi on, że ta własność nielicznych kapitalistów jest dziś źródłem nadmiernych ich zysków osobistych. Widzi on wokół siebie wielkich spekulantów, dla których własność jest środkiem ciemiężenia innych ludzi pracujących ciężko, by tamci przysporzyli sobie bogactw; dusza robotnicza buntuje się na taki podział własności.

Wielcy badacze życia społecznego – Marks i Engels, patrząc na taki układ stosunków, myśleli długo, jaki jest sposób na to, aby i tym, którzy nie mają nic, zapewnić jednak korzystanie z tego świata sprawiedliwie, bez krzywdy i wyzysku.

I stworzyli oni naukę, która powiada tak: „Bogacze bogacą się coraz więcej kosztem pracy biednych. Ilość biednych, nic nie mających ludzi, wzrasta coraz bardziej i tworzy tak zwany proletariat. Jednocześnie ilość bogaczy się zmniejsza, bo »zjadają oni sami siebie«.

Przez konkurencję własność w postaci kapitału gromadzi się w rękach coraz mniejszej ilości milionerów i »królów« przemysłowych. W końcu przyjdzie chwila przełomowa – mówili Marks i Engels – lud wydziedziczany wywłaszczy nielicznych już a potężnych właścicieli i ziemię oraz fabryki uspołeczni, to jest obejmie we wspólne posiadanie. Zarząd nad tą uspołecznioną własnością obejmie państwo demokratyczne – ludowe”.

Według tej teorii chłop małorolny był „ostoją starego porządku”, bo, jako „drobny kapitalista”, odwlekał tylko chwilę uspołecznienia własności ziemskiej. Wtedy to urodził się ów antagonizm, czyli różnica interesów chłopa i robotnika; zaczęli go głosić zwolennicy nauki Marksa i Engelsa i przekonania swoje upowszechniać między robotnikami.

Główna zaś przez Marksa głoszona zasada wynikała stąd, że Marks nie znał stosunków wiejskich i przykładał do nich tę samą miarę, co do miejskich stosunków przemysłowych – fabrycznych. Sądził on, że na wsi, zupełnie tak samo jak w mieście, musi zapanować uspołecznienie i skupienie bogactw, a zatem powstanie taki sam jak w mieście bezdomny i nic nie mający proletariat wiejski i przez niego to dokona się demokratyzacja, czyli uludowienie stosunków. Chłop małorolny – myślał Marks – póki nie stanie się proletariuszem, przeszkadza tylko temu procesowi, on utrzymuje stary, zły porządek rzeczy.

Jednakże życie wykazało duże uchybienia od tej teorii. Jest to zupełnie naturalne; przecie i najgenialniejszy umysł nie może wszystkiego przewidzieć. Marks i Engels sami pod koniec życia przyznawali do pewnego stopnia niektóre swe pomyłki. Dziś te partie robotnicze, które są zwolennikami ich nauki, poprowadziły ją nowymi drogami, nie odstępując jednak ani na krok od czystości naczelnych swych zasad, którymi są: zniszczyć wyzysk i krzywdę i zaprowadzić sprawiedliwy podział własności.

Jaką jednak drogą to uzdrowienie stosunków własnościowych nastąpi, jak się ono przedstawi w ostatecznej swej formie, tego nie można z góry i ściśle wyliczyć. To pewne, że zwolenników gwałtownego wywłaszczenia coraz jest mniej, bo oto przez kooperatyzm i związki otworzyły się inne drogi nie do zniszczenia, ale do uzdrowienia stosunków własności.

Wiele doświadczeń życiowych okazało, że robotnicy nie są jeszcze przygotowani do nagłego objęcia w zarząd i posiadanie całego współczesnego życia gospodarczego. Okazało się, że trzeba ich oświecać, uczyć, organizować, przyzwyczajać do samorządu; żeby zaś możliwa była oświata i uobywatelnienie robotników, musieli oni powoli wywalczyć dla siebie cały szereg praw… A gdy się zabrali do tej olbrzymiej pracy, zobaczyli, że oto otwierają im się nowe drogi do sprawiedliwej przyszłości: kooperatyzm rozwinął się prześlicznie i przyszedł w pomoc nauce Marksa i Engelsa.

Praca w kooperatywie przyucza robotników do samorządu i otwiera im możność stworzenia tak własnych, robotniczych fabryk oraz powolnego w przyszłości zamieniania wszystkich na pracowników dla dobra społecznego.

Jednocześnie we wszystkich partiach robotniczych Zachodniej Europy zmienia się pogląd na chłopa. Życie wykazało, że stosunki w pracy na roli są całkiem inne niż w przemyśle i ludem niekoniecznie jest sam wydziedziczony proletariusz. Przewidywane przez Marksa skupianie się majątków w rękach wielkich posiadaczy wcale na wsi nie ma miejsca.

Przeciwnie. We Francji, Belgii, w Niemczech średnio większe majątki rozkupywane są przez chłopów. Ilość właścicieli gospodarstw nie tylko się nie zmniejsza, ale zwiększa z dniem każdym. Więc cóż? Czy przez to oddala się przyszłość sprawiedliwa? Nie! Kraje o małej własności rolnej przodują innym pod względem postępu i demokratyzacji, z zapanowania zasad ludowych.

Czy więc drobną własność rolną można uważać za burżujską? Czy może jest ona przejściem normalnym do sprawiedliwszej formy władania – do tego, że każdy pracuje na własnym warsztacie, o co robotnikom tak chodzi?

Czy można występować przeciw drobnej własności, skoro życie z mocą wykazuje, że posiadanie lub obrabianie skrawka ziemi jest najsilniejszym pragnieniem nędzarzy?

Zastanowił się robotnik. Mamże być przeciwnikiem tej chłopskiej własności? I pojął, że nie może być jej przeciwnikiem. Wszak jest on tylko przeciwnikiem własności jako źródła zysku i wyzysku. A chłop małorolny nikogo nie wyzyskuje – przeciwnie, sam jest wyzyskiwany – i to przez kogo? Przez tych samych kapitalistów. Wspólnego mają wroga – nie są więc braćmi?

A zysk? Boże mój! Ten, który chłop dziś ma, to nie zysk, ale niepełny nawet plon pracy – ten, do którego dąży, to tylko zatrzymanie dla swej rodziny plonu i jej ciężkiego trudu. I jak do tego dąży włościanin? Przez kooperatyzm, który sprawia, że zysk jego staje się jednocześnie zyskiem całej gromady, że im lepszy dochód z każdej pojedynczej gospodarki, tym piękniejsze można we wsi budować szkoły, domy ludowe, łaźnie, ochrony i wszystko to, co stanowi o szczęściu społecznym narodu.

Robotnicy nie mogą mieć nic przeciwko takiej własności, która zrzeszona w demokratyczną spółdzielczość, tworzy tak piękne rzeczy, a nie zrzeszona jest równie biedna i wyzyskiwana, jak dola robotnicza. Toteż w ziemiach Zachodniej Europy robotnicy nie tylko zbliżyli się do włościan, uznając w nich najserdeczniejszych braci w doli i niedoli, ale posłowie robotniczy do parlamentu zaczęli dla robotników rolnych wywalczać ulgi prawne przy nabywaniu i wydzierżawianiu ziemi. Doszli oni do przekonania, że ziemia w takiej ilości, w jakiej ma ją chłop małorolny, to tylko warsztat do pracy, warsztat, jaki każdy ma prawo posiadać.

Że gospodarka małorolna, zrzeszona w kooperatywy, to może właśnie typ pracy rolnej, jaki zapanuje w przyszłym ustroju ludowym, a w każdym razie typ zbliżony do tego. Chodzi właśnie tylko o to, by niezłomnie strzec ludowego ideału, którym jest: używać narzędzi pracy i jej plonów bez niczyjej krzywdy, a z korzyścią dla społeczeństwa. Nie dążyć tedy do posiadania nadmiaru i warunki życia swego polepszać nie przez gromadzenie bogactw osobistych, ale przez społeczne współdziałanie i gromadzenie kapitałów społecznych.

To prawda, że w poszczególnych właścicielach-chłopach mogą się obudzić dążności „burżuazyjne”, może on zapomnieć o największej zasadzie społecznej: sprawiedliwości; może z krzywdą braci dążyć do wyniesienia się, lecz czyż nie znajdziemy i wśród robotników takich, których marzeniem jest posiadać sklep własny lub którzy przez schlebianie swym pracodawcom pną się na coraz wyższe szczeble urzędów fabrycznych, zapominając o pozostałej w dole braci?

Za to ani „Zaranie”, ani „Kuźnia”, ani żaden ruch chłopski całkowicie odpowiedzialny być nie może.

Ale właśnie im ściślejsza, im serdeczniejsza będzie łączność między wszystkimi odłamami pracującego ludu, tym silniejsza będzie jego dusza ludowa, tym bardziej niepokalana czystość ludowych zasad.

Łączność w sprawach duchowych i w sprawach narodowych, a przez kooperatyzm w sprawach gospodarczych, niechaj zniszczy najprędzej tę przepaść, którą kopią między robotnikiem i chłopem z jednej strony doktrynerzy uparci, a z drugiej kapitalistyczni pośrednicy.

Niechaj pozostaną tylko te różnice, które są źródłem bogacenia się życia, różnice osobistych uzdolnień, upodobań i cech.

Nadto szerzenie jakichś sztucznych różnic wśród polskiego pracującego ludu wydaje mi się dzisiaj podwójnie złe. Czasy są ciekawe, dziwne i niepokojące. Stoimy może wobec dziejowych zagadnień, dla rozwiązania których konieczna jest nie tylko jedność ludowa, ale nawet powiem jedność narodu. Są chwile, kiedy trzeba pamiętać, że mimo wszystko jest się jednym narodem. Kiedy trzeba by być jak jeden mąż – krew z krwi, kość z kości.

Wielki polski pisarz ludowy, Wacław Sieroszewski, powiedział raz, że są takie niezwykłe okoliczności, wobec których nikną klasy, a zostaje broniący się naród.

A nasza cała dola jest taką wyjątkową chwilą, niezwykłą okolicznością.

Prawda, że im wyższy kulturalnie naród, tym większe zróżniczkowanie, tym trudniej o tę jedność, ale my właśnie w naszej doli wyjątkowej powinniśmy się zdobywać na ten wyjątkowy heroizm. Ale cóż? – u nas zawsze jednością będzie się nazywało uleganie chłopów i robotników panom i fabrykantom, którzy niełacno zrzekają się swoich widoków na rzecz pracującej większości.

Zaś wśród tej ludowej, pracującej większości zawsze się znajdą doktrynerzy, którzy w chwili najważniejszej gotowi są zastanawiać się nad tym, czy chłop małorolny należy do ludu, czy nie, i czy jego dążenia narodowe są sprzeczne z dążeniami robotników lub nie.


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się, pod używanym wówczas przez późniejszą słynną pisarkę pseudonimem Jan Stęk, w dwóch kolejnych numerach radykalno-ludowego pisma „Zaranie” – nr 31 z 31.07.1913 oraz nr 32 z 7.08.1913. Przedruk za „Materiały źródłowe do historii polskiego ruchu ludowego”, tom I – 1864-1918, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1966.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.