Młodzież a spółdzielczość [1937]

Po kilkuletnim zwolnieniu tempa spółdzielczości w Polsce, po pewnym wstrząsie wywołanym jej reorganizacją idącą z zewnątrz i z góry, idzie znowu wielka i mocna fala zainteresowania się spółdzielczością. Dla nas ludowców jest szczególnie ważne i miłe to, że ta fala idzie przede wszystkim ze wsi w odróżnieniu od miast, w których z licznymi chlubnymi co prawda wyjątkami pęd do spółdzielczości jak gdyby nieco przygasł.

Milszą jeszcze i krzepiącą rzeczą jest fakt, że w tym zainteresowaniu się wsi spółdzielczością dużą, może nawet przeważającą rolę odgrywa zorganizowana młodzież wiejska. Pierwszym czynnym w tym kierunku wystąpieniem była przepojona duchem spółdzielczości książka młodego pisarza ludowego Stanisława Miłkowskiego – „Agraryzm”. Wkrótce potem przyszły mocne, oparte na fundamentach spółdzielczości programy „Wici” i Stronnictwa Ludowego. W ostatnich już czasach wszędzie, gdzie na wsi powstają liczne organizacje spółdzielcze, odbywa się to przy żywym i czynnym poparciu młodzieży. Uderzającym jest tu przy tym zjawisko już od dość dawna w ruchu polskim przypadłe: silne idealistyczne traktowanie podejmowanej pracy, skłonność do twardego nieraz wysiłku, głód wiedzy i głód samodzielnego tworzenia. W okolicach bardziej wyrobionych, jak np. w okolicach Gaci Przeworskiej, przybiera to czasami wzruszające objawy: opowiadano mi, że na niedawno urządzony tam kurs spółdzielczy przybywali chłopcy z daleka, jeden z nich „odwalił” swoje 60 kilometrów z workiem na plecach piechotą, byle nie opuścić kursu, który go miał wprowadzić do spółdzielczości.

Tak właśnie trzeba. Myślę, że zapał, jaki ci młodzieńcy ujawniają, jest niczym innym jak szukaniem ideału. Otóż mimo wszystkich górnolotnych słów, jakie słyszymy przy każdej okazji, choć często bez potrzeby, Polska współczesna nie choruje wcale na nadmiar idealizmu, raczej wręcz przeciwnie, niedomaga, jak mi to przyznał jeden z wysokich dygnitarzy, na czczość ideologiczną.

Z tymi ideałami jest jak z solą: nadmiar soli prowadzi do choroby i surowo jest zakazany przez lekarzy, ale bez soli człowiek niedługo by pożył. Idealista, który umie tylko paplać o swoich ideałach, nie realizując ich nigdy, jest figurą śmieszną, a w końcu końców szkodliwą, ale człowiek wyprany ze wszystkiego idealizmu stawia się bez mała poza obrębem społeczeństwa, które istnieje przecież wyłącznie dla realizacji wielkich ideałów ludzkości, choć mu się to nie zawsze udaje.

Wszystko to stosuje się jak najbardziej do spółdzielczości. Spółdzielnia jest przedsiębiorstwem i działa w obrębie systemu kapitalistycznego, którego pewnym prawom musi się poddawać z konieczności. W prowadzeniu tego przedsiębiorstwa wykluczone są wszelkie fantazje, nieudolność, nieznajomość towarów, rynku, rachunkowości, ustaw i zwyczajów. Kto tego nie umie albo nie chce i nie zdoła się prędko nauczyć, ten płaci swoją skórą… dopóki jej starczy. Kto nie włoży w prowadzenie tego „interesu” wystarczającej ilości sumienności i pilności, ten jest szkodnikiem społecznym, którego jak najrychlej należałoby wypuścić za drzwi.

Ale kto w spółdzielni widzi tylko „interes”, ten ją rychło i doszczętnie znieprawi. Spór o właściwy charakter ruchu i jego cele ostateczne trwa od samych pierwocin ruchu. Kto w spółdzielczości widzi tylko drobne korzyści materialne dla członków, ten ogranicza jej dobroczynne działanie do szczupłego grona osób, odwracając się plecami do wszystkich innych. Ten też, dodajmy, pozbawia ruch jego największej siły motorycznej, ograniczając go do zbiorowego sklepikarstwa. Spółdzielnia nie powstaje dla Bartka ani dla Maćka, powstaje dla wszystkich i czeka, póki nie namyślą się przekroczyć jej drzwi.

Spółdzielczość nie jest wyłącznie ruchem gospodarczym, jest w równej mierze ruchem społecznym, a także ruchem moralnym, dokonywa bowiem pewnej selekcji ludzi nie pod względem majątku, ale pewnego nastawienia psychicznego. Dlatego można ją uważać nie tylko za budowanie podwalin demokracji gospodarczej, ale tworzenie nowego, bardziej humanitarnego światopoglądu.

Są ludzie, którzy nie przestają martwić się, iż spółdzielczość jest zbyt słaba, ażeby sama dokonać tak głębokich przeobrażeń. Próżna to trwoga. Przede wszystkim spółdzielczość, część demokracji świata, nie staje do walki sama, ale w towarzystwie tych wszystkich, którzy bronią praw człowieka. Poza tym jeśli nawet jest ona zbyt słaba, ażeby sama przezwyciężyć, nie mogę sobie wyobrazić ustroju demokratycznego, który by w najszerszej mierze nie uwzględniał form i ideałów spółdzielczych.

Młodzież idzie dobrą i pewną drogą.


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Młoda Myśl Ludowa” nr 6/1937. Następnie został wznowiony w książce Stanisława Thugutta pt. „Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939”, wybór i opracowanie Jan Sałkowski, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986. Przedruk za tym ostatnim źródłem.