Marzyciel i realista. Romuald Mielczarski i spółdzielczość spożywców w Polsce

111

„To, co dziś wydaje się takie jasne i proste na utorowanej przez niego drodze, w początkach jego działalności uważane było niemal za utopię […]. Jakże można marzyć przez organizację robotników i włościan, w połowie analfabetów, nie mających żadnego pojęcia o handlu, stworzyć w Polsce największą instytucję handlową? A jednak Mielczarski przez 17 lat swojej działalności […] tego właśnie dokonał […]” – pisał Stanisław Wojciechowski o wielkim dziele swego współpracownika i przyjaciela [1].

Można powiedzieć, choć to oczywiście subiektywna opinia, iż biografia Romualda Mielczarskiego jest do pewnego momentu typowa dla najlepszej części Polaków żyjących pod zaborami. Mamy w niej zaangażowanie w działania zarazem niepodległościowe i zmierzające do sprawiedliwości społecznej, mamy niezgodę na bierność i służalczość wobec caratu, mamy odwagę i wytrwałość, mamy ryzyko i poświęcenie, mamy wreszcie wysoką cenę zapłaconą za taką postawę – cenę biedy, prześladowań, więzień i emigracyjnej poniewierki. Nie stanowi to głównego tematu naszych rozważań, jednak tego rodzaju przeżycia nie pozostały bez wpływu na późniejszą, spółdzielczą aktywność Romualda Mielczarskiego, a może przede wszystkim na te cechy jego charakteru, które pozwoliły dokonać w owej dziedzinie tak wielkich rzeczy mimo tak niesprzyjających warunków. Dlatego warto przybliżyć koleje jego losów [2].

Urodził się 5 lutego 1871 roku w Bełchatowie. Ojciec był kierownikiem miejscowej poczty, matka zmarła, gdy chłopiec miał 12 lat. W wieku 9 lat rozpoczął naukę w 3-klasowej prywatnej szkole w Radomsku. Po jej ukończeniu trafił do gimnazjum państwowego w Częstochowie, a po dwóch latach przeniósł w 1885 r. do V Gimnazjum w Warszawie. Początkowo mieszkał u ciotki, później usamodzielnił się. Żył z udzielania korepetycji – i żył w biedzie. Jego ówczesnym sąsiadem był Stefan Żeromski, który pozostawił taki oto opis: „Izba na strychu, wszystkie stołki spalone, możliwości pożyczek wyczerpane, widmo głodu. A jednak był w pobliżu nas człowiek jeszcze biedniejszy: codziennie o 9-ej wieczorem do sieni poddasza, w której hulały wiatry i przeciągi, mizerak-uczeń wnosił na plecach siennik, zapalał lampkę naftową, układał się na gołym sienniku, okrywał się płaszczem i długie godziny kuł lekcje lub czytał książki” [3].

Późniejszy autor „Ludzi bezdomnych” to nie jedyna osoba z kręgu towarzyskiego Mielczarskiego, która wkrótce zapisze się znacząco w historii Polski. Gimnazjalnym kolegą chłopca był przyszły premier i twórca reformy walutowej, Władysław Grabski – wraz z nim i jego bratem, Stanisławem, stworzyli kilka nielegalnych kółek samokształceniowych, w ramach których rozważali kwestię odzyskania niepodległości i przeobrażenia stosunków społecznych w kierunku sprawiedliwości i egalitaryzmu. Był to patriotyczny socjalizm, wówczas jeszcze niesprecyzowany i nie ujęty w ramy programowe.

Gimnazjalista sympatyzował z nielegalnym i bezpardonowo prześladowanym tzw. II Proletariatem. Nie został jego członkiem po pierwsze dlatego, że tak młodych osób nie wciągano zbyt mocno w ryzykowne prace polityczne, po drugie zaś z uwagi na to, że on sam pozostawał sceptyczny wobec niektórych sposobów działania grupy – krytycznie oceniał stosowanie metod terrorystycznych w walce z caratem, akcentował natomiast konieczność inicjatyw masowych, stworzenia ruchu społecznego, wciągnięcia szerokich rzesz do takich działań. Zaangażowany był jednak w nielegalne inicjatywy na tyle mocno, by wkrótce ponieść poważne konsekwencje. Kilka dni przed przystąpieniem do egzaminu dojrzałości (za znakomite wyniki w nauce miał otrzymać szkolne wyróżnienie), został 1 maja 1890 r. zatrzymany przez żandarmów na Powiślu, gdzie udał się „wybadać” reakcje robotników na odezwy wzywające do udziału w pierwszych w zaborze rosyjskim obchodach Święta Pracy [4]. Ponieważ znaleziono przy nim materiały agitacyjne, chłopca usunięto ze szkoły, nie dopuszczono do matury i osadzono na cztery miesiące w Cytadeli. Wypuszczony za kaucją i objęty dozorem policyjnym, w kwietniu 1891 r. otrzymał wyrok rocznego pobytu w ciężkim więzieniu Kresty w Petersburgu oraz dwuletniego zakazu powrotu na ziemie Kongresówki. W celi więziennej przymusowo pracował 11 godzin dziennie jako nawijacz przędzy, resztę czasu poświęcał nauce języków obcych. Po odzyskaniu wolności zamieszkał w granicznym Białymstoku, później w Grodnie. Sympatyzował wówczas ze Zjednoczeniem Robotniczym, skupioną wokół Edwarda Abramowskiego rozłamową grupą z II Proletariatu, mocno akcentującą w programie socjalistycznym hasło niepodległości Polski.

Po kilku miesiącach starań uzyskał pozwolenie na wyjazd za granicę. Pod koniec czerwca 1892 r. przybył do Berlina, gdzie zamierzał podjąć studia, jednak uniemożliwił to brak rosyjskiej matury. Wszedł natomiast w krąg osób przebywających na emigracji politycznej, skupionych w niewielkim Towarzystwie Socjalistów Polskich, prowadzącym działalność polityczną na ziemiach zaboru pruskiego. Wraz z S. Grabskim redagował organ grupy – „Gazetę Robotniczą”, łączącą postulaty socjalne i patriotyczne w duchu poglądów nestora polskiego socjalizmu, Bolesława Limanowskiego. Wkrótce jednak władze, pod naciskiem caratu, aresztowały Polaków i zmusiły do opuszczenia Niemiec, odstawiając ich na granicę ze Szwajcarią.

Mielczarski udał się do Zurychu. Zapisał się na wydział filozoficzny tamtejszego uniwersytetu i podjął studia z zakresu nauk przyrodniczych, ekonomicznych i historycznych. Żył w biedzie, łącząc naukę z aktywnością polityczną. Działał w grupie skupionej wokół pisma „Przegląd Socjalistyczny”, które współredagował. W dowód uznania za zaangażowanie, po połączeniu w 1894 r. tego środowiska z niedawno utworzoną Polską Partią Socjalistyczną, Mielczarski wszedł w skład Centralizacji Związku Zagranicznego Socjalistów Polskich, koordynującej inicjatywy PPS-owskie na emigracji. Napisał wówczas broszurę – sygnowaną pseudonimem Jan Wierzba – „O czym każdy włościanin wiedzieć powinien”, wydaną przez Centralizację i skierowaną do chłopów w zaborze rosyjskim; cieszyła się ona dużą popularnością i uznaniem.

Stale pogarszająca się sytuacja materialna sprawiła, że za namową kolegów przeniósł się jesienią 1894 r. do Belgii, gdzie istniały większe możliwości zarobkowania. W Antwerpii rozpoczął studia w Instytucie Handlowym, uważanym wówczas za najlepszą europejską uczelnię w dziedzinie nauk ekonomicznych. Został liderem belgijskiej sekcji Centralizacji. Bacznie obserwował doświadczenia tamtejszego, prężnego ruchu robotniczego, który działał na wielu polach – powstały silne związki zawodowe, dynamicznie rozwijał się ruch spółdzielczy, w wyborach poparcie uzyskali pierwsi posłowie-socjaliści. Mielczarski opisywał te doświadczenia w prasie PPS-owskiej, kładąc nacisk na praktycyzm belgijskich socjalistów i wyższość konkretnych, choćby drobnych zdobyczy nad teoretyzowaniem, głosił też konieczność współpracy ruchu robotniczego z drobnomieszczaństwem i chłopstwem [5]. Jego aktywność polityczna zwróciła uwagę agentów Ochrany, co poskutkowało naciskami w celu wydalenia Mielczarskiego również z tego kraju – zapobiegła temu kampania polskich i belgijskich lewicowych studentów oraz deputowanych socjalistycznych, pod których presją rząd odstąpił od swoich zamiarów.

W roku 1896 ukończył z wyróżnieniem studia ekonomiczne. Nie mógł wracać do kraju ze względów politycznych, odrzucił intratne propozycje pracy w Belgii i Kongu Belgijskim. Za namową Żeromskiego objął po nim posadę bibliotekarza w Muzeum Polskim w szwajcarskim Rapperswilu. Spędzone tam cztery lata to okres intensywnych zainteresowań historią polskich zrywów niepodległościowych. Badał również dzieje emigracyjnego Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Napisał o nim obszerną pracę, jednak jej rękopis przepadł w toku późniejszych perypetii autora. Opublikował natomiast liczne artykuły popularnonaukowe, poświęcone kwestiom społecznym i historycznym, m.in. w PPS-owskim piśmie „Światło”, a także kolejną broszurę dla chłopów, „1848 rok w Polsce”. Na zamówienie partii przygotował również „Broszurę programową”, która wszakże z niejasnych przyczyn nie doczekała się edycji.

***

Wczesny okres aktywności publicznej Mielczarskiego nie zapowiadał wprost późniejszych zaangażowań spółdzielczych. Można jednak odnaleźć w nim akcenty, które stanowią swoistą forpocztę tego rodzaju postaw. Są to: ponadprzeciętne zainteresowanie konkretnymi, choćby niewielkimi, inicjatywami i zdobyczami o charakterze prospołecznym, silne i niekoniunkturalne poglądy demokratyczne oraz sympatia wobec różnorakich form partycypacji obywatelskiej także w sferze pozapolitycznej.

Początkowo poglądy Mielczarskiego były niemal tożsame z doktryną tego nurtu w ruchu socjalistycznym, z którym się związał. Patriotyzm i akcentowanie haseł niepodległościowych współgrały z marksowskimi tezami ekonomicznymi. Konstatacji o konflikcie klasowym i wyzysku klasy robotniczej przez kapitalistów towarzyszyło typowe dla marksizmu przekonanie o konieczności zniesienia prywatnej własności środków produkcji poprzez uspołecznienie ich – przy czym przez uspołecznienie rozumiano upaństwowienie. Takie poglądy wyrażał Mielczarski w swoich pierwszych większych tekstach politycznych – „Czego chcą socjaliści” (1892) i „Katechizm robotniczy” (1893). Od początku był natomiast przeciwnikiem rewolucyjnej drogi ku nowemu porządkowi. Reprezentował nurt reformistyczny w socjalizmie, głosząc, że droga przeobrażeń prowadzi przez zakładanie robotniczych partii politycznych, które na drodze parlamentarnej winny stopniowo wprowadzać rozwiązania korzystne dla klasy pracującej – ustrojowe, socjalne, dotyczące praw obywatelskich itd. „Przekształcić ustrój kapitalistyczny w ustrój socjalistyczny można tylko za pomocą państwa” – stwierdza w „Broszurze programowej”, i dodaje: „W państwie demokratycznym prawa są takie, jakich sobie lud życzy. Odpowiedniość tych praw dla interesów ludu zależy wyłącznie od świadomości tego ludu. […] W państwie demokratycznym urzędnicy są tylko wykonawcami woli społeczeństwa, bo wychodzą z wyborów i nie stanowią żadnej warstwy uprzywilejowanej. […] Wreszcie w państwie demokratycznym każda wielka reforma może się urzeczywistnić na drodze pokojowej, bo byleby zyskała na swoją korzyść większość narodu, staje się […] prawem” [6]. Doraźna obrona interesów pracowników najemnych i ich organizowanie to z kolei zadanie – jak je zwał – towarzystw fachowych, czyli związków zawodowych.

W cyklu tekstów analizował kolejne inicjatywy tego rodzaju – korzystne dla socjalistów belgijskich wybory z roku 1894, pierwsze reformy socjalne przyjęte przez tamtejszy parlament, początki prospołecznego interwencjonizmu gospodarczego (roboty publiczne), korzystne dla warstw ludowych ustawodawstwo fiskalne (podatki progresywne), zalążki ponadpaństwowej współpracy robotników (kongresy związkowców z branży tekstylnej) itp. [7]. Nie ma tu śladów sympatii wobec rewolucyjnego awangardyzmu – wszelkie pozytywne zmiany mają się dokonać zarazem dla ludu, jak i przez lud, jego rękoma i z jego poparciem, drogą stopniowych przeobrażeń i konsekwentnej, wytrwałej pracy. Z tego też względu kładł nacisk na namacalne osiągnięcia. „Nie jest zwolennikiem sporów programowych, które w tym okresie są bardzo obfite i powszechne, nie lubi, jak mówi, jałowego przeżuwania programów. […] Mielczarski jest realistą w ruchu. Dziwi się, czemu ludzie za granicą nie interesują się ruchem konkretnym: organizacjami zawodowymi, kooperatywami itd.” – pisze o tym okresie jego życia prof. Krzeczkowski [8].

Korespondują z tym wnioski zawarte w rozważaniach Mielczarskiego na tematy historyczne. Analizując przyczyny niepowodzeń powstań i innych inicjatyw niepodległościowych, konkluduje, że leżały one głównie w egoizmie i oportunizmie klas posiadających, w braku reform socjalnych oraz w niedostatecznej pracy agitacyjno-formacyjnej wśród plebejskich warstw społeczeństwa. Takie wnioski zawiera wzmiankowana broszura „O czym każdy włościanin wiedzieć powinien”. Wymowne są również wspomnienia Stanisława Wojciechowskiego, który odwiedził Mielczarskiego latem 1899 r. w Rapperswilu, w trakcie prac tamtego nad analizą dziejów TDP. „[…] dzielił się ze mną wynikami swoich dociekań. Nie były one radosne. Najbardziej ofiarne i szlachetne jednostki giną w walce z najazdem, na placu zostają karierowicze i frazesowicze ze wszystkimi wadami zdemoralizowanej szlachty. Wszyscy mówią o ludowładztwie jako najlepszej formie rządzenia […], ale większość cofa się przed przyjęciem konsekwencji takiego programu”. I przytacza kolejny wniosek Mielczarskiego: „Zbawienie Polski przez garstki choćby najbardziej genialnych i bohaterskich jednostek, jest utopią. Sprawić to może tylko praca samego ludu; trzeba pracować przede wszystkim nad jego usamodzielnieniem we wszystkich kierunkach, nie zastępować przez inteligencję, która w znacznym stopniu uległa rozkładowi upadku”. Jednak szczególnie istotny i – jak zobaczymy – brzemienny w skutki jest kolejny fragment wspomnień Wojciechowskiego: „Słuchając wywodów Mielczarskiego, ze zdumieniem konstatowałem, że gruntowna analiza naszych dziejów porozbiorowych doprowadziła go do podobnych wniosków, jakie zupełnie niezależnie od niego na podstawie studiów socjologicznych wypowiadał Edward Abramowski, że »to tylko staje się faktem historycznym, rzeczywistością życia społecznego, co przejdzie jako idea przez świadomość mas ludowych […]«. W kilka lat potem […] znaleźli się oni w jednej organizacji – Towarzystwie Kooperatystów w Warszawie, gdzie ostatecznie skrystalizował się program pracy spółdzielczej w Polsce, jako najlepszej szkoły usamodzielnienia ludu wiejskiego i miejskiego” [9].

Na początku roku 1900 Mielczarski zdecydował się opuścić Rapperswil i powrócić do kraju. Ponownie miał objąć posadę po Żeromskim, tym razem w Bibliotece Zamoyskich. Do Polski chciał wrócić tyleż ze względów rodzinnych, co wskutek pragnienia zajęcia się pracą wśród warstw ludowych. Był przekonany, że władze carskie już o nim zapomniały i będzie mógł prowadzić legalną działalność społeczną.

Stało się inaczej – w czerwcu został aresztowany podczas przekraczania granicy i osadzony w więzieniu w Petersburgu za emigracyjną aktywność niepodległościową. Na kilka miesięcy rodzina i znajomi stracili z nim kontakt – Mielczarski odmawiał napisania listu po rosyjsku. Wypuszczony po ośmiu miesiącach, otrzymał zakaz powrotu do kraju. Przez kilka miesięcy żył w biedzie w granicznym Białymstoku. Odrzucił propozycję PPS, aby przybył do Polski z fałszywymi dokumentami i zajął się pracą partyjną. Nieoczekiwanie zrezygnował z wszelkiej działalności politycznej. W liście do władz partii tłumaczył to względami bytowymi i rodzinnymi, a na zakończenie stwierdzał: „Oto cała moja spowiedź krótka i węzłowata. Nie wiem, czy po niej nie stracę resztki zaufania, jakie mieliście dla mnie. Byłoby to dla mnie bardzo bolesne. Sądzę, że do najgorszych nie należę i z czasem zapewne tego dowiodę” [10].

Wyjechał na Kaukaz do Tyflisu (obecnie Tbilisi), gdzie objął jedno ze stanowisk kierowniczych kopalni manganu z okolic miasta Cziatura. W 1903 r. przeniósł się do Charkowa – tam w firmie H. Meyera został szefem działu sprzedaży importowanych z Polski wyrobów hutniczych.

Do kraju wrócił na fali chaosu towarzyszącego rewolucji 1905 r. Odrzucił propozycję znacznego awansu w charkowskiej firmie i przybył do Warszawy. Przez kilka miesięcy był zatrudniony w przedsiębiorstwie Siemens, później w Stowarzyszeniu Spożywczym Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (największa wówczas polska spółdzielnia spożywców), a wkrótce podjął pracę jako szef działu handlowego w „Uranii” – formalnie była to spółka, w praktyce zaś stowarzyszenie wytwarzające pomoce dydaktyczne dla polskich szkół. Tak oto 35-letni Romuald Mielczarski wszedł na spółdzielczą ścieżkę, którą kroczył do końca swych dni, wydeptując ją wraz z innymi w szeroki trakt.

Wydarzenia znane jako rewolucja 1905 r. okazały się znakomitą okazją do stworzenia fundamentów ruchu spółdzielczości spożywców. Walka robotników zburzyła „małą stabilizację” panującą po klęsce powstania styczniowego i wyrwała kraj z letargu. Strajki, manifestacje, wiece, w zasadzie jawna sprzedaż dotychczas konspiracyjnej prasy politycznej – wszystko to sprawiło, że odmieniła się atmosfera życia publicznego. Z kolei klęska tego zrywu zaowocowała rozczarowaniem wobec metod dominujących w toku rewolucji, czyli działalności partyjnej i doraźnej polityki. Oczywiście swoje zrobiły też carskie represje, wymierzone w radykalne stronnictwa. Rozbudzonych dążeń emancypacyjnych nie dało się już jednak zupełnie zahamować; nie było powrotu do stanu sprzed rewolucji. Należało jedynie znaleźć odpowiednią formę aktywności, dostosowaną do ówczesnych realiów i nastrojów społecznych. Jedną z nich okazała się nowoczesna spółdzielczość spożywców, której współtwórcą został Romuald Mielczarski. „Wielki i świetny czyn trzeba było rozmienić na tysiące drobnych czynów” – tak Stanisław Thugutt metaforycznie podsumował zmianę metod jego działania [11].

Wiosną 1905 r. powstał w Warszawie nie legalizowany, lecz działający jawnie Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej, swoiste centrum koordynacji wielorakich oddolnych inicjatyw. Miały one charakter głównie oświatowy, zawsze jednak głosiły hasła emancypacji niższych warstw społecznych i krytyczne wobec paternalizmu – lud miał być ośmielany i wciągany do pracy samodzielnej, miał brać sprawy we własne ręce, tworzyć niezależne inicjatywy i czynić to po swojemu. Warto przytoczyć charakterystykę tego środowiska, bo pozwoli ona lepiej zrozumieć akces doń Mielczarskiego i nowe formy jego aktywności publicznej. W ZTSS „Niemal wszystkich łączyły pewne cechy wspólne, dzięki którym w gwarze potocznej nazywano ich »społecznikami« i »kulturalnikami«, w odróżnieniu od »polityków« […] Wspólnym we wszystkich poczynaniach ZTSS jest zainteresowanie człowiekiem, jego losem i siłami duchowymi oraz pewien zmysł społeczny, nakazujący poszukiwać sposobów budowania życia zbiorowego poprzez ochotniczą współpracę jednostek. U wielu ludzi występowało wyraźnie poczucie jak gdyby posłannictwa: brania na swoje barki odpowiedzialności za urzeczywistnianie marzeń o przyszłym ustroju. Całe grupy żyły pragnieniem tworzenia w dniu dzisiejszym instytucji zwiastujących i dotykalnie budujących jutro. Ale – podkreślić to trzeba silnie – pragnienia były dalekie od pożądania władzy, panowania. Zwycięstwo wyobrażano sobie jako doprowadzenie do »powszechnego współuczestnictwa«. Miało to być współuczestnictwo w pracy i w korzystaniu z dorobku. Działacze, którzy czuli się świadomymi spadkobiercami spuścizny kulturalnej, przypisywali sobie jak gdyby rolę gospodarzy zapraszających szerokie rzesze na pola, z których brać należy ziarno co najplenniejsze i wzór, jak własne odłogi uprawić. Życzliwa ciekawość w stosunku do każdego człowieka, gotowość pomocy łączyły się wedle żartobliwej a trafnej uwagi bacznego obserwatora z czujnym poszukiwaniem typów ludzkich, które są lub mogą się stać przenosicielami ideałów, współdziałaczami, organizatorami nowego życia. Zainteresowanie rozległymi dziedzinami kultury (u wielu i sztuki), pragnienie przetwarzania życia codziennego – sprawiały, że społecznicy nie zawsze mogli się pomieścić w ramach partii czy zaprzysiężonych organizacji spiskowych. Tęsknili do pracy w słońcu, do jawności, prawdy; lubowali się w różnorodności przejawów życia gromadnego” [12]. Wszyscy trzej „ojcowie-założyciele” nowoczesnej spółdzielczości spożywców w Królestwie Polskim, podobnie jak ich współpracownicy, byli właśnie „kulturalnikami”. Abramowski, Mielczarski i Wojciechowski to dawni działacze PPS i pomniejszych grup socjalistycznych, którzy zrażeni „partyjniacką” atmosferą i odgórnymi próbami zmiany rzeczywistości społecznej, porzucili tego rodzaju aktywność i weszli w krąg inicjatyw prowadzonych w duchu opisanym powyżej.

W łonie ZTSS utworzono latem 1905 r. – z inicjatywy Abramowskiego – Towarzystwo Kooperatystów, mające za zadanie propagować ideały spółdzielczości, wspierać rozwój ruchu spółdzielczego, koordynować jego inicjatywy i dążyć do ich jedności oraz dbać, aby członkowie takich przedsięwzięć nie postrzegali ich przez pryzmat wąskich celów ściśle ekonomicznych i związanych z nimi korzyści prywatnych. Mielczarski wszedł w ten krąg wkrótce po powrocie z Charkowa. Towarzystwo Kooperatystów zostało formalnie zarejestrowane w listopadzie 1906 r., zrzeszało wówczas zaledwie 40 osób, które wybrały zarząd w składzie: Romuald Mielczarski, Rafał Radziwiłłowicz i Stanisław Wojciechowski. W międzyczasie, czekając na zatwierdzenie statutu TK przez władze zaborcze, środowisko to rozpoczęło edycję pisma „Społem!” (tytuł wymyślił Stefan Żeromski), poświęconego propagowaniu spółdzielczości. Redaktorem naczelnym został Wojciechowski, natomiast Mielczarski na potrzeby periodyku pisał już od pierwszego numeru szereg artykułów o charakterze fachowym i instruktażowym, jako jedyny w tym gronie ekonomista, w dodatku mający za sobą doświadczenie w Stowarzyszeniu Spożywczym Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej (to w jego lokalu odbywały się zebrania założycielskie TK) oraz w „Uranii”. W roku 1907 Mielczarski został wybrany kierownikiem powołanego w ramach TK działu handlowego [13]. „W Towarzystwie Kooperatystów Mielczarski zajmuje specjalne miejsce. Mało zaznaczał się na zewnątrz, nie występował nigdy publicznie […]. Natomiast docierał do dołów. Stale wyjeżdżał w sprawach organizacyjnych w latach 1906-8 do ośrodków przemysłowych dla organizowania i porządkowania pracy drobnej, a najważniejszej – organizował stowarzyszenia i porządkował działalność już istniejących. Przede wszystkim chce stworzyć podstawy praktyczne ruchu […]. Idzie mu o dobrą gospodarkę, o umiejętność zarządu kontrolowania stanu stowarzyszeń, o rachunkowość w stowarzyszeniach. Usiłuje opanować żywiołowy pęd do tworzenia coraz nowych stowarzyszeń, stara się o skupienie sił, o zwartość stowarzyszonych, idzie mu dalej o możliwie wysoki poziom uświadomienia społecznego, o ducha prawdziwej kooperacji” – pisze Krzeczkowski [14]. Dodajmy do tego opisu barwny szczegół, że owe instruktażowe podróże po kraju równie często co pociągiem odbywały się za pomocą furmanek, a nierzadko odległość między kolejnymi miejscowościami pokonywał Mielczarski pieszo, aby oszczędzać skromne spółdzielcze fundusze.

Choć TK powołano z myślą o propagowaniu wszelakich odmian spółdzielczości, główny nacisk położono na spółdzielczość spożywców, czyli – jak powiedzielibyśmy dziś – konsumentów. Stało się tak z czterech względów. Pierwszy, najmniej istotny, wynikał z faktu istnienia w Kongresówce Komisji Spółdzielczej (Współdzielczej) przy Towarzystwie Popierania Handlu i Przemysłu, wspierającej kooperatywy oszczędnościowo-kredytowe, oraz Centralnego Towarzystwa Rolniczego, które koordynowało działania spółdzielczości rolniczej (zakup nasion, nawozów i maszyn, sprzedaż płodów rolnych). O wiele ważniejszy był powód drugi, mianowicie ideowy – otóż spółdzielczość spożywców jest ze swej natury najbardziej masowa (powszechna) i egalitarna, związana z elementarnymi potrzebami każdego człowieka. O ile rozmaite formy spółdzielczości mają charakter „branżowy” (np. wspomniane zrzeszenia rolników, siłą rzeczy nieadekwatne do potrzeb innych grup zawodowych i społecznych) lub wymagają posiadania dodatkowych zasobów finansowych albo potrzeb kredytowych i możliwości ich spłacenia (spółdzielnie oszczędnościowo-kredytowe), o tyle kooperatywy spożywców są najbardziej „otwarte”. Konsumentem jest bowiem każdy – mimo oczywistych różnic w kwestii siły nabywczej, wszyscy dokonujemy zakupów podstawowych produktów żywnościowych i codziennego użytku. Co więcej, taka forma nabywania owych dóbr jest korzystna zwłaszcza dla uboższych warstw społeczeństwa, nie tylko oferując im wyroby lepszej jakości (spółdzielcy, będący współwłaścicielami kooperatywy, nie mają – inaczej niż prywatni kupcy – żadnego interesu, by oszukiwać klientów, czyli samych siebie), ale także tańsze, wypłacając regularnie dywidendę od zysku spółdzielni, proporcjonalną do wysokości poczynionych w niej zakupów.

Trzecia przyczyna, związana z poprzednią, dotyczy wymiaru zarazem ideowego, jak i praktycznego. Spółdzielczość spożywców, jako najbardziej powszechna, jest najskuteczniejszym ze wszystkich nurtów ruchu kooperatywnego narzędziem zmiany ustrojowej, czyli mówiąc wprost: obalenia kapitalizmu. Przejmując stopniowo z rąk kapitału prywatnego najpierw handel detaliczny, następnie hurtowy, a docelowo produkcję (fabryki wytwarzające na potrzeby kooperatyw spożywców), uderza ona w same podstawy istnienia prywatnych środków produkcji i dystrybucji. Własność prywatna zostaje wyparta przez uspołecznioną, której współwłaścicielami są szerokie grupy, wywodzące się z warstw ludowych. Nie ma żadnej potrzeby maskowania czy „pudrowania” tego naczelnego celu autentycznej spółdzielczości – podobnie jak nie należy zapominać, że główni twórcy polskiej spółdzielczości spożywców, choć porzucili metody socjalistów (działalność partyjna), pozostali wierni ideałom mówiącym o zastąpieniu porządku kapitalistycznego przez system współwłasności społecznej, bardziej sprawiedliwy i egalitarny.

Natomiast czwartą z przyczyn położenia przez twórców TK nacisku na kooperatywy spożywców, był ich mizerny rozwój w zaborze rosyjskim, a w zasadzie na całym terytorium Polski. Mizerny nie tylko w sensie wymiernym, wyrażającym się w liczbie spółdzielni tego typu, wielkości ich obrotów i ilości członków, ale także w ideowym aspekcie takich inicjatyw. Gdy Mielczarski z towarzyszami przystępowali do pracy na spółdzielczej niwie, stanowiła ona niemalże ziemię jałową. Co prawda, pierwsze spółdzielnie spożywców powstały w Kongresówce już na przełomie lat 60. i 70. XIX w. („Merkury” w Warszawie, „Zgoda” w Płocku i „Oszczędność” w Radomiu), jednak do roku 1904 zarejestrowano ich łącznie zaledwie 49, z czego w dodatku większość upadła w międzyczasie – przetrwały zaledwie 22 kooperatywy. Cechowała je niewielka liczba członków (ok. 2300 osób we wszystkich istniejących spółdzielniach) i otwieranych placówek-sklepów, a także znikoma wysokość zgromadzonych udziałów, zazwyczaj również niewielkie obroty i zyski, daleko posunięte braki w prowadzeniu księgowości i kontroli – to ostatnie było najczęstszą przyczyną upadłości. Często nie miały wiele wspólnego z ideałami spółdzielczości „ludowej”, których wzorcem były zasady spółdzielczych „pionierów” z angielskiego Rochdale (pisze o nich Adam Piechowski w przedmowie do niniejszej książki). Zakładano je z pobudek charytatywnych, kapitał obrotowy stanowiły darowizny osób zamożnych, w zarządach zasiadali różnoracy „patroni” (księża, fabrykanci), demokracja członkowska w zasadzie nie istniała. Z kolei wśród tych nielicznych, które prosperowały nieźle, większość stanowiły spółdzielnie „zamknięte”, zrzeszające pracowników jednego przedsiębiorstwa lub przedstawicieli określonej warstwy społecznej (kolejarze, urzędnicy państwowi itp.). Niemal nie podejmowano działań na rzecz propagowania ideałów kooperatywnych, spółdzielnie nie jednoczyły się w związki dla wspólnych zakupów, zaopatrywały się głównie w prywatnych hurtowniach. Choć formalnie były to kooperatywy, w praktyce niewiele miały zatem wspólnego ze spółdzielczością nowoczesną, ideową, powszechną, a przede wszystkim – stanowiącą zwiastun nowego ustroju [15].

Gdy do pracy na polu spółdzielczości stają Abramowski, Mielczarski, Wojciechowski i ich współpracownicy, sytuacja zmienia się diametralnie. „Przełomowym rokiem dla naszej kooperacji spożywczej był rok 1906. W tym to roku specjalne warunki ekonomiczne, powstałe wskutek rewolucji i ocknięta z letargu energia narodowa, zbudziły w Królestwie Polskim wśród szerszych kół społecznych potrzebę organizowania się w związki spółdzielcze, celem solidarnej pracy gospodarczej. Od tego to roku datuje się masowy ruch spożywczo-spółdzielczy w Polsce – na widownię dziejów występuje po raz pierwszy w całej pełni żywiołowych sił polski kooperatyzm spożywczy” – pisał Edward Milewski [16].

Wymowna jest również ocena dokonana przez badacza spółdzielczości spożywców, dr. Edwarda Strasburgera. Pisał on: „Pierwszy okres, od założenia pierwszych kooperatyw w kraju […], tj. od roku 1869 do wybuchu rewolucji w r. 1905. Jest to okres słabego rozwoju ruchu spółdzielczego. Nieodpowiednia sfera ludności, wśród której ruch powstał, a mianowicie sfery względnie zamożne, był raczej wyrazem mody a nie rzeczywistej potrzeby, brak w zarządzie znajomości fachowych, niezbędnych dla prowadzenia przedsiębiorstwa, brak sumienności i systematyczności w prowadzeniu rachunkowości, jednym słowem brak wyrobienia handlowego […] były przyczyną, dlaczego ruch spółdzielczy w okresie 35-letnim nie zrobił prawie żadnych postępów […]. Drugi okres, od roku 1906 do ostatnich dni, przedstawia rozbudzenie się ducha spółdzielczego. Następuje gorączka w zakładaniu stowarzyszeń spółdzielczych. Myśl, rzucona przez paru ludzi gorąco oddanych sprawie kooperacji, znajduje silny oddźwięk wśród ludu naszego. Teraz do kooperacji nie przystępują, jak dawniej, inteligencja i w ogóle sfery zamożniejsze, lecz lud. […] Tak więc robotnik jak i chłop polski, zdaje się, pojęli dewizę angielskich stowarzyszeń, aby ująć własne sprawy we własne ręce, gdyż tylko tym sposobem mogą dojść do niezależności ekonomicznej i do podniesienia się pod względem moralnym i umysłowym. Ten drugi okres […] nazwiemy okresem odrodzenia ruchu spółdzielczego” [17].

Początki owego odrodzenia były jednak niezwykle skromne. Wojciechowski redagował i rozsyłał „Społem!” do prenumeratorów, prowadził całe biuro pisma, jeździł po Polsce z odczytami propagującymi spółdzielczość (w ciągu roku było to ponad 50 wyjazdów), Mielczarski po pracy w „Uranii” pomagał mu przy gazecie i wizytował spółdzielnie w celach instruktażowych, z prywatnych darowizn sympatyków finansowano działania Towarzystwa Kooperatystów, „z doskoku” pomagało liderom kilkanaście osób, wszystko to działo się na płaszczyźnie aktywności nieomal towarzyskiej. Sytuacja poprawiła się w 1907 r., gdy Mielczarski rano pracował w „Uranii”, a popołudnia poświęcał aktywności spółdzielczej. Pierwsze spotkanie delegatów kooperatyw, zwołane przez TK w celu przedyskutowania wspólnych hurtowych zakupów, zgromadziło… 13 osób z 12 stowarzyszeń. W lutym 1907 r. Mielczarski, pod naciskiem współpracowników, stanął na czele komisji, która miała stworzyć zalążek spółdzielczej hurtowni – opracował projekt tzw. agentury dla wspólnych zakupów, za pośrednictwem której kooperatywy mogłyby razem składać zamówienia i kupować taniej u producentów. Był wobec tego pomysłu sceptyczny, uważając, iż jest to działanie przedwczesne, i nie mylił się – roczna działalność przyniosła straty, agentura uległa likwidacji. Jednak ciężka i wytrwała praca przyniosła wkrótce efekty. Na drugą naradę spółdzielców przybyło już 37 delegatów z 26 stowarzyszeń, wśród nich ksiądz Wacław Bliziński, twórca „spółdzielczej wsi” Lisków z okolic Kalisza. „Społem!” zwiększało nakład i zasięg – zaczęło się od 40 prenumeratorów, po pół roku było ich już 800 [18].

Momentem zarazem przełomowym, jak i obrazującym, iż rzucane ziarna padły na urodzajną glebę, był pierwszy zjazd stowarzyszeń spożywców z terenów zaboru rosyjskiego, zorganizowany w dniach 27-31 października 1908 r. w Warszawie. Przybyło 423 delegatów z 248 kooperatyw. Znaczna część z nich podjęła decyzję o stałej, sformalizowanej współpracy oraz o utworzeniu centrali koordynującej działalność ruchu – Biura Informacyjnego Stowarzyszeń Spożywczych przy Towarzystwie Kooperatystów. Sekretarzami Biura wybrano Mielczarskiego (ds. organizacyjnych i handlowych) i Wojciechowskiego (ds. popularyzacji ruchu). Od 1 stycznia 1909 r. pierwszy z nich zrezygnował z pracy w „Uranii” i dzięki skromnej pensji wypłacanej ze składek spółdzielni mógł w pełni poświęcić się aktywności w ruchu kooperatywnym. Zorganizował 18 konferencji okręgowych, w których wzięło udział 502 członków zarządu 233 stowarzyszeń. Odwiedził spółdzielnie rosyjskie, poznając ich funkcjonowanie. Pod koniec roku 1908 ukazał się podręcznik autorstwa Mielczarskiego pt. „Rachunkowość stowarzyszenia spożywców” – cieszący się tak wielkim uznaniem, że do roku 1945 doczekał się piętnastu wydań, a księgowość na jego podstawie prowadziły nawet największe prywatne firmy handlowe.

Na mocy uchwały wspomnianego zjazdu, latem 1909 r. do władz zaborczych trafił wniosek o powołanie Polskiego Związku Stowarzyszeń Spożywczych – oczekiwanie na jego zatwierdzenie trwało półtora roku. Wznowiła działalność agentura, czyli system hurtowych zamówień składanych przez Biuro Informacyjne w imieniu spółdzielni terenowych – początkowo dostawcami było 20 dużych przedsiębiorstw, później liczba ta stale rosła. W roku 1910 Biuro w imieniu spółdzielni złożyło u kontrahentów niemal 5 tysięcy zamówień o łącznej wartości ponad 400 tys. rubli, co oznaczało stuprocentowy wzrost w ciągu 12 miesięcy. Latem 1910 r. Mielczarski wyjechał do Szwecji, Danii i Niemiec, by zapoznać się z działalnością tamtejszych spółdzielni spożywców [19].

W lutym 1911 r. władze zaborcze wreszcie wydały zgodę na powołanie samodzielnego związku rewizyjnego spółdzielczości z obszaru Kongresówki. Nie zgodziły się, by w jego nazwie widniał przymiotnik „polski”, więc organizacja przyjęła nazwę Warszawski Związek Stowarzyszeń Spożywczych (WZSS); urzędnicy carscy ze statutu wykreślili także zapisy mówiące o dążeniu i działaniu na rzecz sprawiedliwości społecznej. Pierwszy zjazd pełnomocników Związku odbył się 10 czerwca 1911 – przybyło nań 237 delegatów ze 140 stowarzyszeń (ogólna liczba spółdzielni członkowskich wynosiła w tym okresie 178 wobec 118, które założyły Biuro jesienią 1908 r. [20]). Dyrektorami WZSS wybrano Mielczarskiego i Wojciechowskiego. Zadecydowano także o uruchomieniu hurtowni Związku 1 października 1911 r. – centrala spółdzielczości spożywców miała już nie tylko koordynować zakupy, ale także prowadzić własny skład (magazyn) produktów najczęściej nabywanych przez stowarzyszenia członkowskie.

Przypomina to trochę efekt kuli śnieżnej. To bowiem bynajmniej nie wszystkie sukcesy osiągnięte już w początkowych latach istnienia WZSS. W październiku 1911 r., zgodnie z planem, działalność zainaugurowała hurtownia Związku. Pierwszą siedzibą były wynajęte lokale w budynku przy ulicy Smolnej w Warszawie, tam też umieszczono biura Związku. Personel, łącznie z dwoma dyrektorami, liczył zaledwie 8 osób, wszyscy pracowali fizycznie przy uruchamianiu i obsłudze hurtowni. „Cały pierwszy okres próbny hurtowni od 1 października 1911 r. do 31 grudnia 1912 r. Mielczarski siedział w biurze Związku od wczesnego rana do późnej nocy, nie dał się namówić na żaden wyjazd, choćby na tydzień dla odpoczynku. Z wielkim nakładem jego pracy i wiedzy uruchomiona organizacja hurtowni nie zawiodła oczekiwań” – wspominał Wojciechowski [21]. Spółdzielcy, przygotowani przez apele i napomnienia Mielczarskiego, solidarnie zaopatrywali się w centrali Związku, mimo iż zasady jej funkcjonowania były bardziej surowe niż wielu hurtowni prywatnych, np. całkowicie wykluczono sprzedaż na kredyt. Efekt przeszedł oczekiwania liderów WZSS – łączny obrót do końca roku 1912 wyniósł ponad 1,4 miliona rubli (Mielczarski martwił się, czy osiągną 1 milion), a czysty zysk prawie 29 tys. rubli. Rok później obroty wyniosły już ponad 1,9 mln rubli (równowartość ówczesnego miliona dolarów). Oferowane zrzeszonym spółdzielniom towary były od 6 do 11% tańsze niż u hurtowników prywatnych [22]. W roku 1913 uruchomiono, w odpowiedzi na prośby spółdzielni, pierwszą regionalną filię hurtowni, w Dąbrowie Górniczej – tylko w ciągu pierwszych pięciu miesięcy funkcjonowania zanotowała obrót w wysokości 104 tys. rubli.

Spółdzielcy pod wodzą Mielczarskiego dokonali też wówczas rzeczy symbolicznych. Jako pierwsi sprowadzili do Polski sól z terenów Rosji z pominięciem kartelu prywatnych handlarzy tym produktem, dyktujących dotychczas ceny. Podobnie przełomowy okazał się import śledzi ze Szkocji (okazały się najtańsze na polskim rynku), dotąd zmonopolizowany w rękach prywatnych kupców żydowskich. Wkrótce z pominięciem prywatnych hurtowni, tym razem głównie niemieckich, zaczęto sprowadzać towary kolonialne. W 1913 r. WZSS podpisał natomiast umowę z angielską spółdzielczą hurtownią Co-operative Wholesale Society na dostawy wielu towarów nie produkowanych w Polsce, z których znaczna część była wytwarzana w fabrykach należących do ruchu kooperatyw spożywców. Wszystko to było efektem wysiłków Mielczarskiego, który wyszukiwał najkorzystniejsze warunki dostaw i osobiście zjeździł pół Europy, aby przekonać producentów, że nikomu nie znani polscy spółdzielcy są partnerem godnym zaufania.

Ten bezprecedensowy rozwój działalności handlowej WZSS wymusił powstanie własnej, nowoczesnej siedziby. Wybudowana w rekordowym tempie, od kwietnia do października 1913 r. na Mokotowie, w całości sfinansowana została z kredytu zaciągniętego w Banku Towarzystw Spółdzielczych. Tuż po oddaniu gmachu do użytku, Wojciechowski przemawiając na posiedzeniu Rady Nadzorczej WZSS, mówił: „Skoro wymieniono tutaj moje nazwisko ze słowami uznania i podzięki, to może zawdzięczam to temu, iż postać moja bardziej rzuca się w oczy przy wszystkich uroczystościach, które wypada mi organizować; ale sumienie nakazuje publicznie stwierdzić, że jest tutaj ktoś bardziej zasłużony, acz niższego wzrostu – kolega Romuald Mielczarski, którego kierownictwu i ofiarnej pracy Związek nasz zawdzięcza swoje istnienie i rozwój finansowy, umożliwiający nabycie siedziby własnej” [23].

Gdy w czerwcu 1914 r., w przededniu I wojny światowej, obradował IV zjazd pełnomocników WZSS, Związek liczył już 60 tysięcy członków, a obroty hurtowni za pierwszych pięć miesięcy owego roku wynosiły niemal 2 miliony rubli – taki był efekt zaledwie ok. 8 lat działalności Mielczarskiego na polu kooperacji spożywców.

Warto w tym miejscu zatrzymać się przy takich poglądach lidera polskiej spółdzielczości spożywców, które po latach, w zupełnie odmiennych realiach kulturowych, mogą zostać źle zrozumiane. Zamieszczone w niniejszej książce teksty Mielczarskiego zawierają fragmenty, które wydają się „surowe” czy wręcz „bezduszne”. Spółdzielczość, między innymi wskutek przerwania ciągłości jej rozwoju historycznego w realiach PRL, jest zjawiskiem słabo znanym, nierzadko opacznie rozumianym, również dlatego, że pisma głównych teoretyków tego nurtu nie były wznawiane od wielu dziesięcioleci. W efekcie, spotyka się nierzadko bardzo naiwne i romantyczne oczekiwania wobec działalności kooperatywnej. Wiele osób, zwłaszcza młodych, poszukujących alternatyw wobec gospodarki kapitalistycznej, postrzega spółdzielczość wyłącznie w kategoriach idealistycznych, nie biorąc pod uwagę ekonomicznego aspektu takich inicjatyw.

Tymczasem spółdzielczość już w czasach Mielczarskiego dawno miała za sobą okres utopijny; stanowiła ruch bazujący na precyzyjnych mechanizmach i regułach. To właśnie te zasady decydowały o powodzeniu i rozwoju takich inicjatyw, natomiast ich nieprzestrzeganie prowadziło do wielu może i śmiałych, może i „przyjaznych”, lecz zazwyczaj bezproduktywnych eksperymentów społecznych, których fiasko przynosiło skutek odwrotny od zamierzonego, mianowicie zrażenie wielu osób do ideałów kooperatywnych, a także – co gorsza – utratę środków finansowych ich uczestników, wywodzących się z warstw plebejskich, o mizernych dochodach. Efektywność ekonomiczna spółdzielni, uzyskana nawet za cenę pewnego „technokratyzmu”, stanowiła nie tylko potwierdzenie skuteczności w procesie przebudowy porządku społecznego na bardziej sprawiedliwy i egalitarny, ale także była najlepszą reklamą takich inicjatyw wśród osób jeszcze nie zrzeszonych w kooperatywach. Przestrzeganie tych ścisłych reguł nie było niczyim kaprysem, a tym bardziej nie wynikało z przyjęcia za swoje kapitalistycznych punktów odniesienia i hierarchii wartości – dowodziło ideowości spółdzielców oraz ich troski o dobro wspólne i zarazem o indywidualne dobro ludzi niezamożnych, bo to oni właśnie stanowili gros członków ruchu. Jeśli Mielczarski gromił liderów lokalnych kooperatyw za sprzedaż towarów na kredyt, za zwiększanie obrotów poprzez przyciąganie do sklepów spółdzielczych przypadkowych klientów (postulował nawet, by spółdzielnie, które ponad 50% obrotów zawdzięczają sprzedaży wśród nie-członków, były ze Związku usuwane), za niestaranność w prowadzeniu księgowości, jeśli nieustannie apelował o dokonywanie zakupów hurtowych w centrali Związku, nie zaś u prywatnych dostawców – którym, owszem, zdarzało się część towarów oferować taniej – to jedynie dlatego, że tylko w ten sposób można było wzmacniać siły spółdzielczości, jej znaczenie gospodarcze, możliwości oddziaływania, stymulować rozwój następnych inicjatyw, a co za tym idzie: krok po kroku anektować kolejne obszary, na których dotychczas niepodzielnie panowali kapitalistyczni sprzedawcy, hurtownicy i producenci. Spółdzielczość nie była niezobowiązującą zabawą pięknoduchów – była realną walką o lepszy świat, walką, w której znaczenie miał każdy żołnierz i każdy pocisk, czyli każdy spółdzielca, każda, najdrobniejsza kooperatywa, każda złotówka. Z tego względu, mimo iż wiele opinii Mielczarskiego było bardzo surowych, o czym czytelnik niniejszego tomu już się przekonał, ich autor cieszył się wielką estymą wśród dziesiątków tysięcy członków Związku, tak wielką, że stał się postacią nieomal kultową i legendarną.

Warto zacytować fragmenty kilku jego tekstów, które nie znalazły się w naszej książce z racji swej głównie techniczno-instruktażowej tematyki. Świadczą one zarówno o zasadniczości poglądów autora, jak i o jego ideowości. Przykładowo, w artykule o prowadzeniu rachunkowości w spółdzielniach pisał on: „Jeżeli kontrola jest niezbędna dla kupca prywatnego, to cóż dopiero mówić o kupcu publicznym, jakim jest każda kooperatywa. Tu potrzebna jest zdwojona czujność i zdwojona kontrola. Przede wszystkim majątek (kapitał) kooperatywy jest majątkiem publicznym. Uszczuplenie lub zupełny zanik majątku kooperatyw odbija się niekorzystnie na położeniu wszystkich stowarzyszonych, z których wkładów kapitał ten powstał. Toteż w interesie wszystkich stowarzyszonych leży, aby system kontroli był jak najbardziej skrupulatny i z ksiąg można było w każdej chwili wyczytać o wszystkich krokach administracji stowarzyszenia. Ścisłej kontroli wymaga nie tylko interes stowarzyszonych i interes wierzycieli, od niej zależy również i powodzenie samego ruchu kooperacyjnego. Niech w danej miejscowości z braku należytej kontroli kooperatywa upadnie, a na pewno stowarzyszeni na długie lata zniechęcą się do całego ruchu. Rozumując fałszywie, stowarzyszeni przyczynę całego niepowodzenia zamiast brakowi kontroli przypiszą samej zasadzie ruchu i cały ruch ogłoszą za szkodliwy. Jest jeszcze jedna okoliczność, która nakazuje stosować w kooperatywach jak najściślejszą kontrolę. Celem ruchu kooperacyjnego nie jest tylko zapewnić stowarzyszonym dobry towar za niską cenę. Ruch kooperacyjny ma również cele wychowawcze, mianowicie przygotować społeczeństwo do objęcia spraw gospodarczych we własne ręce, wychować je dla samorządu gospodarczego. Oba te cele idą zresztą równolegle. Kupcy zbierają ze społeczeństwa obfite łupy dlatego, że wykonują pewną niezbędną czynność, której społeczeństwo samo wykonać nie potrafi. I darmo byśmy krzyczeli na nieprawe zyski, nic to nie pomoże, dopóki społeczeństwo nie nauczy się niezbędną czynność kupców samo wykonywać. Otóż nic tak nie kształci, jak właśnie kontrola działań stowarzyszenia. Kooperatywy, które by wybierały malowane komisje kontrolujące, nie spełniałyby należycie celu wychowawczego, nie spełniałyby również i te kooperatywy, których członkowie ślepo zdają się na zarządy, nie czują się w obowiązku zapoznać z działalnością stowarzyszenia i na zgromadzeniach ogólnych grają rolę biernych statystów. Kto chce samorządu, musi udowodnić, że potrafi się sam rządzić” [24].

W typowo instruktażowym artykule „Kontrola sklepowego” przekonywał z kolei: „Poszanowanie majątku publicznego jest jeszcze u nas bardzo słabe, słyszy się nawet cyniczne: co wszystkich – to niczyje; walczyć z tym rakiem zatruwającym nasze życie społeczne należy wszędzie, przede wszystkim zaś w stowarzyszeniach spółdzielczych” [25]. W innym miejscu pisał natomiast: „Jeżeli […] wszyscy gorliwie swe obowiązki wypełniać będziemy w stowarzyszeniach i w ich centrali w Związku, staniemy się finansowo bardzo silni i – co najważniejsze – samodzielni. Kapitał w rękach kooperatystów to oręż nowoczesny, którym toruje się drogę do wyzwolenia pracy” [26]. Gdy doszła do skutku transakcja zakupu soli przez Związek, z pominięciem prywatnych pośredników, ci ostatni zareagowali okresowymi znacznymi obniżkami cen produktu, aby spółdzielcy nabywali go u zwykłych kupców, podkopując sens całej operacji. W obliczu tego Mielczarski apelował: „Chodzi tutaj o artykuł pierwszej potrzeby i wyzwolenie naszego rynku od pasożytów. Jest to pierwsza poważna walka, w której wystawiona została na próbę nasza solidarność. Gdy spekulanci, polujący na naszą łatwowierność, przekonają się, że żadne nowe szyldy i zniżki cen nie osłabią naszego pragnienia wyzwolenia, że jesteśmy jednością silni – będą musieli wyrzec się opanowania handlu solą i w rękach naszego ludu pozostaną tysiące, na które teraz polują” [27]. Ostatecznie spółdzielcy wygrali „solną wojnę”.

Takich cytatów można w tekstach Mielczarskiego znaleźć znacznie więcej. Warto zwrócić uwagę jeszcze na kilka znaczących, a dziś nie do końca zrozumiałych jego poglądów. „Romantyczne” wizje spółdzielczości spożywców widzą kooperatywy jako swego rodzaju lepsze sklepy – im więcej ich, tym lepiej, tym bardziej „ideowo” zdaje się działać ruch spółdzielczy, a im więcej produktów oferują, tym bardziej „przyjazne” są rozmaitym koneserom „różnorodności”. Nic bardziej mylnego. Jeśli spółdzielczość nie ma być zabawą w „alternatywne” sklepikarstwo, lecz silnym ruchem mogącym zadawać kapitalizmowi ciosy i uspołeczniać handel detaliczny i hurtowy oraz produkcję, musi ona działać na zgoła odmiennych zasadach. Jednoczenie się wielu drobnych spółdzielni w związki krajowe i regionalne, włączanie drobnych stowarzyszeń w obręb większych w postaci filii lokalnych – to prosta droga do kumulacji siły nabywczej i zmniejszania kosztów poprzez minimalizację wydatków na transport produktów, księgowość, składanie zamówień; to również jedyna droga do większych rabatów hurtowych, a zatem obniżania cen detalicznych lub zwiększania kapitału zapasowego spółdzielni; to wreszcie kumulacja kapitału niezbędnego do uruchomienia własnych zakładów wytwórczych. Mielczarski rozumiał, że siła tkwi w jedności, że skromne kapitały spółdzielców, jeśli nie zjednoczą się oni w wielkich strukturach, nigdy nie staną się zagrożeniem dla rekinów kapitalizmu. Gdy dziś obserwujemy stałą koncentrację własności w handlu hurtowym i detalicznym (wielkie sieci handlowe), to pamiętajmy, że do podobnego modelu dążył Mielczarski – z tą zasadniczą różnicą, iż własność i zyski z takiej działalności miały być uspołecznione i służyć budowie nowego, sprawiedliwego ustroju ekonomicznego.

Z podobnych względów krytykował on postulaty, aby spółdzielnie oferowały „wszystko” – do wyboru, do koloru. Wyprzedził trendy, domagając się zgoła odmiennych rozwiązań, tj. takich, które dziś stosują tzw. dyskonty. Kooperatywy miały zaczynać od obrotu produktami podstawowymi, nabywanymi najczęściej, a dopiero w miarę rozwoju poszerzać asortyment. Na wyrobach masowo spożywanych buduje się bowiem fundament sukcesu ekonomicznego, szczególnie jeśli klientelą są osoby niezamożne, których nie stać na różne „zachcianki”. Również z tej racji, że spółdzielnie bazują na „groszowych” udziałach członkowskich, ich kapitał obrotowy jest niewielki, dlatego też nie należy go rozpraszać na zakup zróżnicowanej oferty, której sprzedaż będzie powolna, „zamrażając” znaczną część siły nabywczej kooperatyw. Tym, co upodabnia pomysły Mielczarskiego do dzisiejszych strategii właścicieli dyskontów i supermarketów, było również oparcie rosnącej części oferty handlowej na tzw. markach własnych. Miały one tę zaletę, iż nie trzeba ich było reklamować – co jest kosztowne – pod wieloma kolejnymi nazwami, gdyż rękojmią jakości i przystępności cen uczyniono symbol „Społem”, wprowadzając do obrotu kolejne wyroby nim opatrzone.

Dlaczego natomiast Mielczarski piętnował sprzedaż nie-członkom, osobom „z ulicy”? Zdawałoby się, że każdy dodatkowy zysk spółdzielni, wynikający ze wzrostu sprzedaży, powinien go cieszyć, tak jak ucieszyłby kupca prywatnego. Otóż większy zysk doraźny, uzyskany ze sprzedaży „byle komu”, w dłuższej, systemowej perspektywie wyrządzał spółdzielcom więcej szkód niż pożytku. Na płaszczyźnie mikro utrudniał poszczególnym kooperatywom planowanie wielkości zamówień, ich częstotliwości, powierzchni magazynowej do wynajęcia lub wybudowania – klient przypadkowy wszak raz jest, innym razem go nie ma. W dłuższej perspektywie czasowej, zysk spółdzielni, który stanowi efekt zakupów czynionych przez takie osoby, okazuje się mniejszy niż straty wynikające z niemożności starannego zaplanowania prowadzonej działalności. Na płaszczyźnie makro rzecz wygląda podobnie – jeśli sprzedaż bazuje na popycie członków spółdzielni, wówczas można oszacować przyszłe zapotrzebowanie, co umożliwia korzystne negocjacje cenowe centrali spółdzielczej z dostawcami, a przede wszystkim racjonalny rozwój własnej działalności wytwórczej. Znając szacunkowe roczne zapotrzebowanie członków, ich siłę nabywczą i nawyki konsumpcyjne, znacznie prostsze jest inwestowanie w działalność produkcyjną – łatwiej obliczyć, w których branżach podejmować ją w ogóle i najpierw, gdzie wydatki zwrócą się najszybciej, jaka będzie orientacyjna stopa zysku przy znajomości kosztów wytwarzania. To zaś czyni efektywnym gospodarowanie skromnymi spółdzielczymi kapitałami oraz minimalizuje ryzyko ich utraty wskutek chybionych inwestycji. Jak widzimy, pozorna surowość Mielczarskiego miała głębsze podłoże – troskę o kapitał tysięcy osób, powierzony kooperatywom w dobrej wierze, a także o rozwój spółdzielczych form gospodarowania, wymierzonych w prywatne środki produkcji i handlu. „Idealista – marzył całe życie o Polsce i o sprawiedliwości społecznej, na której winna być oparta, a równocześnie trzeźwy rachmistrz, który sumiennie obliczał każdy krok naprzód, zanim go postawił. Trzeźwy idealista. Osobliwy marzyciel, któremu udało się wszystkie swoje marzenia wcielić w realne formy życia” – pisał o Mielczarskim jeden z biografów [28].

Współczesnemu czytelnikowi, żyjącemu w klimacie kryzysu zaufania wobec osób publicznych i w kulturze rozpowszechnionego „indywidualizmu”, częstokroć oznaczającego egoizm, może się wydawać, iż Mielczarski, dbając o interesy związku spółdzielczości spożywców – dbał o siebie, był wszak dyrektorem tej organizacji. Nic bardziej błędnego. Stojąc przed I wojną światową na czele dużej, a po wojnie największej w Polsce inicjatywy handlowej, przynoszącej niemałe zyski i notującej stały rozwój, w niczym nie przypominał właściciela czy szefa firmy prywatnej. „Ludzie, którzy go znali, opowiadali o jego wyszarzałych ubraniach, skromnym trybie życia […]” – pisał jeden ze spółdzielców [29]. Pewna działaczka, związana z opozycyjnym wobec Mielczarskiego nurtem skrajnie lewicowym, wspominała: „Pamiętam jak na posiedzeniu Rady Nadzorczej musieliśmy walczyć, ażeby pozwolił podwyższyć sobie pensję. Doszło bowiem do tego, że lustratorzy pobierali wyższe wynagrodzenie od dyrektora. Nie dał się przekonać, dowodząc, że jest samotny, a tamci mają żony, dzieci. Żył nadzwyczaj skromnie […]” [30]. Bronisław Siwik dodawał: „[…] uważał wszelkie dbanie o siebie za egoizm niedopuszczalny, za grzech i przestępstwo w stosunku do sprawy, której służył. Nic dla siebie, a wszystko dla idei – oto motyw zasadniczy życia Mielczarskiego” [31]. Tego rodzaju wspomnień zachowało się wiele. Znamienne jest również, że około 25% pensji przekazywał latami jako comiesięczną darowiznę na rzecz Polskiej Partii Socjalistycznej, z którą sympatyzował. Legendarna była także jego pracowitość – sprawami spółdzielczości zajmował się po kilkanaście godzin dziennie, nie wyłączając niedziel i świąt. Drobny, acz wymowny jest wreszcie fakt, że stołował się przez wiele lat w malutkiej spółdzielczej jadłodajni, którą prowadził wraz z kolegami, zajmując się tam rotacyjnie, jak inni jej twórcy, wydawaniem obiadów i innymi czynnościami gospodarskimi. Bardzo wymagający wobec siebie i innych, ale z wielu wspomnień wiemy, że jednocześnie starał się pracownikom spółdzielczości zapewniać jak najlepsze warunki socjalno-bytowe i otaczał ich opieką daleko wykraczającą poza ówczesne ustawodawstwo i standardy rynku pracy. Mielczarski był np. jednym z pomysłodawców i gorącym zwolennikiem powołania w Polsce związku zawodowego pracowników spółdzielczości spożywców. Tymczasem kwestia ta budziła kontrowersje na całym świecie, a zdarzało się, że w krajach przodującej spółdzielczości dyrekcje central utrudniały tworzenie reprezentacji interesów pracowniczych, wychodząc z założenia, że są one niepotrzebne, bowiem ruch kooperatywny ze swej natury jest „lepszym” miejscem zarobkowania niż przedsiębiorstwa prywatne. Wspominam o tym nie po to, by wykazać, iż Mielczarski był człowiekiem dobrym czy szlachetnym, lecz aby unaocznić, że zasadami egalitaryzmu i demokracji żył na co dzień, nie traktując ich w kategoriach odświętnych haseł, a tym bardziej jako wabika na kolejnych klientów.

Wróćmy do chronologii wydarzeń. Wybuch I wojny światowej przerwał dynamiczny i naturalny rozwój spółdzielczości spożywców. Oprócz zdarzeń typowych dla przebiegu wojny, które dezorganizują życie społeczno-gospodarcze, dotkliwy dla spółdzielczości okazał się chaos na rynku zaopatrzenia w produkty spożywcze – aby wyżywić wielotysięczne armie, rekwirowano towary producentom i hurtownikom, wprowadzono dla ludności cywilnej skomplikowany, biurokratyczny system zbytu i reglamentowanej dystrybucji wielu dóbr pierwszej potrzeby, do tego doszła inflacja, chaos cenowy i informacyjny, nasilona działalność bezwzględnych spekulantów itp. W takich warunkach nie sposób było działać efektywnie i w zgodzie z ideałami ruchu kooperatywnego. Co nie znaczy, że nie próbowano tego robić. Paradoksalnie, wojna nie tylko zaszkodziła, ale w pewnym sensie również pomogła spółdzielcom. WZSS, jako w zasadzie jedyny podmiot dysponujący placówkami-oddziałami w całym Królestwie Polskim, był wykorzystywany do dystrybucji deficytowych i reglamentowanych towarów – musiał zatem odejść od zasady ograniczania sprzedaży nie-członkom, ale zarazem dzięki temu wiele osób postronnych zetknęło się z kooperatystami i ich systemem wartości. Zwykłym ludziom mocno dała się we znaki spekulacja: „przyjaźni” dotąd kupcy prywatni, nie musząc już zabiegać o klientów, bezwzględnie wykorzystywali okazję do wzbogacenia się. Spółdzielcy w wielu miejscach kraju byli w takiej sytuacji „ostatnimi sprawiedliwymi”, co poskutkowało wzrostem zaufania wobec tego ruchu i jego ideałów.

Z powodu przebywania Wojciechowskiego w Rosji wskutek działań wojennych, Mielczarski od połowy roku 1915 kierował Związkiem samodzielnie. Pełnił też przejściowo funkcję przewodniczącego sekcji żywnościowej Komitetu Obywatelskiego miasta Warszawy, dbającego o zaopatrzenie mieszkańców stolicy w artykuły spożywcze i ich sprawiedliwy rozdział. Był przeciwnikiem zarówno orientacji prorosyjskiej, jak i proniemieckiej, uważając, że tylko zwycięstwo aliantów gwarantuje odzyskanie pełnej niepodległości i zjednoczenie rozdartych zaborami ziem polskich. Na tyle, na ile pozwalały warunki, dbał nie tylko o przetrwanie, ale i o rozwój ruchu kooperatywnego. Ponieważ działalność typowo handlowa była zaburzona, położył nacisk na aspekty organizacyjne i ideowe. Powstały wówczas terenowe oddziały Związku (w Łodzi, Częstochowie, Lublinie i Skierniewicach), mające koordynować pracę kooperatystów w regionach. W marcu 1917 r. zorganizował w Lublinie zjazd spółdzielców z obszaru ówczesnej okupacji austriackiej. 1 maja 1917 r. wznowił edycję „Społem!”, pełniąc funkcję redaktora odpowiedzialnego i wydawcy. W czerwcu 1917 r. z jego inicjatywy obradował V zjazd pełnomocników WZSS, który podjął uchwały o utworzeniu rad okręgowych przy oddziałach Związku oraz centralnego wydziału społeczno-wychowawczego, zadecydowano również o przeznaczaniu istotnej części zysku na działalność popularyzatorsko-oświatową wśród ludności oraz o intensyfikacji prac formacyjnych wśród członków ruchu. W tym samym roku Mielczarski wsparł wysiłki prowadzące do utworzenia Zrzeszenia Pracowników Stowarzyszeń Spożywczych, które po wojnie przekształciło się w profesjonalny związek zawodowy. Na początku 1918 r. nawiązał współpracę z Wyższą Szkołą Handlową w kwestii organizacji fachowych kursów dla kadr kierowniczych spółdzielczości spożywców. We wrześniu 1918 r. Związek otworzył w podwarszawskim Ołtarzewie średnią szkołę spółdzielczą (z internatem). Przed zjazdem spożywców latem 1917 r. przekonywał na łamach „Społem!”: „Stowarzyszenia nasze czyniły dotychczas postępy wyłącznie na polu handlowym, praca oświatowo-kulturalna zaś leżała prawie zupełnie odłogiem. Tymczasem kooperacja jest tym właśnie ruchem, w którym działalność gospodarcza musi iść w parze z oświatą. Kooperacja jest organizującą się gospodarczo demokracją, a nie ma demokracji bez oświaty i solidarności” [32].

Gdy na horyzoncie widać było koniec wojny i odzyskanie niepodległości, na wezwanie Mielczarskiego w dniach 1-4 listopada 1918 r. odbył się nadzwyczajny zjazd delegatów spółdzielni związkowych, na który zaproszono także licznych przedstawicieli kooperatyw dotychczas nie zrzeszonych, aby w wolnej Polsce budować zjednoczoną spółdzielczość spożywców. Dzięki polityce Mielczarskiego udało się osiągnąć wiele sukcesów i zrealizować znaczną część uprzednich zamierzeń, co jest tym bardziej godne uznania, że okres powojenny obfitował w problemy. Kraj był wyniszczony, kilka lat zajęła odbudowa sprawnego systemu komunikacji, na rynku występowały niedobory wielu towarów, część z nich podlegała ścisłej reglamentacji przez państwo, aż do momentu reformy walutowej bardzo poważną przeszkodą w rozwoju działalności gospodarczej była inflacja, w międzyczasie przez Polskę przetoczył się najazd bolszewicki. Mimo to, w krótkim okresie udało się spółdzielcom dokonać wielu wartościowych rzeczy.

Latem 1919 r. dotychczasowy WZSS zmienił nazwę na Związek Polskich Stowarzyszeń Spożywców (ZPSS); potocznie nazywano go „Społem”. Przystąpiła do niego część spółdzielni dotychczas nie zrzeszonych, nowo powstałych i z terenów dotąd nie objętych działaniem WZSS – polityka wobec chętnych do wstąpienia była zwyczajowo surowa, zwłaszcza wobec małych kooperatyw, powołanych w celu handlu towarami deficytowymi [33]. Spójrzmy na kilka przykładowych danych: w roku 1918 ZPSS miał 61 tysięcy członków, w 1924 r. już 307 tys., czyli pięć razy więcej, mimo kilku fal usuwania „złych” spółdzielni ze Związku. Jak pamiętamy, w roku 1914 istniał tylko jeden oddział regionalny, w roku 1919 było ich natomiast już 16, a w 1924 r. – 21; generowały one połowę ogólnego obrotu ZPSS. Sprzedaż związkowej hurtowni wzrosła w latach 1920-24 dla cukru 3-krotnie, mąki prawie 6-krotnie, kaszy ponad 4-krotnie, węgla aż ponad 200-krotnie. Obroty hurtowni związkowej rosły niemal nieprzerwanie. Postępował proces konsolidacji spółdzielni i przekształcania mniejszych w oddziały dużych stowarzyszeń – tylko w roku 1921 powstało w ten sposób 38 spółdzielni wielosklepowych z połączenia 102 mniejszych kooperatyw. W niektórych miejscowościach spółdzielnie prowadzone konsekwentnie wedle rad Mielczarskiego miały nawet dziesięcio- lub wręcz kilkunastoprocentowy udział w całym lokalnym obrocie detalicznym produktami ogólnospożywczymi – tak było w Łodzi, Częstochowie, miastach Zagłębia Dąbrowskiego, Zgierzu i Pabianicach. Najlepsze, skonsolidowane spółdzielnie, były na lokalnych rynkach przedsiębiorstwami, przy których blado wypadały największe firmy handlowe – np. częstochowska „Jedność” w połowie lat 20. posiadała 33 sklepy, bazar z tkaninami i obuwiem, warsztat szewski, dwie jadłodajnie, piekarnię, rzeźnię, skład drewna z własną bocznicą kolejową, zbiorniki nafty; zatrudniała 180 pracowników i miała 8500 członków. W porozumieniu ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego, ZPSS objął patronat nad spółdzielniami uczniowskimi, współpracując z wieloma takimi inicjatywami [34]. Warto zacytować opinię eksperta, odnoszącą się do lat 1925-26: „Podkreślić należy, że w […] ogólnej liczbie spółdzielni największą siłę gospodarczą, zarówno ogólną, jako też przeciętną na 1 spółdzielnię, reprezentują spółdzielnie zrzeszone w »Społem«. […] Spółdzielnie »Społem« wykazują zatem więcej niż połowę ogólnego obrotu wszystkich spółdzielni spożywców oraz dwukrotnie większy przeciętny obrót jednej spółdzielni. […] Związek »Społem« nadaje zatem ton spółdzielczości spożywców w Polsce” [35].

Szczególnie ważne dla rozwoju ruchu kooperatywnego spożywców – również w kategoriach symbolicznych – było podjęcie przez ZPSS działalności wytwórczej. Planowano ją od dawna, jako kolejny krok w dziele anektowania przez spółdzielczość sfery prywatnego posiadania środków produkcji i uspołeczniania zysków, jednak proces uległ przyspieszeniu wskutek niefortunnego zdarzenia, o którym warto wspomnieć, gdyż znakomicie obrazuje wielkość charakteru Romualda Mielczarskiego. Otóż w roku 1919, w obliczu niedoborów na rynku spustoszonym przez wojnę, lider ZPSS, kierując się prośbami władz państwowych, uzyskał od angielskiej hurtowni spółdzielczej CWS pożyczkę w postaci produktów spożywczych o wartości ok. 160 tysięcy funtów. W ten sposób spółdzielcy chcieli pomóc w zaspokojeniu potrzeb konsumpcyjnych polskich obywateli. „Wybierał to, co Polsce pracującej było najbardziej potrzebne. Żadnych luksusów, żadnych zbędnych przedmiotów nie sprowadził” – wspominał Józef Jasiński [36]. Spłata długu wydawała się prosta w obliczu znacznego popytu. Niestety, w ciągu kilku miesięcy nastąpił tak duży spadek wartości marki polskiej, że „społemowcy” zostali z długami trudnymi do spłacenia. I choć angielscy spółdzielcy, najbogatsi wśród tego typu inicjatyw, postanowili znaczną część długu umorzyć, Mielczarski odrzucił taką propozycję. Za punkt honoru uznał, by polscy spółdzielcy nie narazili angielskich kolegów na jakiekolwiek straty. Poprosił jedynie, by można było spłacić dług w ciągu kilku lat za pomocą eksportu polskich towarów do Anglii. Pożyczkę spłacono co do grosza, głównie dzięki uruchomieniu własnej produkcji.

We wrześniu 1920 r. w związkowej nieruchomości w Kielcach zainaugurował działalność pierwszy zakład produkcyjny ZPSS. Początkowo wytwarzał mydło i pasty czyszczące, od 1923 r. rozwijano kolejne działy, m.in. pasty do butów, opakowań papierowych, oleju lnianego i rzepakowego, świec, proszków do prania, octu, musztardy. Produkcja stale rosła, już w roku 1925 zakład zatrudniał ponad 100 pracowników. Centrala ZPSS zakupiła również tartak w Zawidowie, który na eksport wytwarzał tarcicę i podkłady kolejowe, zaś zakładom w Kielcach ułatwił produkcję skrzyń i mebli giętych. W roku 1926 we Włocławku uruchomiono „społemowską” fabrykę słodyczy (czekolady, cukierki, ciastka itp.), zaś w Radomsku duży młyn przemysłowy. Przy spółdzielniach stowarzyszonych w Związku powstały liczne piekarnie – w połowie lat 20. było ich około 100. Również wtedy utworzono ok. 30 spółdzielczych przetwórni mięsa oraz kilkadziesiąt rozmaitych przedsiębiorstw, m.in. cegielnie, betoniarnie, młyny, ciastkarnie, warsztaty szewskie. Dopełnieniem produkcji było tworzenie własnych składów hurtowych, m.in. zaopatrującego kooperatywy w węgiel, w wyroby tekstylne (w Łodzi), w len i pochodne (Wilno), a w Gdańsku i Londynie funkcjonowały oddziały zajmujące się eksportem oraz sprowadzaniem towarów zagranicznych na potrzeby Związku. Początki te, jakkolwiek skromne, oznaczały wejście polskiej kooperacji spożywców na nową drogę, zaś do wybuchu II wojny światowej własna produkcja Związku znacząco wzrosła, obejmując dużo większy asortyment i tworzenie kolejnych fabryk i przetwórni [37].

Wszystko to odbywało się wyłącznie w oparciu o własne siły. Mielczarski stanowczo odrzucał wszelką pomoc ze strony państwa, uważając, iż byłoby to zarazem zanegowaniem ideałów spółdzielczości jako ruchu oddolnego, jak również, że lepszy jest rozwój bardziej rozłożony w czasie, lecz autentyczny, w oparciu o faktycznie posiadane siły i środki. Stanowisko takie nie było bynajmniej powszechne, bowiem znaczna część liderów pozostałych organizacji spółdzielczych dopuszczała wsparcie ze strony państwa w obliczu spustoszeń wojennych i późniejszego chaosu gospodarczego, a byli tacy, jak działacze „klasowej” spółdzielczości spożywców (będzie jeszcze o niej mowa), którzy domagali się od władz różnorakiego wsparcia, w tym kredytów państwowych i samorządowych na bieżącą działalność oraz przyznania monopolu na dystrybucję wśród robotników towarów reglamentowanych w okresie powojennym. W żaden sposób nie zabiegał też o przywileje dla spółdzielczości czy swego Związku, a pamiętajmy, iż jego przyjaciel i niedawny bliski współpracownik, S. Wojciechowski, w niepodległej Polsce pełnił najpierw przez półtora roku funkcję ministra spraw wewnętrznych, a później przez 3,5 roku był Prezydentem RP. Mielczarski dopuszczał teoretycznie wsparcie państwa – dogodne kredyty – dla spółdzielczości produkcyjnej, jako wymagającej na wstępie dużych nakładów i mogącej liczyć na ich zwrot nieprędko, jednak kierowany przezeń Związek z takiej pomocy nie korzystał. Jeden jedyny raz zwrócił się o pomoc państwa, gdy po analizie regulacji fiskalnych wyliczył, że prywatny handel ma możliwość korzystania z luk podatkowych, a tym samym zmniejszania wysokości płaconych należności o kilkadziesiąt procent. Wystąpił wówczas o obniżenie opodatkowania spółdzielni spożywców do czasu zmiany przepisów faworyzujących prywatnych kupców. Warto też dodać, że nie przyjął proponowanych wysokich stanowisk państwowych, m.in. ministra aprowizacji (kilkakrotne oferty w latach 1919-21) i ministra przemysłu i handlu (propozycja złożona przez premiera Władysława Grabskiego pod koniec 1923 r.). Brał natomiast społecznie udział w pracach na rzecz powołania Banku Polskiego.

Oprócz wspomnianych działań organizacyjnych i produkcyjnych Związku, podjęto z inspiracji Mielczarskiego także inicjatywy mniej wymierne, lecz ważne. Na jego wniosek, VII zjazd delegatów spółdzielni związkowych uchwalił latem 1919 r. przystąpienie do Międzynarodowego Związku Spółdzielczego – dwa lata później Kongres MZS w Bazylei wybrał Mielczarskiego w skład Komitetu Centralnego tej organizacji. Wspierał także rozwój działalności edukacyjno-formacyjnej Związku – czasopism, książek dla różnych grup odbiorców (w tym dzieci i młodzieży), kursów i szkoleń. Był również wielkim zwolennikiem większej aktywizacji kobiet w ruchu spółdzielczym – z jego inicjatywy dr Maria Orsetti reprezentowała Polskę na zjeździe założycielskim Międzynarodowej Ligi Kooperatystek jesienią 1921 r.

Odegrał też niezwykle ważną rolę w 1919 r. podczas prac nad ustawą regulującą funkcjonowanie spółdzielczości w Polsce. O ile w trakcie spotkań koncepcyjnych istniała w kwestii zapisów technicznych i gospodarczych stosunkowo duża zgodność zaproszonych przez komisje sejmowe ekspertów związanych ze spółdzielczością, o tyle daleko posunięte rozbieżności pojawiły się co do zdefiniowania społeczno-kulturalnego wymiaru kooperacji. Lider ZPSS, zgodnie z tradycjami swego nurtu spółdzielczego, akcentował konieczność zapisania w prawie, że jednymi z celów tego rodzaju aktywności są, oprócz gospodarczych, także kulturalne i moralne, m.in. rozwój etyczny członków spółdzielni. „Człowiek jest największym celem, a nie sama organizacja gospodarcza” – mówił Mielczarski [38]. Miało to wymiar nie tylko symboliczny, ale także bardzo konkretny w kwestii „jakości” ruchu spółdzielczego. Otóż zapisy takie, dotyczące m.in. obowiązkowego przeznaczania przez spółdzielnie części zysku na tzw. fundusz społeczny (finansowano z niego m.in. edukację spółdzielców czy propagowanie ideałów kooperatyzmu), niepodzielny między członków, stanowiły barierę dla osób i grup, które pod szyldem spółdzielczości chciałyby ukryć zwykłą, prowadzoną tylko dla zysku, działalność gospodarczą. Mielczarski zwalczał także zawartą w planowanej ustawie możliwość wysokiego oprocentowania udziałów członkowskich w spółdzielniach (aby nie lokowano w nich kapitału, wycofywanego następnie po wypracowaniu zadowalającego zysku) oraz takie zapisy o podziale zysków kooperatyw, które byłyby korzystne dla „ciułaczy” nie zaś dla spółdzielców ideowych lub mniej zamożnych. Kooperatywy, owszem, miały swoim członkom przynosić korzyści materialne, jednak nie powinny być odpowiednikiem prywatnych instytucji bankowych. Udało mu się przekonać do swoich racji większość osób pracujących nad projektem ustawy i w efekcie „dzięki jego wpływowi prawo to miało silnie zaakcentowany charakter demokratyczny i utrudniało tworzenie przedsiębiorstw kapitalistycznych pod firmą spółdzielczą” [39]. W dowód uznania dla jego zasług, w 1921 r. został na mocy decyzji ministra skarbu powołany do Państwowej Rady Spółdzielczej.

Chyba najważniejszym dokonaniem Mielczarskiego po roku 1918 było jednak doprowadzenie do zjednoczenia większości kooperatyw spożywców. Stanowiło to zarazem spełnienie wieloletnich marzeń, jak i stworzenie trwałych podstaw organizacyjnych i finansowych pod późniejszy, dynamiczny rozwój spółdzielczości w tej dziedzinie. Przebieg owego procesu ukazał także dobitnie słuszność wielu tez i pomysłów lidera ZPSS, nawet jeśli początkowo nie wszystkim trafiały one do przekonania. Sukces był tym większy, że nic go nie zapowiadało, a wręcz przeciwnie – przebieg wydarzeń po I wojnie światowej zdawał się oznaczać fiasko zamierzeń i nietrafność rozważań Mielczarskiego.

Początkowo, w niepodległej Polsce nie udało się doprowadzić do jedności i stworzenia silnego, ogólnopolskiego ruchu kooperatyw spożywców. Nie tylko nie zjednoczyły się spółdzielnie z terenu trzech byłych zaborów, lecz w dodatku zaznaczyły się silne podziały ideologiczne. Wielkopolska spółdzielczość spożywców, która do zakończenia I wojny światowej stopniowo się rozwinęła, pozostawała pod wpływem kleru i sfer mieszczańskich, nieufnych wobec „społemowców”, postrzeganych jako nazbyt radykalni w swych celach i hasłach. W dodatku silne na tym terenie wpływy endecji i postawy antyniemieckie skutkowały pomysłami niemożliwymi do zaakceptowania przez ideowych kooperatystów z ZPSS. Mianowicie spółdzielcy wielkopolscy utworzyli – przy Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych – Hurtownię Spółek Spożywczych, której władze uważały, że oprócz zaopatrywania zrzeszonych kooperatyw, powinna oferować swoje usługi także prywatnym polskim kupcom (stanowili ok. 50% kontrahentów), aby wesprzeć ich w konkurencji z handlem pozostającym w rękach niemieckich i żydowskich. Było to oczywiste złamanie zasad „klasycznego” ruchu spółdzielczego, którego głównym celem są przeobrażenia socjalno-ekonomiczne, nie zaś konkurowanie na gruncie narodowościowym czy wyznaniowym.

Podobny, choć poważniejszy w skutkach problem wystąpił w tym samym okresie również po „lewej stronie” spółdzielczości spożywców. Jak pisał Mielczarski, „Stowarzyszenia socjalistyczne, które poprzednio stroniły od naszego Związku z powodu jego charakteru jakoby »burżuazyjnego«, nie tylko nie przystąpiły do Związku, ale […] postanowiły utworzyć swój własny Związek” [40]. Już w maju 1919 r. odbył się zjazd założycielski Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych (ZRSS), na który przybyli reprezentanci 66 kooperatyw spożywczych z całego kraju, głównie powstałych w znaczących ośrodkach przemysłowych w okresie wojny. O tyle zatem uszczuplił się potencjalny „stan posiadania” ZPSS w momencie, gdy szczególnie duże nadzieje wiązano z jednością spółdzielczości w nowej Polsce. Twórcy ZRSS działali z dwóch pobudek. Pierwsza, natury ideowej, wynikała z popularnej w spółdzielczości robotniczej doktryny „klasowości”, która postulowała – w przeciwieństwie do „neutralistów” z ZPSS – aby kooperatywy spożywców zrzeszały jedynie robotników. Sama zaś spółdzielczość stanowiła w tej wizji jedno z wielu – obok partii, związków zawodowych, inicjatyw społeczno-kulturalnych itd. – narzędzi skoordynowanej walki o ustrój socjalistyczny. Pobudka druga, bardziej przyziemna, związana była z partyjną walką o wpływy, środki oddziaływania na społeczeństwo oraz stworzenie zaplecza finansowego dla organizacji politycznych. ZRSS powstał z inicjatywy działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej [41], żydowskich ugrupowań socjalistycznych oraz komunistów.

Początkowo powołanie ZRSS poważnie nadszarpnęło pozycję ZPSS, gdyż oba związki operowały głównie w dawnych zaborach rosyjskim i austriackim, odwołując się do podobnych grup społecznych. Dla Mielczarskiego ów „rozłam” był tym bardziej bolesny, że dokonał się w znacznej mierze za sprawą PPS, której to partii wciąż pozostawał sympatykiem [42]. ZRSS początkowo działał dynamicznie, zrzeszając w szczytowym momencie rozwoju ok. 170 tys. członków [43] (ZPSS miał ich wówczas ok. 350 tys. [44]), jednak wkrótce okazało się, że strategia Mielczarskiego była bardziej dalekowzroczna pod względem kluczowym, tj. ekonomicznym. „Klasowcy” położyli nacisk na „czystość ideową”, co poskutkowało brakiem perspektyw rozwojowych – ich spółdzielnie miały niewielkie zyski, co uniemożliwiało znaczące inwestycje i tańszy zakup większych partii towarów. Przykładowo, w roku 1924 ZPSS posiadał wkłady członkowskie w wysokości ok. 1,7 miliona zł, podczas gdy ZRSS zaledwie 41 tys.; roczny obrót towarowy „neutralistów” miał wartość ponad 20 milionów zł, zaś „klasowców” niespełna 2 mln; koszty handlowe u pierwszych stanowiły ok. 3,5% obrotów, a u drugich – 9,3% [45]. Wpływ na gorszą pozycję ZRSS miał zarówno brak doświadczenia w prowadzeniu takiej działalności oraz mniejsza i uboższa baza członkowska, ale także nierzadkie przepychanki polityczne [46] i obsadzanie stanowisk w spółdzielniach wedle klucza partyjnego, zamiast merytorycznego.

Problem miał jednak wymiar nie tylko praktyczny, dający się wyrazić w liczbach i wskaźnikach. Spory partyjne, przenoszenie na grunt spółdzielczy podziałów politycznych, obwarowanie prawa do członkostwa „właściwą” przynależnością klasową – rozpraszały siły ruchu, a zatem zmniejszały szansę na zmiany ustrojowe. Mielczarski pisał, iż „To proszkowanie się naszego ruchu […] gdyby miało trwać jeszcze długo, może zamienić wielki ruch spożywców na niezliczoną ilość kramów bez żadnego gospodarczego i społecznego znaczenia […]” [47]. Należy wyjaśnić tę kwestię, bowiem wobec „neutralności” nurtu reprezentowanego przez Mielczarskiego narosło wiele nieporozumień czy zwykłych przekłamań, głównie autorstwa komunistów (przedwojennych, a przede wszystkim z okresu PRL-u [48]). Otóż nie chodziło tu bynajmniej o neutralizm w sferze celów, lecz o zasadę, iż dla ich osiągnięcia mogą pracować, nawet nieświadomie, osoby z różnych grup społecznych i ponad podziałami partyjno-politycznymi. Celem naczelnym było obalenie kapitalizmu, czyli systemu opartego na wyzysku pracy najemnej oraz na koncentracji prywatnej własności środków produkcji. Był to zatem cel tożsamy z socjalizmem [49] – choć należy mocno podkreślić, z uwagi na dzisiejsze skojarzenia z „realnym socjalizmem”, że mówimy tu o socjalizmie oddolnym, demokratycznym, opartym na autentycznej współwłasności społecznej środków produkcji, niechętnym wobec centralizacji politycznej i silnej władzy państwa oraz wobec podporządkowania jej ogółu życia gospodarczego [50]. Wedle doktryny kooperatyzmu, skutecznym sposobem na wcielenie w życie ideału faktycznej społecznej własności środków produkcji jest realizowany krok po kroku rozwój spółdzielczości, nie zaś rewolucja polityczna czy odgórne reformy państwowo-parlamentarne. Stąd też każdy, kto przyczynia się do rozwoju ruchu spółdzielczego za pomocą swego w nim udziału, zarazem pracuje na rzecz zmiany całego systemu społeczno-ekonomicznego, nawet jeśli nie jest świadomym ideowcem. Z tego względu, w spółdzielczości mile widziany jest każdy, kto przestrzega jej zasad, niezależnie od swego pochodzenia klasowego, choć jednocześnie wymierne korzyści z kooperacji spożywców są atrakcyjne głównie dla warstw plebejskich, nie istnieje zatem ryzyko zdominowania ruchu przez środowiska wrogie jego ideałom [51]. Sprzyja temu również fakt, iż autentyczna spółdzielczość bazuje na zasadach demokracji i równości (reguła, że niezależnie od liczby nabytych udziałów, na zgromadzeniu członkowskim każdy ma równoważny jeden głos), zatem nie ma potrzeby „zamykania” kooperatyw przed kimkolwiek. Ten właśnie „klasowy” wymiar „neutralizmu” dostrzegał nawet jeden z PRL-owskich badaczy historii spółdzielczości, pisząc: „Większość przedstawicieli [tego nurtu – przyp. R. O.] […] widziała urzeczywistnienie swoich dążeń w […] różnych wariantach »rzeczypospolitej spółdzielczej« […]. Założenia tego programu już w okresie przed pierwszą wojną światową były wielokrotnie dyskutowane w międzynarodowym ruchu spółdzielczym; na gruncie polskim wyłożył je najpełniej Romuald Mielczarski […] Idea »rzeczypospolitej spółdzielczej« była w istocie […] programem antykapitalistycznym; u kresu drogi zakładała kolektywny porządek społeczny” [52]. I dodawał: „[…] neutralny nurt spółdzielczy posiadał wyraźne oblicze klasowe i nie taił swego antagonistycznego stosunku do kapitalizmu. […] deklarował wprawdzie neutralność do istniejących partii i programów politycznych, ale nie oznaczało to wcale neutralności światopoglądowej. Przeciwnie – przez cały okres międzywojenny ten kierunek spółdzielczy nie pozostawiał żadnej wątpliwości co do tego, po czyjej stronie są jego sympatie” [53].

Nie najlepsza sytuacja finansowa ZRSS, wyrugowanie przez PPS komunistów z władz tego związku, a także rosnące zrozumienie wspomnianego rozróżnienia między neutralnością polityczno-partyjną a „klasowością” celów kooperatyw spożywców, zaowocowały przezwyciężeniem podziału oraz jednym z największych materialnych i symbolicznych sukcesów Mielczarskiego, czyli zjednoczeniem znacznej części ruchu spółdzielczości spożywczej. Pierwszy krok ku jedności miał miejsce w dniach 17-18 listopada 1923 r., gdy z inicjatywy lidera ZPSS obradował w Warszawie I Kongres Spółdzielni Spożywców, na który przybyło 1116 delegatów reprezentujących 905 spółdzielni z ponad 700 tysiącami członków. Oprócz przedstawicieli ZPSS i ZRSS byli to reprezentanci Związku Rewizyjnego Spółdzielni Pracowników Państwowych, Komunalnych i Społecznych, Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych – Oddziału Spółdzielni Spożywców z Poznania, Związku Rewizyjnego Spółdzielni Wojskowych, Centrali Spożywczych Stowarzyszeń Spółdzielczych Robotników Chrześcijańskich oraz 150 kooperatyw nie zrzeszonych. W kongresie wzięli też udział goście zagraniczni, w tym czołowy w skali świata teoretyk i popularyzator kooperatyzmu, prof. Charles Gide, a także sekretarz generalny Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, H. J. May. Spośród trzech głównych mówców reprezentujących polskie kooperatywy spożywców, rezolucja Mielczarskiego, wzywająca do jak najszybszej i bezwarunkowej jedności, zyskała największe poparcie delegatów – 3551 głosów (każdy miał kilka głosów, proporcjonalnie do liczby reprezentowanych spółdzielców), co stanowiło 63-procentowe poparcie w sytuacji, gdy delegaci ZPSS dysponowali zaledwie 39% głosów. Była to wyraźna przewaga nad pozostałymi rezolucjami, optującymi za zjednoczeniem stopniowym i obwarowanym różnymi warunkami – rezolucja Zygmunta Zaremby (PPS) zyskała 1520 głosów dla części I i 1794 głosy dla II, zaś rezolucja B. Mrozowskiego – odpowiednio 593 i 1498 głosów [54].

Nastrojów tych nie sposób było lekceważyć. Choć jeszcze na przełomie roku 1923 i 1924 odbył się XIX Kongres PPS, który zajął stanowisko, iż zjednoczenie spółdzielczości spożywców może się dokonać jedynie na bazie „klasowego” składu członkowskiego kooperatyw oraz w oparciu o wyrażaną wprost ideologię socjalistyczną, to już w połowie 1924 r. nasilono prace na rzecz zjednoczenia ZPSS i ZRSS. Najpierw podjęto rozmowy o utworzeniu wspólnej hurtowni, a 30 grudnia 1924 r. zawarto umowę ws. powołania dwóch związków rewizyjnych, ściśle współpracujących ze sobą. Mielczarski jednak nie chciał półśrodków – jak relacjonował to B. Siwik, swoisty pośrednik między ZPSS i ZRSS, „społemowski” lider „[…] był bezwzględnym zwolennikiem zjednoczenia ruchu spółdzielczego spożywców w Polsce. Lecz właśnie dlatego, że był głębokim i mądrym spółdzielcą, uważał, że nie każde zjednoczenie i nie za jakąkolwiek bądź cenę jest dobre i pożądane. Gdy przybyłem do Mielczarskiego i rozpocząłem sondowanie jego opinii co do połączenia, przerwał mi krótko: »Chcecie połączenia? Przyjdźcie i wstąpcie do naszego Związku!«. Było to całkowicie w jego duchu. Nie lubił próżnego gadania, układów długich i pertraktacji, zwłaszcza, że opinię o Związku Robotniczym, jeżeli chodzi o stronę gospodarczą, miał ujemną” [55]. Ostatecznie, Centralny Komitet Wykonawczy PPS, za pośrednictwem Jana Kwapińskiego, przekonał władze ZRSS do podjęcia uchwały o zjednoczeniu [56].

W dniu 26 kwietnia 1925 r. odbył się zjazd zjednoczeniowy trzech organizacji: ZPSS (614 spółdzielni i 308 tys. członków), ZRSS (115; 168 tys.) i Związku Rewizyjnego Spółdzielni Pracowników Państwowych, Komunalnych i Społecznych (44; 32 tys.). W ten sposób powstał Związek Spółdzielni Spożywców Rzeczypospolitej Polskiej (ZSS RP; 10 lat później uzupełniono tę nazwę o zwyczajowo używany termin „Społem”), którego dyrektorem zarządu został Romuald Mielczarski. W roku 1926 akces do nowej organizacji zgłosiła także Centrala Spożywczych Stowarzyszeń Spółdzielczych Robotników Chrześcijańskich, następnie zadzierzgnięto na zasadach autonomii daleko posuniętą współpracę ze Związkiem Rewizyjnym Spółdzielni Wojskowych, a na miejscu zbankrutowanej wielkopolskiej centrali spółdzielczości utworzono regionalny oddział hurtowni ZSS RP, do którego przystąpiła większość tamtejszych kooperatyw spożywców. Spełniło się marzenie Mielczarskiego, czyli daleko posunięta integracja ruchu spółdzielczości spożywców. Powstała ogromna, prężna instytucja, zrzeszająca ponad 850 stowarzyszeń i 550 tysięcy członków, dysponująca 1670 sklepami i 200 różnej wielkości zakładami i warsztatami produkcyjnymi.

Niestety, niespełna rok po kongresie zjednoczeniowym, 30 marca 1926 r., Romuald Mielczarski nagle zmarł podczas pracy wskutek niewydolności serca. 2 kwietnia został pochowany na Powązkach, żegnany przez członków ZSS RP, delegatów rządu oraz przedstawicieli wszystkich związków spółdzielczych z obszaru Rzeczypospolitej – polskich, żydowskich, niemieckich i ukraińskich. XIV zjazd delegatów ZSS RP, obradujący w dniach 29-30 maja 1926 r., utworzył fundusz stypendialny im. R. Mielczarskiego. W latach 30. imię zmarłego twórcy i lidera polskiej spółdzielczości spożywców nadano również warszawskiemu koedukacyjnemu Gimnazjum Spółdzielczemu.

Romuald Mielczarski pozostawił po sobie dzieło ogromne i co najważniejsze – trwałe. Zarówno jego współpracownicy, jak i badacze dziejów polskiej kooperacji zgodnie twierdzą, iż podjęte przez niego działania, znakomita intuicja i żelazna konsekwencja, wizjonerstwo i realizm, umożliwiły nie tylko przetrwanie przez „Społem” nadchodzącego wielkiego kryzysu gospodarczego przełomu lat 20. i 30., ale także niemal nieustanny rozwój bazy członkowskiej, nowych rodzajów produkcji i dystrybucji, wzrost obrotów handlowych, skuteczne propagowanie ideałów spółdzielczych i krzewienie ducha demokracji społeczno-gospodarczej. Pod wodzą jego następcy, Mariana Rapackiego, wieloletniego bliskiego współpracownika i zwolennika zasad propagowanych przez Mielczarskiego, Związek Spółdzielni Spożywców Rzeczypospolitej Polskiej stał się do momentu wybuchu II wojny światowej zarówno potęgą gospodarczą, jak również znaczącym wyłomem w gospodarce kapitalistycznej i prywatnych formach własności środków produkcji.

Wojna, a następnie dokonane przez komunistów całkowite wypaczenie ideałów „Społem”, poprzez de facto upaństwowienie spółdzielczości spożywców i wyrugowanie z niej demokracji, zniszczyły to wielkie dzieło. W żadnej jednak mierze nie podważyły, a wręcz dobitnie potwierdziły słuszność poglądów Mielczarskiego na temat tego, jak powinien działać i jakim celom służyć ruch kooperatywny oraz na jakich zasadach musi być oparta autentyczna współwłasność społeczna. Dziś, chcąc odbudować w Polsce spółdzielczość, wbrew zarówno kapitalistycznemu egoizmowi i kultowi prywatnej własności, jak i post-komunistycznemu postrzeganiu zasad i celów ruchu kooperatywnego, znajdujemy w jego rozważaniach i biografii znakomite wzorce.


Powyższy tekst to zasadnicza część posłowia do książki: Romuald Mielczarski – „RAZEM! czyli Społem. Wybór pism spółdzielczych”, wybór i opracowanie Remigiusz Okraska, Łódź – Sopot – Warszawa 2010. Było to pierwsze od roku 1936 wznowienie tekstów Romualda Mielczarskiego. W obecnym przedruku pominięto krótki formalno-techniczny fragment zakończenia.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.

Przypisy:

1. Stanisław Wojciechowski, Romuald Mielczarski. Pionier spółdzielczości w Polsce, Wydawnictwo Związku Spółdzielni Spożywców R.P., Warszawa 1927, s. 47.

2. Głównym źródłem informacji biograficznych o Romualdzie Mielczarskim są w całym niniejszym tekście następujące pozycje: Józef Jasiński, Romuald Mielczarski, Nakładem „Społem” Związku Gospodarczego Spółdzielni RP, Warszawa 1946; Konstanty Krzeczkowski, Romuald Mielczarski. Zarys życia [w:] Romuald Mielczarski, Pisma, tom I, Nakładem „Społem” – Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców RP, Warszawa 1936; Romuald Mielczarski. Materiały dotyczące życia i działalności, praca zbiorowa, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1977; Stanisław Thugutt, Romuald Mielczarski. Spółdzielca – patriota – człowiek, Nakładem Związku Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1936; Stanisław Wojciechowski, Romuald Mielczarski… op. cit. Żadna z nich niestety nie spełnia wymogów solidnej rozprawy biograficznej.

3. Cyt. za: S. Wojciechowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. 12.

4. Mielczarski był jedną z około 10 osób aresztowanych tego dnia i jednym z trzech gimnazjalistów wśród nich. Por. Feliks Perl (Res), Dzieje ruchu socjalistycznego w zaborze rosyjskim do powstania PPS, Książka i Wiedza, Warszawa 1958, s. 331.

5. Więcej o działalności Mielczarskiego w PPS i jego poglądach na tle doktryny partyjnej zob. Jan Kancewicz, Polska Partia Socjalistyczna w latach 1892-1896, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984, ss. 45, 53, 55-57, 119, 198, 215, 220, 227, 231, 249, 258, 339, 361-362, 459.

6. R. Mielczarski, Broszura programowa [w:] tegoż, Pisma, tom I op. cit., ss. 65 i 77.

7. Dokumentują to następujące teksty Mielczarskiego: Wybory belgijskie, Belgia. Podatek progresywny od dochodów, Drugi międzynarodowy zjazd tkaczy; R. Mielczarski, Pisma, tom I op. cit., ss. 21-32; 33-46; 53-62.

8. K. Krzeczkowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. XIX.

9. S. Wojciechowski, Romuald Mielczarski… op. cit., ss. 20-21. Więcej o wspomnianych koncepcjach Abramowskiego pisałem w pierwszej publikacji wydanej w ramach serii „Klasycy myśli spółdzielczej”, której kolejną pozycją jest niniejsza książka; zob. Remigiusz Okraska, Braterstwo ponad wszystko. Edward Abramowski jako wizjoner spółdzielczości, posłowie do E. Abramowski, Braterstwo, solidarność, współdziałanie. Pisma spółdzielcze i stowarzyszeniowe, Łódź – Sopot – Warszawa 2009, szczególnie ss. 255-257.

10. Cyt. za: K. Krzeczkowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. XXX.

11. Stanisław Thugutt, Nowy człowiek, „Społem!” nr 7/1931, 30 marca 1931 r.

12. Helena Radlińska, Związek Towarzystw Samopomocy Społecznej [w:] tejże, Z dziejów pracy społecznej i oświatowej (III tom Pism pedagogicznych H. Radlińskiej), Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław – Warszawa – Kraków 1964, s. 306. Współczesny badacz, prof. Andrzej Mencwel, poświęcił wiele rzetelnej, a zarazem – co bardzo ważne – empatycznej uwagi analizie tego oryginalnego nurtu ideowego, który nazwał kulturalizmem, oraz dziejom „kulturalników”, przedkładających inicjatywy oddolne i tworzenie swoistej tkanki społeczno-kulturowej ponad działalność polityczno-partyjną. Lektura tych znakomitych prac pozwala lepiej zrozumieć m.in. fenomen polskiej spółdzielczości i jej wymiar pozaekonomiczny. Zob. Andrzej Mencwel: Żywe wiązanie [w:] tegoż, Spoiwa. Refleksje krytyczne, „Czytelnik”, Warszawa 1983; Etos lewicy. Esej o narodzinach kulturalizmu polskiego, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1990; Rdzeń. Rzecz o postawie Marii Dąbrowskiej [w:] tegoż, Przedwiośnie czy Potop. Studium postaw polskich w XX wieku, „Czytelnik”, Warszawa 1997.

13. Informacje o początkach TK podaję za: Stanisław Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej do 1914 roku, Nakładem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1939, ss. 230-232.

14. K. Krzeczkowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. XXXVI.

15. Stan spółdzielczości spożywców na rok 1903 omawia Ludwik Krzywicki, Stowarzyszenia spożywcze. Ustęp z dziejów kooperacji, Nakładem Członków Stowarzyszenia Spożywczego Pracowników Drogi Żelaznej Warszawsko-Wiedeńskiej, Warszawa 1903, rozdział IX, ss. 274-301. Pisze on w podsumowaniu: „Słowem, zrzeszenie spożywcze rozwija się w naszym kraju, ale jednocześnie oddala się od typu rochdalskiego w kierunku spółki akcyjnej” (s. 300). Zob. też S. Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej… op. cit., ss. 234-238. Równie mizernie rozwijała się kooperacja spożywców w zaborze austriackim – w latach 1871-1913 powstało zaledwie 96 spółdzielni, z czego likwidacji uległo 27. Pisze o tym Edward Milewski, Stowarzyszenia spożywcze w Galicji [w:] Ruch współdzielczy na ziemiach polskich, praca zbiorowa, Wydawnictwo Krajowego Biura Patronatu Spółek Oszczędności i Pożyczek, Nakładem Czasopisma dla Spółek Rolniczych, Lwów 1916, s. 179. W zaborze pruskim było jeszcze gorzej – dynamicznemu rozwojowi spółdzielczości oszczędnościowo-kredytowej i rolniczej towarzyszył celowy brak działań na rzecz spółdzielczości spożywców. Było to efektem specyficznej w tym regionie wizji spółdzielczości, powstałej głównie w środowisku pozostającym pod wpływem kleru i endecji, traktującym kooperatyzm bardziej jako jedno z narzędzi walki z germanizacją niż drogę przeobrażeń społeczno-ustrojowych. „Stowarzyszeń konsumowych nie posiadamy też prawie wcale, ich zakładania Związek [Spółek Zarobkowych i Gospodarczych] też nie popiera i to ze względu, aby nie podkopywać warstwie kupieckiej tak i tak już lichego kredytu i nie wytwarzać niepotrzebnej konkurencji” – pisał bez ogródek Władysław Tomaszewski, Pół wieku polskiej kooperatywy pod zaborem pruskim [w:] Ruch współdzielczy na ziemiach… op. cit., s. 9.

16. Edward Milewski, Kooperacja i jej znaczenie w Polsce, Nakładem Centralnego Biura Wydawnictw Naczelnego Komitetu Narodowego, Kraków 1915, s. 37.

17. Edward Strasburger, Kooperacja spożywcza i jej rozwój w Królestwie Polskim, G. Gebethner i Sp. – Gebethner i Wolff, Kraków – Warszawa 1909, ss. 56-57.

18. Barwnie i pouczająco opisuje realia początków spółdzielczości spożywców Stanisław Wojciechowski, Moje wspomnienia, tom I, Książnica Atlas, Lwów – Warszawa 1938, ss. 177-197; za tym źródłem podaję powyższe liczby.

19. Powyższe informacje i dane liczbowe podaję głównie za: S. Wojciechowski, Romuald Mielczarski… op. cit., ss. 34-37 i 42-44.

20. Wedle stanu na 1 stycznia 1911 r. należało do Związku (jeszcze niezarejestrowanego) 157 spółdzielni, 1 stycznia 1912 r. – 219, 1 stycznia 1913 – 250, 1 stycznia 1914 – 274. Liczba członków wynosiła odpowiednio: 20889, 28313, 34787, 40371. Za: S. Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej… op. cit., s. 250. Należy jednak podkreślić, że daleko nie wszystkie spółdzielnie przystąpiły do Związku. O ile do końca roku 1903 zarejestrowano w sumie wspomnianych 49 spółdzielni spożywców, o tyle – jak podaje Milewski – w latach 1906-08 powstaje ogółem ok. 500 stowarzyszeń, zaś w roku 1910 rządowe statystyki wykazują istnienie 730 spółdzielni spożywców, a liczbę ich członków szacowano na ok. 100 tysięcy osób; E. Milewski, Stowarzyszenia spożywcze w Królestwie Polskim, w: Ruch współdzielczy… op. cit., s. 81. Ten dynamiczny rozwój był w znacznej mierze efektem działalności popularyzatorskiej i instruktażowej Towarzystwa Kooperatystów i „Społem!”, a więc pośrednio również Mielczarskiego. Dla porównania warto nadmienić, że w Galicji tamtejsza centrala spółdzielcza – Zjednoczenie Stowarzyszeń Spożywczych i Wytwórczo-Spożywczych, zrzeszała w roku 1912 jedynie 24 spółdzielnie z 5539 członkami (dane za: E. Milewski, Stowarzyszenia spożywcze w Galicji op. cit., s. 181), czyli ok. 9-krotnie mniej spółdzielni i prawie 5-krotnie mniej członków niż WZSS w tym okresie w Królestwie Polskim. Warta zaakcentowania jest jeszcze jedna kwestia – do Związku, szczególnie po utworzeniu hurtowni, przyjmowano spółdzielnie spełniające surowe wymogi związane z prowadzeniem księgowości, przejrzystością operacji finansowych i istnieniem faktycznej demokracji członkowskiej. Oznacza to, że Związek zrzeszał spółdzielnie nie tylko skłonne do współpracy (i ponoszenia związanych z tym kosztów, jak coroczna składka), ale również głównie te najlepsze i pracujące zgodnie z zasadami autentycznej kooperacji, a zamiast na ilość kładziono nacisk na rozwój jakościowy.

21. S. Wojciechowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. 46.

22. Dane liczbowe w tym fragmencie podaję głównie za: Jan Żerkowski, Najstarsze spółdzielnie spożywców w Polsce (wraz z zarysem 95-lecia spółdzielczości spożywców), Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1964, s. 9; S. Wojciechowski, Historia spółdzielczości polskiej… op. cit., s. 247.

23. S. Wojciechowski, Przemówienie na posiedzeniu Rady Nadzorczej Związku Stowarzyszeń Spożywczych w październiku 1913 roku [w:] Stanisław Wojciechowski Prezydent RP. Wspomnienia, orędzia, artykuły, wybór i opracowanie Maria Groń-Drozdowska, Marian Marek Drozdowski, Wydawnictwo Bellona, Warszawa 1995, s. 335.

24. R. Mielczarski, Rachunkowość [w:] tegoż, Pisma, tom II, Nakładem „Społem” – Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców RP, Warszawa 1936, ss. 11-12. Warto podkreślić, że ten fragment, stanowiący część obszernego, kilkuodcinkowego artykułu, pierwotnie ukazał się już w pierwszym numerze „Społem!” w roku 1906.

25. R. Mielczarski, Kontrola sklepowego [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 113.

26. R. Mielczarski, Rozwój hurtowni związkowej [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 207.

27. R. Mielczarski, W sprawie soli [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 201.

28. S. Thugutt, Romuald Mielczarski. Spółdzielca… op. cit., s. 31.

29. Tadeusz Janczyk, Moje spółdzielcze lata, Książka i Wiedza, Warszawa 1981, s. 32.

30. Wanda Papiewska, Wspomnienia kooperatystki [w:] Wspomnienia działaczy spółdzielczych, praca zbiorowa, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963, s. 29.

31. Bronisław Siwik, Ofiarnik społeczny, „Społem!” nr 7/1931, 30 marca 1931 r.

32. R. Mielczarski, Przed zjazdem [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 220.

33. W roku 1920 do ZPSS chciało przystąpić 440 stowarzyszeń, z których przyjęto zaledwie 136, ponieważ pozostałe były zbyt drobne, nie prowadziły rzetelnych sprawozdań, sprzedawały na kredyt lub oferowały wyroby alkoholowe. Zob. Kazimierz Weydlich, Ruch spółdzielczy w Polsce w latach 1914-1926. Zagadnienia dotyczące współdziałania grup i typów spółdzielni oraz zmiany zaszłe w ustroju ruchu, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego w Krakowie, Kraków – Poznań 1927, ss. 104-105.

34. Informacje i liczby podaję głównie za: Stanisław Dippel, Spółdzielnie spożywców w Polsce Odrodzonej, „Społem!” nr 21-22/1938, listopad 1938 r., numer jubileuszowy z okazji 20-lecia spółdzielczości w niepodległej Polsce; Józef Jasiński, Rozwój Hurtowni w okresie 1918-1938, „Społem!” nr 21-22/1938, listopad 1938; Władysław Rusiński, Zarys historii polskiego ruchu spółdzielczego, część II 1918-1939, Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1980, s. 75; Jan Żerkowski, Spółdzielczość warszawska przed drugą wojną światową [w:] 100-lecie warszawskiej spółdzielczości spożywców 1869-1969, praca zbiorowa, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1969, s. 90. W tym fragmencie przytaczam mniej liczb dotyczących wyników finansowych Związku, gdyż z uwagi najpierw na inflację, a następnie reformę walutową, zestawienia z lat 1918-1925 są trudno porównywalne.

35. Feliks Jabłoński, Spółdzielczość spożywców [w:] Pięć lat na froncie gospodarczym 1926-1931, praca zbiorowa, tom I, Wydawnictwo „Drogi”, Warszawa 1931, ss. 482-483.

36. Józef Jasiński, Gospodarz, „Społem!” nr 7/1931, 30 marca 1931 r.

37. Informacje o działalności produkcyjnej Związku podaję głównie za: Jerzy Bugajski, Wytwórnie przy spółdzielniach spożywców w latach 1918-1938, „Społem!” nr 21-22/1938, listopad 1938; Jadwiga Łokkaj, Produkcja spółdzielczości spożywców. Zarys historyczny, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1969, ss. 15-18; W. Rusiński, Zarys historii polskiego… op. cit., ss. 123-124 oraz sprawozdaniami autorstwa Romualda Mielczarskiego z działalności Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców za lata 1922 i 1923 – oba zawarte w II tomie Pism op. cit., ss. 296-297, 304, 308, 328-329.

38. Fragmenty stenogramu, zamieszczone w przypisach do II tomu Pism op. cit., s. 378.

39. Zbigniew Świtalski, Życie i działalność Romualda Mielczarskiego (1871-1926) [w:] Romuald Mielczarski. Materiały dotyczące… op. cit., s. 17.

40. R. Mielczarski, Ze sprawozdania Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców za rok 1918 [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 262.

41. Główny orędownik tej decyzji i zarazem znany działacz PPS, Feliks Perl, motywował ją – wedle relacji Daniela Kuszewskiego dotyczącej rozmowy Mielczarskiego z Perlem – następująco: „[…] Perl rozumie, że nie jest konieczne tworzenie odrębnego związku spółdzielni robotniczych, ale są do tego zmuszeni, bo komuniści w swej propagandzie nazywają ich socjalzdrajcami, a im zależy na dobrej pozycji wśród robotników i dlatego w sprawie spółdzielczości podzielą stanowisko lewicy i utworzą odrębny klasowy związek spółdzielni”; za: 50-lecie powstania Związku Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych. Materiały ze spółdzielczej konferencji szkoleniowej 24.X.1969, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1970, s. 38. Przytaczam tę relację, bo znakomicie ilustruje ona obawy Mielczarskiego w kwestii szkodliwego wpływu „partyjniactwa” na ruch spółdzielczy. Równie wymowna jest opinia badacza dziejów partii socjalistycznej, który stwierdza, że jeszcze w przededniu powstania ZRSS „Jeśli chodzi o PPS, to jej zainteresowanie problemami rodzącej się spółdzielczości robotniczej na terenie byłego Królestwa nie było zbyt duże”; Kazimierz Więch, PPS w pierwszych latach parlamentaryzmu 1921-1923, Książka i Wiedza, Warszawa 1987, s. 385.

42. Aby obraz problemu był pełny, należy nadmienić, że w łonie PPS nie było całkowitej akceptacji dla utworzenia „rozłamowego” ZRSS. Jak pisze Zbigniew Świtalski, „Działacze, którzy praktycznie stykali się z działalnością spółdzielczą, byli za zjednoczeniem [mowa o propozycji, która padła ze strony Mielczarskiego na zjeździe na początku listopada 1918 r. – przyp. R. O.]. Przewodził im Bronisław Siwik, działacz spółdzielni »Promień« w Warszawie […] Natomiast działacze, którzy na całe zagadnienie patrzyli z punktu widzenia interesów partii, uznali zjednoczenie za przedwczesne”; Z. Świtalski, Życie i działalność… op. cit., s. 14. Choć B. Siwik ostatecznie został działaczem ZRSS, to jednak był orędownikiem zjednoczenia z ZPSS i bardzo przysłużył się tej sprawie. Z. Świtalski podaje też, że w ZPSS pozostała część dużych spółdzielni stricte robotniczych, jak „Jedność” z Częstochowy (jej liderem był działacz PPS, J. Bugajski), „Społem” z Pabianic, łódzkie „Rola” i „Wyzwolenie”. Z innych źródeł wiadomo, iż prężna robotnicza spółdzielczość łomżyńska, kierowana przez PPS-owca M. Czarneckiego, również nie opuściła ZPSS. Świtalski stwierdza też, że „W rezultacie Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych zrzeszał mniej więcej tylu robotników, co i »Społem«” (ibidem, s. 15).

43. Ogólne informacje o ZRSS podaję za: Stanisław Piechowicz, Związek Robotniczych Stowarzyszeń Spółdzielczych 1919-1925, Zakład Wydawniczy CRS, Warszawa 1963. Natomiast liczby pozwalające dokonać porównania ZRSS z ZPSS za: J. Żerkowski, Najstarsze spółdzielnie spożywców… op. cit., s. 15-18; Jan Żerkowski, Warszawska spółdzielczość spożywców w pierwszej połowie okresu międzywojennego (1919-1932) [w:] 100-lecie warszawskiej spółdzielczości… op. cit., ss. 60-63.

44. Przy czym należy ponownie podkreślić, że ZPSS jako jedyny związek spółdzielczy kładł tak duży nacisk na jakość działań zrzeszanych stowarzyszeń, co skutkowało częstym usuwaniem tych z nich, które nie spełniały surowych kryteriów – jedynie w roku 1922 usunięto aż 303 spółdzielnie (93 należące bezpośrednio do centrali i 210 należących do oddziałów terenowych), co stanowiło 30% ogółu. Były wśród nich głównie takie, które przyłączyły się do Związku w okresie I wojny i w pierwszych latach po jej zakończeniu z uwagi na możliwość dostępu do towarów deficytowych na „normalnym” rynku. Dane te podaję za: Stanisław Dippel, Spółdzielnie spożywców… op. cit.

45. Podaję te dane za: W. Rusiński, Zarys historii… op. cit., s. 44.

46. Dzieje ZRSS w pełni potwierdzają obawy Mielczarskiego o szkodliwym wpływie lojalności partyjnych na spółdzielczość. Związek kooperatyw „klasowych” był przez zaledwie kilka lat swego istnienia polem niemal nieustannych sporów między PPS, socjalistami żydowskimi (Bund) i komunistami. Początkowo we władzach ZRSS prym wiodła grupa tzw. niezależnych, składająca się z działaczy skrajnie lewego skrzydła PPS oraz filokomunistów, nie będących jednak członkami partii komunistycznej. Na zjeździe wiosną 1920 r. absolutną większość we władzach Związku uzyskali PPS-owcy z „głównego nurtu” partii, jednak wobec groźby rozłamu wkrótce uzupełniono ich skład o przedstawicieli Bundu i komunistów. Rok później, w odmiennej już sytuacji politycznej – tzn. po odparciu bolszewickiego najazdu na Polskę – PPS-owcy całkowicie wyrugowali komunistów z kierownictwa organizacji. Jednak już w latach 1923-24 kolejne zjazdy i inne formy wyboru władz ZRSS sprawiły, że do rady nadzorczej powrócili reprezentanci komunistów. Wszystko to odbywało się w atmosferze ciągłych kłótni, polemik, „ustawianych” głosowań i wyborów delegatów itp., w oczywisty sposób utrudniając efektywną pracę spółdzielczą, a w dodatku zrażając tych członków, dla których kwestie partyjno-polityczne nie były kluczowe. Konflikty polityczne w ZRSS dokładnie opisuje K. Więch, PPS w pierwszych latach… op. cit., ss. 383-409. Potwierdza to również związany z PPS-em działacz ZRSS, Jan Żerkowski, który wśród dwóch głównych przyczyn niepowodzeń ZRSS wymienia obok „słabych podstaw gospodarczych stowarzyszeń prowincjonalnych” także „wewnętrzne walki partyjne”; J. Żerkowski, PPS a ruch spółdzielczy w Polsce, w: Księga jubileuszowa Polskiej Partii Socjalistycznej 1892-1932, praca zbiorowa, Spółka Nakładowo-Wydawnicza „Robotnik”, Warszawa 1932, s. 321.

47. R. Mielczarski, Ze sprawozdania Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców za rok 1920 [w:] tegoż, Pisma, tom II op. cit., s. 280.

48. Rekordowa pod względem manipulacji, marksowskiego dogmatyzmu, PRL-owskiej nowomowy oraz zwykłego niezrozumienia idei Mielczarskiego i innych „neutralistów” jest praca: Adam Światło, Poglądy przedstawicieli neutralnej myśli spółdzielczej do roku 1939, Naczelna Rada Spółdzielcza, Spółdzielczy Instytut Badawczy, Zakład Wydawnictw CRS, Warszawa 1963, szczególnie ss. 106-122.

49. Wprost stwierdza to Ernest Poisson, Rzeczpospolita spółdzielcza, Wydawnictwo Wydziału Propagandy Związku Polskich Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1921, szczególnie w rozdziale drugim części II, zatytułowanym „Społeczny punkt widzenia: Kooperacja jest z natury swej socjalistyczna” (ss. 103-124), gdzie ruch kooperatyw spożywców nazywa „socjalizmem spożywców”. Znamienne, że książka ta ukazała się w Polsce właśnie nakładem „neutralnego” ZPSS.

50. Główne różnice między socjalizmem partyjno-politycznym a ruchem kooperatywnym omawia np. Charles (Karol) Gide, Kooperatyzm, „Społem” – Związek Spółdzielni Spożywców RP, Warszawa 1937, szczególnie ss. 37-41, 140-145, 284-292.

51. Ma to potwierdzenie w faktach. Otóż w połowie lat 20. skład członkowski związkowych kooperatyw spożywców obejmował różne odłamy pracowników najemnych oraz właścicieli drobnych gospodarstw rolnych: robotnicy fizyczni i pracownicy umysłowi stanowili 51% członków, rolnicy 29%, urzędnicy państwowi i samorządowi – niemal 20%, czyli warstwy posiadające w zasadzie nie brały udziału w tym ruchu (pomijając rolników, ale również socjaliści zazwyczaj uważali chłopów z gospodarstw rodzinnych, nie opartych na pracy najemnej, za bliższych proletariatowi niż kapitalistycznym posiadaczom środków produkcji); zob. Stanisław Wojciechowski, Ruch spółdzielczy, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1930, s. 464.

52. W. Rusiński, Zarys historii… op. cit., s. 219.

53. Ibidem, s. 224. Zob. też analogiczną w swej wymowie analizę poglądów współpracowników i/lub następców Mielczarskiego: Zbigniew Świtalski, Polska myśl spółdzielcza okresu kapitalizmu (pięć programów) [w:] Myśl spółdzielcza doby współczesnej. Materiały z konferencji zorganizowanej przez Spółdzielczy Instytut Badawczy w dniu 6 grudnia 1973 r., Zakład Wydawnictw CZSR, Warszawa 1976, s. 96. Warto również przytoczyć opinię biografa i redaktora Pism Mielczarskiego, prof. Krzeczkowskiego: „Rozważając całość programu ideowego Mielczarskiego, nie można go inaczej nazwać jak radykalnym programem socjalistycznym. Za młodych lat zwolennik kolektywizmu, uznający doniosłą rolę państwa, ale i przewrotową rolę człowieka, powoli odszedł od utartych poglądów, zwłaszcza od poglądów o roli państwa, a zbliżył się do wyznania wiary socjalistów zrzeszeniowych”; K. Krzeczkowski, Romuald Mielczarski… op. cit., s. XLIX.

54. Dane te podaję za szczegółowym sprawozdaniem z Kongresu, zamieszczonym w miesięczniku „Rzeczpospolita Spółdzielcza” nr 12/1923, ss. 516-526.

55. Cyt. za: S. Dippel, Spółdzielnie spożywców… op. cit.

56. Henryk Ziffer, Krótkie wspomnienia o ruchu spółdzielczym w Krakowie i okolicy [w:] Wspomnienia działaczy… op. cit., s. 140. Autor był członkiem Rady Nadzorczej ZRSS.