Kobieta w ruchu spółdzielczym [1919]

1. Rola kobiety w polskim ruchu spółdzielczym

Gdyby nie wojna, rozwój idei spółdzielczej u nas byłby z pomocą kobiety zrobił olbrzymie postępy. Weźmy choćby takie Pabianice przed wojną, gdzie nie dość, że kobiety gromadnie wstępowały do stowarzyszeń, ale w roku 1912 założyły same restaurację spółdzielczą, która przetrwała zwycięsko czteromiesięczny okres przędzalnego strajku, jaki wybuchł już latem tego samego roku. Dalej zainicjowały kooperatywę szkolną dla dzieci i szwalnię dla kobiet. A gdy ktoś z gości przyjezdnych z Warszawy na uroczystość otwarcia restauracji odezwał się z podziwem, że jeżeli tak dalej pójdzie, to ruch spółdzielczy i przykład kobiet pabianickich będzie stąd promieniował na całą Polskę, jedna z zapracowanych robotnic odpowiedziała wesoło:

– Proszę pani, gdyby nie ta nadzieja, to czyby człowiek się tak zamęczał, czasem aż do późnej nocy? Przecie my tu z dobrej woli pracujemy, jak pani widzi, choć każda z nas ma swoje zajęcia w domu!

Dzisiaj, kiedy stowarzyszenia spożywców chorują na niedomagania, których głębszej przyczyny należy szukać w biedzie i nędzy, wypływającej z bezwzględnego charakteru wojny, mimo woli zwraca się oczy w przeszłość, aby zaczerpnąć otuchy. Wszak i wówczas nie było łatwo żyć i pracować w Polsce dla każdego człowieka pragnącego podnieść poziom moralny i umysłowy ludu, a jednak ludzie, mając co jeść, możność pracy i zarobku, dźwigali się jak mogli, nawet wśród bezprawia i ucisku. Więc skoro nastaną lepsze warunki po wojnie, należy ufać, że ruch wyzwolenia i solidarności odżyje na całym obszarze Polski i szybko znów krzewić się pocznie na gruncie dla niego najodpowiedniejszym: na gruncie spółdzielczości.

Dziś według niekompletnych sprawozdań, jakie doszły do Związku, skład członków w 170 stow. spożywców przedstawia się w sposób następujący:

Ziemia Piotrkowska – ogółem członków: 11 275, z tego kobiet: 793
Warszawska – ogółem: 7541, kobiet: 981
Lubelska – ogółem: 4137, kobiet: 693
Radomska – ogółem: 3958, kobiet: 474
Kaliska – ogółem: 1464, kobiet: 95
Kielecka – ogółem: 1805, kobiet: 175
Ziemia Płocka – ogółem: 1578, kobiet: 191
Siedlecka – ogółem: 2229, kobiet:131
Łomżyńska – ogółem:729, kobiet: 10
Razem – ogółem: 34 716, kobiet: 3542

Zatem w stowarzyszeniach jest zaledwie 10% kobiet! A jednakże kobiety mogłyby wpływać bardzo dodatnio na rozwój ruchu spółdzielczego, świadczy choćby przykład stowarzyszeń: w Wieruszowie, Ziemi Kaliskiej i w Sokołach, Ziemi Łomżyńskiej. Tu i tam kobiety wybrane do Zarządów martwe, nieżywe spółki przebudziły do życia, postawiły na nogi i w dalszym ciągu prowadzą je zdrowo do coraz pełniejszego rozwoju.

Lustratorzy stwierdzają skądinąd, że na ogólnych zebraniach kobiety bynajmniej nie odznaczają się biernością. Nie są to jeszcze oświecone kooperatystki, świadome szerszych zadań spółdzielczości, ale żywe, interesujące się istoty, które z chwilą gdy komunikacja swobodna po kraju będzie przywrócona, a tym samym i działania Wydziału Społeczno-Wychowawczego Związku umożliwione, w całej pełni staną się od razu elementem najpodatniejszym dla propagandy kooperacyjnej.

Skąd ta pewność? – może kto zapyta. Naprzód stąd, że ogólnie w rasie słowiańskiej kobiety odznaczają się większą naturalną żywotnością i w wyższym stopniu darem przystosowania się do życia niż mężczyźni. Jeżeli nie dały tego głośnego i zbiorowego dowodu, wina to nieżyciowego wychowania, jakie dotąd otrzymywały w sferach zamożniejszych, zaś braku wykształcenia u kobiet ze sfer ludowych. Po wtóre twierdzenie nasze ma za sobą argumenty realne, zaczerpnięte z życia kooperacji za granicą. Oto np. głos spółdzielczej prasy niemieckiej w okresie przedwojennym:

„Musimy zainteresować jeszcze więcej kobiety dla spraw stowarzyszeń spożywczych, gdyż wówczas dopiero da się odczuć prawdziwy postęp. Pozyskawszy kobiety – zdobędziemy wszystko! Niech więc hasłem naszym będzie: Naprzód! Od Nowego Roku każda kobieta powinna i musi zjednać po jednym członku płci żeńskiej dla swego stowarzyszenia”.

Jeżeli w innych krajach ruch spółdzielczy liczy bezwzględnie na poparcie kobiet, jeżeli wie z góry, że mu one swego poparcia nie odmówią, to czemuż my mamy wątpić w energię i rozum kobiet polskich? Może właśnie nędza i ciężkie warunki, z jakich warstwy robotnicze będą musiały się dźwigać, staną się bodźcem dla kobiet do masowego wstępowania w szeregi kooperacji. Miejmy tylko możność, a wówczas dajmy im to, na czym m zbywa: zrozumienie cudów, jakie duch solidarności spółdzielczej w biednym, wyniszczonym kraju zdziałać może w bliskiej nawet przyszłości. Niech sobie tylko jasno zdadzą sprawę, że interesy kooperacji i gospodyni domu tak są łączne, że się nie dadzą osobno pomyśleć. Niech się przekonają z praktyki, że to, co jest zyskiem dla stowarzyszenia, co je materialnie stawia na nogi, jednocześnie stawia na nogi budżet ubogiej rodziny członka, zapewniając jej rzetelny towar, miarę i wagę, procent od wkładu i dywidendę w stosunku do poczynionych zakupów; możność oszczędzania bez wysiłku, a wreszcie miłą troskę o interes wspólny stowarzyszenia wszystkich jego członków, od którego zawisł dobrobyt każdej rodziny z osobna. Niech tylko kobiety raz przejrzą na swe widzące oczy i pojmą, że poza spółdzielczością interesy ludzkie zwykły się kłócić, ścierać, rozbiegać i wzajem wykluczać, wtedy rzucą się gromadnie do zakładania mocnych podwalin pod gmach spółdzielczości. Wtedy też przyszłość kooperacji w Polsce będzie zapewniona.

2. Co zrobiły kobiety na polu kooperacji w Anglii?

Nic nie przyczyniło się w takim stopniu do rozwoju kooperacji w Anglii jak Liga Kooperatystek. Zawiązana w 1884 r., od samego początku zdumiewała swą żywotnością.

Zrazu działalność Ligi ograniczała się do wieczornych zebrań, na których omawiano bolączki własnego stowarzyszenia. Po tym, w miarę jak liczba tych kobiet, a zarazem ich uświadomienie wzrastały, zainteresowania ich zaczęły zataczać coraz szersze koła. I tak: jęły się zakładać kluby, szycia razem odzieży, zapomóg, wycieczek, organizować wykłady dla dzieci, zebrania z praktycznymi odczytami z dziedziny gospodarstwa domowego, gotowania, pielęgniarstwa. Już w rok po założeniu Ligi dwie kooperatystki zaproszone zostały do komitetu wychowawczego w mieście Woolwich (czytaj Łulłicz), przy czym coraz częściej odzywają się głosy za uczestnictwem kobiet w zarządach.

Ale należy przyznać, że prace natury społecznej nigdy nie stanęły koooperatystkom na przeszkodzie, bądź w domowych, bądź też w zawodowych zajęciach. Z dojrzaną sumiennością i systematycznością rasy anglosaskiej umiały wszystko pogodzić. Ta wysoka sumienność, z jaką się wywiązują, zarówno z obowiązków swego stanu, jak z dobrowolnie na siebie przyjętych, zapewniła im poważny wpływ, jaki wywarły i stale wywierają na podniesienie dobrobytu i polepszenie warunków życia klasy robotniczej w Anglii.

Wystarczy przytoczyć sprawy, które popierają, przyczyniając się do ich pomyślnego rozwiązania, aby dowieść, jak ważnym czynnikiem w życiu narodu stać się może wpływ kobiet, które praktyka i dobrze zrozumiane zasady kooperacji wychowały na światłe i uspołecznione obywatelki własnego kraju.

Liga przysparza wytrwale członków stowarzyszeniom. Lecz to, co nas w obecnej dobie najbardziej obchodzi – odkąd kraj cały pokrył się pleśnią nędzy robotniczej, to sposoby, do jakich uciekała się Liga dla pozyskania członków między najuboższą ludnością. Otóż staraniem kobiet kooperatystek powstało do roku 1905 przy 588 stowarzyszeniach tyleż „penny banków”, czyli „kas groszowych”, tak dla dorosłych, jak i dla dzieci. Kasy te liczyły wtedy 570 889 członków, kapitału 9 858 180 rb., przyjmowały zaś w depozyt każdy grosz oszczędzony. Tworząc je, kooperatystki miały dwa cele na względzie: wdrożyć do oszczędności drobiazg dziatwy ulicznej, po wtóre umożliwić starszym powstawanie stopniowe ich udziałów. Jedno i drugie szybko się powiodło, skutkiem czego na jednym z zebrań Ligi zapadły następujące uchwały:

1) Wstęp do stowarzyszenia winien być ułatwiony każdemu w sposób następujący:

a) należy znieść wpisowe dla najuboższych, zapisując ich na członków;

b) przyjmować od ubogich członków najdrobniejsze oszczędności, z których z czasem powstaną ich udziały;

c) ułatwić im sposób wycofywania podobnych oszczędności w razie naglącej potrzeby.

2) Należy obniżyć i możliwie ujednostajnić wysokość dywidendy, a zarazem obniżyć ceny towarów, przy czym zaprowadzić sprzedaż możliwie najbardziej detaliczną dla biednej ludności.

3) Wygląd sklepów spółdzielczych ma być pociągający, a ceny towarów wyraźnie znaczone.

Trzeba koniecznie szerzyć, w sposób odpowiedni, znajomość celów i korzyści kooperacji, na przykład za pomocą prostych pogadanek.

Zgodnie z tym ostatnim zamierzeniem kooperatystki otworzyły w roku 1902 w najuboższej dzielnicy Londynu klub (setllement), pozostający w związku ze stowarzyszeniami najbiedniejszej ludności. Zaledwie kilkomiesięczne istnienie tego klubu dało tak dalece zadowalające wyniki, iż pozwoliły one Lidze orzec:

1) że jest możliwym pozyskać dla stowarzyszeń klientelę najuboższych;

2) że pozyskanie jej jest połączone z rzeczywistą korzyścią stowarzyszeń;

3) że sklep spółdzielczy stanowi najlepszą podwalinę i jest ogniskiem najpodatniejszym dla twórczej pracy w dzielnicach o zaniedbanej i ubogiej ludności;

4) wreszcie że sklep stowarzyszenia to najlepszy środek dla pozyskania zaufania i przyjaźni biednych, albowiem stwarza stosunki wolne od demoralizującego wpływu datków i jałmużny.

Jedna ze stałych bolączek stowarzyszeń to sprzedaż na kredyt. I w tym zakresie wysiłki Ligi są od samego początku jej istnienia zdumiewające.

Usiłując wszelkimi sposobami uzdrowić stosunki pracy w Anglii, walcząc niestrudzenie o podniesienie norm płacy, poziomu dobrobytu, słowem o uniezależnienie klas pracujących, zmierzając do polepszenia warunków higienicznych, w jakich ta praca się odbywa, wreszcie gromadząc fundusze dla słabowitych, chorych i powracających do zdrowia i w tym celu zakładając własne schroniska, kooperatystki zrozumiały bardzo rychło, że żadnego z tych celów nie osiągną, póki stosunki finansowe tak stowarzyszeń, jak i członków nie zostaną uzdrowione za pomocą zniesienia sprzedaży na kredyt. Bo jakże się upominać o wyższe normy płacy w przedsiębiorstwach kapitalistycznych, jakże z pomocą Związków Zawodowych ustanawiać ich minimum, kiedy nie można ustalić go u siebie, tj. w stowarzyszeniach spółdzielczych, póki – skutkiem niewypłacalności członków – koszta administracyjne muszą być do minimum zredukowane. Cóż dopiero mówić o dalszych, wyżej wymienionych wspaniałych projektach Ligi, zmierzających ustawicznie do zdobycia za pomocą spółdzielczości własnych środków ku ulepszeniu, udogodnieniu i podniesieniu skali życia członków?!

Świadome ciężkich warunków, w jakich żyją lub w jakie popadają robotnicy, członkinie Ligi, wprowadzając powoli wszędzie kupno za gotówkę, jednocześnie starały się o gromadzenie funduszów pomocy w razie ciężkich wypadków.

Pomoce te są dwojakiej natury:

a) pożyczki bezprocentowe do zwrotu w miarę możności;

b) pomoce bezprocentowe w formie bonów na towary, do wysokości od 2 i 1/2 do 10 szylingów (szyling przed wojną wart był w przybliżeniu 50 kop.). Bony te mogą być powtórzone w razie konieczności.

Wszelako główny nacisk spośród zasad krzewionych wśród członków jest kładziony na porządek w rozkładzie wydatków, a przeto na kupno za gotówkę, jako najlepszy środek zapewnienia sobie spokoju i dobrobytu. Kooperatystki wiedzą o tym dobrze, że gdzie dług, tam nie ma domowego szczęścia, nie ma zapewnionego wychowania dla dzieci, nie ma zapewnionej spokojnej starości; wiedzą również, że gdzie dług, tam droga do szynku stoi otworem, a szynków w Anglii moc!

Nie ma zresztą takiej sprawy żywotnej dla kraju, w której kooperatystki nie brałyby czynnego udziału. Że wymienimy tylko: sprawę dotyczącą obywatelskiego wychowania kobiet, cła na zboże, giełd pracy, projekt ustawy o wychowaniu, o urządzeniach fabrycznych i warsztatów rzemieślniczych, prawa wyborczego dla kobiet, sprawy podatków, klinik przy szkołach i wiele tym podobnych.

Jeżeli dotknęliśmy głównie działania kooperatystek angielskich, to dlatego, że w Anglii Liga kobiet wykazała największą żywotność i energię w urzeczywistnieniu najszerszego, jak się da pomyśleć, programu.

3. Kobieta w kooperacji irlandzkiej

Kooperatystki irlandzkie, pracując w kraju przeważnie rolniczym, objęły od razu sprawy tyczące się gospodarstwa wiejskiego i śmiało można twierdzić, że przyczyniając się do zorganizowania produkcji i wywozu na wsiach, przyczyniły się też znakomicie do podniesienia ekonomicznego kraju, zubożonego wiekową niewolą i wyzyskiem. Liga kobiet irlandzkich zawiązała się w roku 1895. Pragnąc szerzyć samopomoc wśród ludu, pewien jej odłam wziął sobie za cel:

1) poprawiać warunki domowego życia na wsi;

2) zachęcać do używania samodziałów i ubierania się w tkaniny domowego przemysłu (home-spun);

3) pozyskać dla kobiet pełne prawa członków w stowarzyszeniach bądź gospodarczych, bądź spółdzielczych;

4) starać się o fachowe wychowanie dla kobiet w zakresie gospodarstwa domowego, pszczelarstwa, ogrodnictwa, pielęgnowania chorych, higieny praktycznej; a w braku podobnych szkół kooperatystki zobowiązały się zbierać na nie fundusze;

5) podnosić społeczny i umysłowy poziom dziewcząt do wysokości takich zagadnień jak np.: co dałoby się zrobić w kraju, by zapobiec licznemu wychodźstwu do Ameryki? Inne paragrafy ustawy dotyczą organizacji zabaw i rozrywek na wsi, opieki nad zdrowotnością, nad ubogimi itp.

Wreszcie chodzi bardzo tamtejszym kooperatystkom o coraz liczniejsze zrzeszanie się w celach handlu produktami gospodarskimi: wspólnej sprzedaży jaj, drobiu, jak również dla zakupu przedmiotów gospodarstwa domowego.

4. Co dałoby się zrobić u nas?

Z powyższego widzimy, jak bardzo zdałoby się i u nas powstawanie Ligi Kooperatystek dla podniesienia dobrobytu i samopomocy włościan, dla rozpowszechnienia przemysłu ludowego i zapobieżenia wychodźstwu, które choć pojedynczym jednostkom daje korzyści, w większości wypadków pozbawia kraj najcenniejszych, bo najbardziej przedsiębiorczych i tęgich obywateli. Zresztą kto czytał listy włościan pisane przed wojną do Biura Wychodźstwa, ten mógł się przekonać, jak dalece emigracja jest obosieczną bronią dla ludu polskiego. Nie ulega wątpliwości, że zmniejszy się ona o tyle po wojnie, o ile się wzmoże samopomoc po wsiach, na skutek powstawania wszelkiego rodzaju kooperatyw jak kasy pożyczkowo-oszczędnościowe, kółka rolnicze, spółki mleczarskie, spółki dla sprzedaży jaj, hodowli trzody, piekarnie spółdzielcze, wreszcie gdy powstaną Ligi kooperatystek, które pomału wejdą w ślady swych starszych sióstr angielskich.

Człowiek sam, choćby natchniony najpiękniejszymi zamiarami, może napotkać mocnego człowieka, gorszego od siebie, spotkać przeciwności, które mu drogę zastąpią i dojść do celu nie dadzą. Ale niech się ludzie wezmą za ręce, by wspólnymi siłami stworzyć sobie warunki doskonalszego życia, zdobyć wykształcenie i dobrobyt, to kto im jest w stanie przeszkodzić, byle wytrwać umieli? Dały nam tego żywy przykład kooperatystki angielskie, nie wyższe bynajmniej uzdolnieniem od kobiet polskich, lecz szczęśliwsze od naszych, bo wychowane w kraju wolnym, rozwijającym się w pokoju i gdzie pęd samopomocy społecznej tkwi w rasie narodu!

Nie wątpimy! – Wierzymy mocno, że to, czego u nas nie sprawił dotąd charakter rasy, konieczność stworzy po wojnie; że instynkt samopomocy przebudzi się w masach i morzem po kraju rozleje. Bo któż nam pomoże, jeżeli sobie pomóc nie zdołamy sami? Co będzie mógł zrobić pojedynczy człowiek wobec zniszczenia, do jakiego wojna doprowadziła wieś i miasto. Jeżeli kobiety wówczas zrozumieją położenie i zapragną sprząc się razem we wspólnym wysiłku, to nigdzie w Polsce nie znajdą gotowego, podoranego już pola do solidarnej pracy – jeno w kooperacji!

M.


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w „Kalendarzu spółdzielczym na 1919 rok”, Wydawnictwo Związku Stowarzyszeń Spożywców, Warszawa 1919. Ze zbiorów Remigiusza Okraski.