Miejskie kasy kredytowe Schulzego [1938]

Trudności gospodarcze klas średnich

Trzecim wielkim odłamem ruchu spółdzielczego – poza spółdzielczością spożywców i spółdzielczością rolników – jest spółdzielczość tak zwanych klas średnich: rzemieślników, drobnych kupców, małych urzędników i wolnych zawodów. Tak samo jak spółdzielczość stworzona przez Raiffeisena są to przeważnie spółdzielnie kredytowe, tylko, jak zobaczymy dalej, zupełnie innego typu.

Twórcą tego odłamu był Schulze-Delitzsch. Urodzony w 1808 roku w Niemczech, w małym pruskim miasteczku Delitzsch, od którego później przybrał przydomek, miał być pierwotnie, jak wszyscy pierworodni synowie jego rodziny, burmistrzem. Życie chciało inaczej. Po ukończeniu studiów uniwersyteckich na wydziale prawniczym został najprzód sędzią w swoim rodzinnym miasteczku. Obdarzony zdolnym, ruchliwym umysłem i współczującym sercem, wcześnie zaczął się zajmować ludzką niedolą. Już w 1846 roku, w czasie wielkiej nędzy wywołanej przez nieurodzaj, zorganizował wypiek chleba dla biednych, uczynił więc to samo, co w tym samym czasie czynił gdzie indziej Raiffeisen. W parę lat później wybrany do Zgromadzenia Narodowego w Berlinie, został tam przewodniczącym podkomisji do spraw rzemieślniczych i zetknął się na tym stanowisku z żądaniami i potrzebami tej klasy.

Zadania były niewielkie, wielkie były natomiast potrzeby. Kapitalizm, który z robotników fabrycznych uczynił źle utrzymywane żywe maszyny, który wieś zepchnąłby w bagno zastoju, gdyby się zbiorowym wysiłkiem nie zaczęła bronić, dotknął także ciężko i rzemiosło. Nie mogący wytrzymać konkurencji maszyny pracującej prędzej i taniej, pozbawiony zasobów pieniężnych, oświaty, a w końcu i wiary w siebie, rzemieślnik staczał się coraz niżej. Zamknięty był w ciasnym kątku swoich drobnych interesów i coraz bardziej nielicznej klienteli, wtedy gdy wielki przemysł szedł na dalekie drogi zdobywać olbrzymie rynki, dające mu możność nieograniczonego rozwoju i niepojęte dla drobnego rzemieślnika zarobki. Toteż ci mali ludzie nie marzyli już nawet o walce, o zwycięstwie; nie wyobrażali sobie poprawy swojego losu inaczej jak przez opiekę państwa, zakaz zakładania spółek akcyjnych, niedozwalanie majstrom zatrudniania więcej niż dwóch czeladników, opodatkowanie fabryk na rzecz rzemiosła, krótko mówiąc, przez środki czysto policyjne. O samopomocy, o ratowaniu się swoimi siłami nie myśleli – na to byli zbyt zahukani przez nędzę. Co prawda o samopomocy, o ostrej walce z tą nędzą nie myślał podówczas nikt jeszcze w Niemczech; co najwyżej poprzestawano na dobroczynności, która ma krótkie nogi i słomiane ręce.

Początki działalności Schulzego

Tym, który się podjął pierwszy roli organizatora, był Schulze. Po wyjściu z sejmu, prześladowany przez rząd za swoje nazbyt radykalne przekonania, porzucił wkrótce swoje urzędowe stanowisko i poświęcił się pracy spółdzielczej, której nie opuścił już aż do śmierci. Co prawda i on z początku – znowu tak samo jak Raiffeisen – mieszał samopomoc z dobroczynnością, zakładając w 1849 roku w Delitzsch Towarzystwo Dobroczynności z kasą pogrzebową i na wypadek choroby. Ale już w tymże roku i w tym samym mieście założył stowarzyszenie zakupu surowców dla szewców i stolarzy, a rok później kasę zaliczkową dla tych rzemieślników, którzy w wyżej wspomnianych stowarzyszeniach nie mogli dla braku środków czynić zakupów. I te organizacje były jeszcze na pół dobroczynne, bo przyjmowały dary, ale do czystej spółdzielczości był już tylko krok jeden.

W czasie dłuższej przymusowej nieobecności Schulzego w Delitzsch przyjaciele jego założyli w sąsiednim miasteczku pierwsze Towarzystwo Wzajemnego Kredytu, pozbawione już zupełnie cech filantropii. Po powrocie Schulze przekształcił swoją kasę zaliczkową na wzór tego Towarzystwa i to było początkiem jego działalności spółdzielczej, która wkrótce dała tak obfite owoce.

Różnica między kasami wiejskimi Raiffeisena
a kasami miejskimi Schulzego

Rodzaj spółdzielni, jaki stworzył, różnił się bardzo znacznie nie tylko od Spółdzielni Roczdelskiej, ale także od powstających prawie w tym samym czasie i w tym samym kraju kas kredytowych Raiffeisena. Kasy Schulzego były przeznaczone dla ludności nieco zamożniejszej, a w każdym razie dla ludności obracającej większą ilością gotówki niż proletariusze fabryczni albo drobni rolnicy. Większą jeszcze różnicą, która wkrótce potem ujawniła się całkiem jaskrawo, było to, że członkowie tych kas miejskich byli w znacznym procencie drobnymi przedsiębiorcami kapitalistycznymi. Cierpieli oni wskutek wad systemu, wskutek współzawodnictwa, któremu nie mogli podołać, braku kapitału, którego nie mogli znaleźć, i szukali przed tym cierpieniem ratunku, ale w gruncie rzeczy marzyli tylko o tym, żeby wspiąć się wyżej po drabinie społecznie, żeby z małych stać się dużymi kapitalistami. Pomoc, jakiej żądali od swojej spółdzielni, była znacznie większa niż te drobne sumki, które mogła swoim członkom dawać mała wiejska kasa. Kasa Schulzego musiała mieć dużo pieniędzy, a ponieważ Schulze odrzucał pomoc państwową, a z filantropią rozstał się na szczęście dość wcześnie, wynikało stąd, że członkowie muszą wpłacać duże udziały. Jakoż istotnie, kiedy w niemieckich spółdzielniach rolniczych wkłady, nawet już w ich pełnym rozwoju, sięgały 5-10 marek, w kasach kredytowych miejskich należących do związku Schulzego w roku 1859 przeciętna wysokość udziału wynosiła 39 mk, w 1900 – 226 mk, w 1918 – 435 mk. Kilka lat temu w 56% spółdzielni tego typu udziały wynosiły 300 do 500 marek, w 27% – więcej niż 500, i tylko w 17% mniej niż 300 marek. Tej wysokości udziałów odpowiadała też wysokość pożyczek: już przed wojną w Berlinie i okolicy pożyczki te przekraczały niekiedy 500 tysięcy marek, podczas gdy pożyczek poniżej 10 tys. marek było niewiele. Oczywiście takich operacji nie można było wykonywać w sposób przyjęty w spółdzielniach rolniczych, tj. wydawać pieniądze na zwykły rewers, wierząc więcej charakterowi dłużnika niż jego podpisowi. Tu człowiek odgrywał mniejszą rolę, żądano natomiast solidnego weksla albo papierów publicznych jako zastawu. Pociągało to za sobą więcej formalności, do których załatwiania potrzeba było licznego personelu. Gdy spółdzielnia z natury rzeczy, chcąc zebrać większe zasoby pieniężne, musiała zgromadzić wielu członków i z dużego terenu, nie można było poprzestać na bezpłatnej pracy zarządu – personel był liczny, a zarząd musiał za swoją stałą pracę brać stosunkowo znaczne wynagrodzenie.

Wszystko to oddalało spółdzielnie mieszczańskie Schulzego bardzo znacznie nie tylko od spółdzielni proletariackich typu roczdelskiego, które dążyły, przynajmniej w początkach, do całkowitej zmiany ustroju, ale nawet od spółdzielni Raiffeisena, pragnącego tylko podnieść dobrobyt drobnych rolników i podnieść ich przez to na wyższy stopień moralności. Schulze w samych początkach miał także szersze plany: nie marzył o zmianie ustroju, ale chciał w jego granicach wyrównać zbyt jaskrawe różnice majątkowe, chciał, dając pomoc finansową swoim rzemieślnikom, zrównać ich szanse walki z wielkim przemysłem. Dlatego zakładając swoje pierwsze spółdzielnie uważał je za organizacje przejściowe; istotnym jego celem było stworzenie w przyszłości wielkiej sieci spółdzielni wytwórczych, które by podniosły stan średni. Później, przy szybkim rozwoju kas kredytowych, cel ten ulegał zapomnieniu, kasy były traktowane jako interes członków i nic więcej.

Skutki celów i organizacji spółdzielni Schulzego

Skutki tego były szybkie i daleko idące. Skoro się chciało doganiać wielki przemysł, wszystko trzeba było do tego dopasować – wysokie udziały, wielkie korzyści, operacje finansowe, nic nie mające wspólnego z interesami i potrzebami małych ludzi. Pierwotnie myślano o zaspokojeniu potrzeb drobnych wytwórców, specjalnie rzemieślników, i oni to stanowili znaczną część ruchu jako członkowie; później ilość ich zaczęła się bardzo zmniejszać. W 1879 roku było w ruchu jeszcze 38% rzemieślników, w 1913 już tylko 22%; ilość robotników była zawsze bardzo nieznaczna, główną część składu członków stanowili fabrykanci, kupcy, rentierzy i wolne zawody. Wiele kas, które się rozwijały pomyślnie i które robiły tak zwane wielkie interesy, ściślej mówiąc, interesy kapitalistyczne, zrobiły ostatni krok i zaczęły przybierać formy spółek akcyjnych, gdzie już o żadnych interesach spółdzielczych nie było nawet mowy. Takich kas do roku 1928 było 220 i nie potrzebowały one nawet występować z ruchu, bo w założonym przez Schulzego Powszechnym Związku Spółdzielni Zarobkowych i Gospodarczych były i spółki akcyjne, które nawet nigdy przedtem spółdzielniami nie były. Centralą finansową ruchu był pierwotnie założony przez Schulzego jako spółka udziałowa bank pod firmą osób prywatnych, którego udziałowcami na razie były w 2/3 spółdzielnie. Później na miejsce spółdzielni zaczęło wchodzić coraz więcej kapitalistów. Bank zaplątał się w ryzykownych interesach i trzeba go było zamknąć. Rolę finansowego regulowania operacji spółdzielnie kredytowych typu Schulzego objął jeden z największych niemieckich banków prywatnych – Bank Drezdeński, nie mający nic wspólnego ze spółdzielczością.

Stosunek ruchu Schulzego do spółdzielczości spożywców i Międzynarodowego Związku Spółdzielczego

Bardzo charakterystyczny był też stosunek ruchu Schulzego do dwóch wybitnych zjawisk spółdzielczości światowej, mianowicie do spółdzielni spożywców i Międzynarodowego Związku Spółdzielczego. Spółdzielni spożywców Schulze nie lubił i nie cenił. Zarówno on, jak i jego następcy twierdzili, że organizowanie zbiorowych zakupów z wypieraniem pośrednictwa mogłoby być odpowiednie w państwie socjalistycznym, ale niewłaściwe jest w obecnym ustroju, którego oni bynajmniej nie myślą naruszać. Ruch spółdzielczy według nich przeznaczony jest dla wszystkich, a więc także i dla kupców. Wprawdzie mimo to w Powszechnym Związku jednoczącym spółdzielnie Schulzego były także i spółdzielnie spożywców, bo innego związku jeszcze podówczas nie było, ale kiedy te spółdzielnie zorganizowały w Hamburgu swoją hurtownię, wykluczono je w 1902 r. ze Związku, z wielką zresztą dla nich korzyścią, bo odzyskawszy swobodę ruchu, mogły się dopiero rozwinąć do potężnych rozmiarów.

Sam Powszechny Związek wyszedł razem ze Związkiem Spółdzielni Raiffeisena w dwa lata później z Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, założonego dla zjednoczenia wszystkich spółdzielców świata w 1895 roku z inicjatywy Anglików. Początkowo w Związku tym przeważały sympatie dla spółdzielni wytwórców, później wybiły się na czoło najstarsze i najgłębiej rzecz biorące spółdzielnie spożywców. Pod ich wpływem Związek nabrał kierunku dość radykalnego społecznie i uchwalił rezolucję stwierdzającą, że spółdzielczość to „ruch wyzwoleńczy w dziedzinie gospodarczej i społecznej, który zmierza do nowego ustroju gospodarczego i społecznego”. Wówczas wszystkie organizacje bardziej konserwatywne, w tym obie niemieckie organizacje spółdzielczości kredytowej, wystąpiły ze Związku. Nie przeszkodziło mu to rozwinąć się wspaniale, ogarniając dziś kilkadziesiąt milionów zorganizowanych spożywców.

Nie należy przypuszczać, że Schulze w działaniu swoim kierował się jakąś niechęcią do świata pracy albo stawał podstępnie po stronie kapitału. Osobiście był skromny, bezinteresowny i szczerze chcący walczyć z najgorszymi nadużyciami systemu kapitalistycznego, Ale skoro on i ludzie, wśród których i dla których działał, te tak zwane klasy średnie, raz powiedzieli sobie, że nie chcą zła wyrywać z korzeniem, a z lekka je tylko poprawić, każdy myślał tylko o tym, żeby się wygodniej rozsiąść w ustroju, na który się godził. Schulze nauczył ich, czym jest siła wspólnego działania – i to jest jego wielka zasługa – ale cel jego nie był dość jasny, wiara nie dość żarliwa i dlatego w jego ruchu było tak dużo załamań.


Powyższy tekst to fragment rozdziału książki Stanisława Thugutta pt. „Wykłady o spółdzielczości”, wydanie III (pierwsze ukazało się w roku 1938), Nakładem Towarzystwa Kooperatystów Polskich w Wielkiej Brytanii, Londyn 1945. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Wersję elektroniczną przygotowali Aleksandra Zarzeczańska i Remigiusz Okraska.