Współudział sfer społecznych w sanacji mieszkaniowej [1929]

Dobrzynski-Budownictwospoleczne

O ile przed wojną potrzeby mieszkaniowe pokrywane były przez przedsiębiorców prywatnych, a cząstka zaledwie akcji budowlanej przypadała na zachodzie zrzeszeniom mieszkaniowym spółdzielczym (w Anglii 5%, w Niemczech 3%) i mniej niż jeden procent samorządom, o tyle po wojnie władze ustawodawcze wytyczają polityce mieszkaniowej nowe tory. Rządy bowiem doszły do przekonania, że z powodu zmniejszonej sprawności gospodarczej warstw pracujących i dużego wzrostu kosztów budowlanych uniemożliwione jest płacenie czynszu komercyjnego. Dużo jeszcze czasu upłynie, zanim inicjatywa prywatna będzie mogła budować mieszkania bez pomocy państwowej, chociaż do tego dążyć należy.

Samorządy, którym się przekazuje akcję budowlaną, rozwijają z natury rzeczy ożywioną działalność.

Najwięcej zdziałała Rada Hrabstwa Londynu (London County Council), która stworzyła cały szereg dużych osiedli o zabudowaniu niskim, jak Rochampton, Bellingham, Dawnham i największe – bo na 1220 ha –osiedle Becontree, które jest właściwie dużym miastem o 120 000 mieszkańców, złożonym z 18 000 domów, kosztem 30 000 000 funtów szterlingów.

Zarząd m. Wiednia wybudował w ciągu 5 lat około 30 000 mieszkań częściowo w osiedlach i częściowo w wysokich domach koszarowych.

Amsterdam również wybudował trzydzieści kilka tysięcy wzorowych mieszkań w domach wysokich z racji niesłychanej drożyzny terenu (domy na palach), a miasto Haga niemal się podwoiło, budując systemem niskim.

Oto kilka dowodów ożywionej pracy samorządów. Nasz zarząd miejski z przyczyn zrozumiałych buduje na razie niewiele: Buraków – osiedle o niskiej zabudowie. Oddano do użytku 16 domów o 64 mieszkaniach. Rozpoczęto budowę wielkiej kolonii mieszkalnej na Żoliborzu (696 lokali) i przy ul. Odrowąża stanie kompleks wielkich gmachów, przy ul. Karowej wzniesiony będzie dom dla urzędników miejskich. Oprócz tego są w budowie 3 domy dla bezdomnych na Grochowie a wybudowano już na Annopolu dotychczas 10 domów. Wątpić jednakże nie należy, że Magistrat nasz skorzysta z doświadczenia innych krajów i gdy nadejdzie chwila rozpoczęcia akcji budowlanej na dużą skalę, będzie budował, możliwie systemem niskim.

Rządy same szerszej akcji budowlanej nie podejmują, a ograniczają się na zaopatrywaniu w mieszkaniu funkcjonariuszy swoich. U nas władze stworzyły albo poparły kilka osiedli na krańcach stolicy: Żoliborz, kolonia Staszica, Lubeckiego, a wszystkie systemem niskim, zapoczątkowując w ten sposób system ten w Polsce.

Spółdzielnie mieszkaniowe, mimo że są wszędzie faworyzowane przez władze, które widzą w tych organizacjach społecznych małe municipia, pracujące specjalnie w zakresie budowy mieszkań, a w statutach swoich mają zastrzeżone ograniczenie dywidendy od włożonego kapitału, po wojnie często nie dopisują. Mimo że są to organizacje bardzo pożądane z punktu widzenia społecznego, dają bowiem możność osobom życzącym sobie mieć mieszkania własne łączenia się i budowania, nie są one obecnie należycie rozpowszechnione. Nawet w Anglii i Niemczech, gdzie zrzeszenia tego rodzaju rozwijały przed wojną energiczną działalność, skarlały. Ostatnio otrzymałem wiadomość z Niemiec, że sprawy spółdzielcze stoją tam źle z powodu braku środków. Daleko większe zastosowanie znalazły te zrzeszenia w Holandii, gdzie po wojnie wystawiły one przy poparciu władz około 120 000 domów i w Belgii, gdzie stanowią one bardzo popularną formę akcji budowlanej.

U nas mimo długotrwałej, wytężonej propagandy kooperacja w dziedzinie budowy mieszkań nie pozyskała sobie dotąd prawa obywatelstwa. W r. 1919 zorganizowałem, z polecenia i przy poparciu byłego Ministerstwa Zdrowia Publicznego, Stowarzyszenie mieszkaniowe Urzędników Państwowych, które liczyło przeszło 2000 członków. Właściwy statut został opracowany i zarejestrowany. Teren był przez władze przyrzeczony (180 akr. na Żoliborzu). Zdawało się, że i pożyczkę Stowarzyszenie otrzyma na dogodnych warunkach, a jednak sprawa utknęła. W Ministerstwie Pracy i Opieki Społecznej w 1921-1922 powołałem do życia około 300 spółdzielni mieszkaniowych w Warszawie i na prowincji. I tu sprawa nie posunęła się naprzód. Znaczny głód mieszkaniowy skłonił wprawdzie pozbawionych dachu nad głową do wybudowania w różnych dzielnicach stolicy i miastach prowincjonalnych domów spółdzielczych koszarowych, ale o domach tych można powiedzieć, że są to „zdrowe komórki” w chorym ciele, nie usuwają one skupienia z jego fatalnymi następstwami.

Rezultat całej pracy organizacyjnej, jak widzimy, był stosunkowo nieznaczny w porównaniu z tym, co zrobiła kooperacja na Zachodzie. Stało to się nie z winy organizacji kierowniczej, ale dlatego, że 1) celowa propaganda nie szła w parze z możnością realizowania tej pożytecznej pracy głównie dla braku środków i że 2) czas trwania propagandy okazał się w rzeczywistości zbyt krótki dla celów omawianych, umysły bowiem nie są jeszcze u nas dostatecznie przygotowane. Ten sam objaw dawał się zresztą zauważyć i we Francji. Kiedy w 1909 r. zwiedziłem miasto-ogród Letchworth w pierwszej fazie jego rozwoju, zwrócił się do mnie śp. Ebenezer Howard, twórca idei miast-ogrodów, ze słowami zachęty do jej propagowania w Polsce, dodając zarazem, że nie należy się spodziewać zbyt szybko owoców tej pracy, na to bowiem potrzeba czasu przynajmniej dwóch pokoleń, zanim szersze warstwy ludności zaczną myśleć i działać społecznie. Obywatele rzekomo przekonani o wielkiej pożyteczności kooperacji mieszkaniowej, w duchu jednak marzyli nie tylko o mieszkaniu dla siebie, ale z pominięciem ideowości – by ciągnąć zyski z ewentualnej sprzedaży posiadanej nieruchomości. Zresztą niemożność szybkiego realizowania idei, jak to obecnie ma miejsce w Polsce, demoralizuje nawet szczerze przekonanych przyjaciół myśli Howarda.

Rezultat propagandy był w ogóle bardzo znaczny; wpłynęła ona dodatnio na różne sfery ludności. A jednak z racji zakorzenionych u nas od wieków społeczno-politycznych i gospodarczych prądów (manczesteryzm) sprawę skierowano w łożysko interesów osobistych. Ponętna nazwa „Miasto-Ogród” została przez spekulantów wyzyskana dla celów materialnych ze szkodą dla sprawy ideowej. Powstał cały szereg pseudomiast-ogrodów, niby złośliwych nowotworów na zdrowym ustroju, jak m.in. „Ząbki”, „Śródborów”, „Podkowa Leśna” i wiele innych pod Warszawą i na prowincji. Co prawda bardzo często i te osiedla z powodu niesprawności gospodarczej posiadaczy terenów nie rozwijają się należycie.

Powoli jednakże prawda w tej dziedzinie zaczyna i u nas świtać. Założone przez władze osiedla zabudowane zostały nie jak dotąd, domami koszarowymi, a małymi, jedno-, dwurodzinnymi ogrodami – eppur si muove [„a jednak się kręci” – słynna wypowiedź Galileusza – przyp. redakcji Lewicowo.pl]. Propaganda i czas robią swoje i z tej drogi, jako jedynie racjonalnej, już chyba nie zejdziemy.

***

Ruch miast-ogrodów pozyskał olbrzymie znaczenie międzynarodowe. Towarzystwa tego rodzaju zakładane są obecnie w licznych krajach świata cywilizowanego. W ruchu tym Polska zajmuje trzecie miejsce (po Anglii i Niemczech, a równocześnie z Francją) zarówno pod względem chronologicznym, jak i wytężonej działalności agitacyjnej. Polska wzięła też udział w organizowaniu w 1913 roku Międzynarodowej Federacji miast-ogrodów i planowania miast. Federacja ta, jak wiadomo, odgrywa wielką rolę w ruchu omawianym. Należeli do jej organizatorów przedstawiciele następujących państw: Anglii – Ebenezer Howard i Cecil Harmsworth, Montague Harris, Alderman Thompson i E. G. Culpin, Francji – prof. Augustyn Bey, Stanów Zjednoczonych – Mr. R. B. Watrous, Polski – dr Wł. Dobrzyński, Norwegii – Tonneson, Niemiec – Adolf Otto i dr Ludwig, Japonii – Mr. Masao Ito. W r. b. w lipcu urządziła Federacja dziesiąty Zjazd Międzynarodowy w Paryżu.

Początek tego ruchu, jak już zaznaczyłem, dała Anglia. W r. 1898 pojawiła się słynna książka śp. E. Howarda p.t. „To-morrow”. Wkrótce potem zawiązało się towarzystwo dla propagowania zawartych w niej idei, Ruch ten, jako konieczność czasu, pozyskał wielu naśladowców we wszystkich krajach kulturalnych. W Polsce wyraził on się w powołanej w 1909 r. do życia przy Warszawskim Towarzystwie Higienicznym, dzięki poparciu prezesa jego, śp. doktora Józefa Polaka, delegacji do sprawy miast-ogrodów. Urządziła ona w r. 1910 w Bagateli pod moim przewodnictwem wystawę miast-ogrodów, która była pierwszą pobudką do szerszej myśli społecznej w tej dziedzinie i w ogóle była pierwszą tego rodzaju wystawą u nas.

Delegacja w następujący sposób określiła pojęcie „Miasto-Ogród”:

„Miasto-Ogród jest to planowe skupisko ludzkie na terenie tanim, stale pod kontrolą wspólnoty pozostające, tak, by raz na zawsze uniemożliwić spekulację.

Jest to nowy typ miast, umożliwiający radykalną reformę mieszkaniową, dostarczający przemysłowi i rękodzielnictwu korzystnych warunków produkcji i zapewniający znaczną część terenu rolnictwu i ogrodnictwu”.

E. Howard tak określa miasto-, przedmieście- i osadę-ogród:

„Miasto-ogród jest to miasto samodzielne, przemysłowe, planowane jako całość i obejmujące dosyć przestrzeni, by w nim było domów z ogrodami dla 30 000 mieszkańców, z szerokim pasem pól otwartych naokoło. Ono łączy dodatnie strony miasta i wsi, torując drogę ruchowi narodowemu, mającemu hamować wyludnienie wsi oraz przepełnienie i tak już przepełnionych miast.

Przedmieście-ogród ma na celu normalny wzrost istniejących miast na zasadach zdrowotnych i, jeżeli miasta te nie są zbyt duże, tego rodzaju przedmieścia są bardzo pożyteczne.

Osada-ogród w rodzaju Bournville i Earswick, jest miastem-ogrodem miniaturowym, będącym pod względem oświetlenia, kanalizacji i wodociągów zależnym od sąsiedniego miasta. Osada taka z natury rzeczy nie może posiadać znacznego okalającego pasa i zwykle stanowi ośrodek przemysłu wielkiego”.

Po założeniu w Anglii 1919 r. drugiego miasta-ogrodu, (pierwsze jest Letchworth, założone w 1903 r.), a więc po długoletnim doświadczeniu, angielskie Towarzystwo miast-ogrodów dało następującą definicję pojęcia „miasto-ogród”:

„Miastem-ogrodem nazywamy miasto troszczące się o zdrowotne życie mieszkańców i właściwe miejsce dla przemysłu, miasto dostatecznych rozmiarów, by umożliwić pełnię życia społecznego dla pewnej, z góry określonej liczby mieszkańców: jest ono okolone pasmem ziemi rolniczej, a cały teren w interesie wspólnoty (gminy) znajduje się w posiadaniu publicznym”.

Lothar Meyer, zamykając, jako przewodniczący, Zjazd jubileuszowy niemieckiego Towarzystwa miast-ogrodów, polecił zarządowi przyszłego Zjazdu następujące uzupełnienie statutu Towarzystwa: „Miasta-ogrody winny być zakładane wszędzie i o każdym czasie. Miasto-ogród winno być uważane nie jako drobnomieszczański ideał mieszkaniowy, ale jako ośrodek przemysłowo-mieszkaniowy. Jedynie na tym terenie bowiem mogą się wznosić i kultywować ideały ludzkości”.

Ostatecznym celem postępowego ruchu miast-ogrodów jest kolonizacja wewnętrzna, która przez planowe zakładanie tego rodzaju miast dąży do decentralizacji ludności i przemysłu i zarazem równomierniejszego rozmieszczenia w kraju całym życia przemysłowego.

Takie skupiska ukształtują zdrowotniejsze i wielostronniejsze życie miejskie, udzielając przylegającemu pasowi rolniczemu wartości kulturalnych i urządzeń technicznych miast obok korzyści bezpośredniego zbytu produktów.

„Miasto-ogród” sprzyja też w wysokim stopniu tzw. autarkii. Wyraz ten jest świeżej daty. Pod nim rozumieć należy dążenie do takiego stanu idealnego, w którym wspólnota polityczna (kraj, naród) usiłuje pokrywać we własnym kraju możliwie wszystkie swoje potrzeby. Dopiero po pokryciu własnych potrzeb zbytek produkcji może być wywożony i to w sensie gospodarki światowej. „Miasto-ogród” przez swoje zaślubiny miasta ze wsią przenosi zasadę autarkii na jednostki mniejsze, czyniąc zadość imperatywnym wymaganiom budowy miast, tych nowych tworów miejskich, które obok przestronnego zabudowania, obok własnego życia przemysłowego i znacznego pasa ziemi rolniczej najdoskonalej wypełniają zadanie wykorzystania przestrzeni wolnych. Zwolennicy ideowi sądzą, że w ten sposób najlepiej sprzyjają dążeniom kraju do samodzielności przemysłowej i rolniczej.

***

Widzieliśmy powyżej, jakie czynniki powołane zostały po wojnie do rozwijania akcji budowlanej: rząd, samorządy i spółdzielnie mieszkaniowe.

Byłoby jednak wielkim błędem, gdybyśmy sobie wyobrazili że sprawa mieszkaniowa może być rozwiązana wyłącznie przez wyżej wyliczone czynniki. Każdy obywatel ma obowiązek popierania i zachęcania samorządów do ustawicznej i możliwie szybkiej akcji, tak, by problem omawiany mógł być rozwiązany przynajmniej w następnym pokoleniu.

Jak sobie tu wyobrażamy współudział obywatela?

Przede wszystkim powinien on zapoznać się (indywidualnie albo za pośrednictwem organizacji) z ogólnym brakiem mieszkań w danym mieście i baczyć, by zarząd miejski opracował, uchwalił i uzyskał zatwierdzenie właściwego programu. Będzie on dalej zwracał uwagę, by domy, które mają być wybudowane, posiadały zdrową konstrukcję, by przy planowaniu osiedli pamiętano o wystarczających przestrzeniach wolnych i o ozdabianiu ulic drzewami i trawnikami.

Szeroka publiczność może również okazać wydatną pomoc, zawiadamiając urząd zdrowia o domach, które domagają się naprawy albo demolowania oraz projektując najwłaściwsze sposoby postępowania z opuszczonymi i zaniedbanymi dzielnicami; ludzie zamożni mogliby, a instytucje finansowe powinny by poważnie pomyśleć o przyjściu z pomocą przy zakładaniu i finansowaniu spółdzielni mieszkaniowych albo też przy budowaniu domów dla rodzin pozbawionych środków. Wreszcie pomoc szerszej publiczności mogła by się wyrazić w zapewnianiu miejsc w przemyśle budowlanym terminatorom, przysparzając mu tą drogą pracowników i zmniejszając zarazem bezrobocie.

Oczywiście najwłaściwszą byłaby tutaj współpraca ludzi uświadomionych i wykwalifikowanych w omawianym zakresie bądź teoretycznie, bądź praktycznie.

Często się zdarza, że pewne sprawy odbiegają u nas od linii właściwej i są traktowane niezgodnie z duchem czasu, tak, że nieraz błędy popełnione nie są już do naprawienia. Tutaj jest gwałtowna potrzeba ingerencji opinii publicznej we właściwym czasie.

Weźmy dla przykładu parę takich spraw. Istnieje projekt planu strefowego miasta Warszawy. Pan Teodor Toeplitz słusznie alarmuje opinię, twierdząc, że opracowany projekt sprzyja zbytniemu skupieniu ludności miejskiej. Projekt ten zatwierdzony w ciągu długiego szeregu lat w Magistracie nie podlegał nigdy dyskusji publicznej: dopuszcza on zabudowania zbyt intensywne, „luźne” bowiem nawet może, według projektu, zajmować 55% parceli: nie ma więc tu miejsca na właściwy ogród warzywny 400 kw. m. przyjęty jako minimum, a zaledwie na mały 100 kw. m. ogródek kwiatowy. A wszak dla posiadacza domku jednorodzinnego ogród warzywny ma wielkie znaczenie zarówno społeczne, jak i materialne, zmniejsza on bowiem czynsz, zwiększając dochody posiadacza pracą w ogrodzie.

Przepisy o strefowaniu oparte są na właściwym użytkowaniu terenu pod budowę w zależności od ceny jego. Im teren jest droższy (np. przy dworcu głównym na Marszałkowskiej), tym wykorzystanie jego celem oprocentowania włożonego w plac ten kapitału musi być intensywniejsze (wszerz i wzwyż). Przeciwnie, im teren jest tańszy, a więc na krańcach miasta, tym mniej może i powinien on być wykorzystany dla pokrycia procentów od włożonego kapitału. Dlaczegóż więc tam, gdzie nie ma tej koniecznej potrzeby, to znaczy w dzielnicach zewnętrznych o charakterze mieszkaniowym ze znacznym uwzględnieniem domów jedno- i dwurodzinnych parcele mają być wykorzystane do 50-60%. Dlaczego miałoby być intensywnie zabudowane wszystkie arterie komunikacyjne na krańcach miastach? Projekt motywuje to potrzebą pokrywania kosztów utrzymywania szerszych ulic przez adjacentów [mieszkańców sąsiadujących domów]. Otóż obecnie panuje pogląd, że czynnością tą winny być obarczone zarządy miejskie. Taką innowację wprowadzono w mieście-ogrodzie Welwyn: okazała się ona praktyczną i godną naśladowania. Należy przy tym zaznaczyć, że pomimo jej wprowadzenia podatki miejskie są tam niskie. Na krańcach tedy przy domach małych i ulice winny być odpowiednio wąskie.

Weźmy inną sprawę. Zarząd tramwajów miejskich stosuje od pewnego czasu bardzo pożyteczną dla rozwoju miasta politykę komunikacyjną, prowadząc linie tramwajowe daleko poza miasto, co w zasadzie sprzyja tworzeniu planów racjonalnych, miast-satelitów i w ogóle decentralizacji miasta. Ale dlaczego nie ujęto jednocześnie w karby sprawy terenów przylegających do już przeprowadzonych i zamierzonych linii komunikacyjnych? Wszak niewątpliwie zacznie się spekulację terenami, jeżeli już się nie rozwinęła, i zabudowywanie niewłaściwe. Może się zdarzyć, że zanim się zarząd miejski spostrzeże, stracone zostaną dla celów racjonalnego rozszerzania stolicy tereny, które najbardziej do tego nadają się. A pamiętajmy, że kto stwarza rentę gruntową (Magistrat) ma prawo kontroli nad nią.

Biorąc rzecz konkretnie, sądzę, że należy, nie zwlekając, powołać do życia zrzeszenia budowlane, które by wzorem Szwajcarskiego Związku Reformy Mieszkaniowej budowały mieszkania w duchu nowoczesnym (małe domki) w miejscowościach inwestycyjnie przygotowanych przez zarząd miejski, a to wzdłuż linii komunikacyjnych w ramach ogólnego planu Wielkiej Warszawy. Wątpić nie należy, że takie zrzeszenia otrzymałyby od Banku Gospodarstwa Krajowego niewielki fundusz (około ½ miliona zł) na cel powyższy. Kredytu bezprocentowego udzielano by tylko na okres budowy, po czym uzyskane ze sprzedaży domów tych sumy byłyby używane na budowę dalszych domów. Sądzę, że nie wymagałoby to wielkich wysiłków, a ulga byłaby znaczna dla pewnej warstwy ludności, a więc i dla miasta.

Dawniej uwagi i dyskusje nad sprawami miejskimi na posiedzeniach Delegacji do sprawy miast-ogrodów i Wydziału higieny miast i mieszkań Warszawskiego Towarzystwa Higienicznego miały z natury rzeczy przeważnie akademicki charakter i kończyły się często na wymianie myśli.

Ale obecnie ingerencja społeczeństwa w aktualnych sprawach mieszkaniowych jest nie tylko dopuszczalna, ale pożądana, a nawet konieczna. Krytyka projektów rządowych i samorządowych brana jest pod uwagę przez czynniki miarodajne, projekty zaś zgodne ze słusznymi uwagami rzeczoznawców bywają modyfikowane, a przy ministerstwach zorganizowano specjalne rady społeczne. W tych warunkach obojętność sfer społecznych względem zagadnień, dotyczących bytu i rozwoju miast, a przede wszystkim stolicy naszej, byłaby niewłaściwą, a nawet karygodną.

Jest więc rzeczą niezbędną, by zanim wcielona zostanie w życie jakaś akcja państwa, a zwłaszcza tak wielkiej doniosłości jak sprawa osiedleńczo-mieszkaniowa, była ona wszechstronnie omówiona przez fachowców pracujących na niwie społecznej. Praca bowiem dokonywana przez organy władzy bez uprzedniego należytego przygotowania przez opinię publiczną, nie odpowiada realnym potrzebom ludności. Odnosi się to do wszystkich poczynań władz, co rząd sam doskonale rozumie, tworząc Rady przy Ministerstwach. Od początku niemal naszej samodzielności przy byłym Ministerstwie Zdrowia Publicznego istniała Rada mieszkaniowa, składająca się z przedstawicieli urzędów i sfer społecznych i pracowała z dużym pożytkiem. Obecnie Rady do sprawy mieszkaniowej w szerszym zakresie nie posiadamy zapewne z tego względu, że sprawa ta nie jest ześrodkowana w jednym urzędzie.

Jesteśmy w zaraniu akcji rozbudowy miast na wielką skalę, która jedynie wówczas może stać na wysokości zadania, jeżeli będą tu współdziałały właściwe czynniki społeczne, jak to się dzieje wszędzie. W Anglii, Francji, Holandii, Belgii, Niemczech etc. Istnieje cały szereg zrzeszeń mieszkaniowych, przygotowujących opinię publiczną. Są one łącznikami między społeczeństwem i samorządem z jednej strony, a organami państwowymi z drugiej – i występują do władz rządowych z konkretnymi projektami. Są to organizacje duże, jak np. Niemiecki Związek Reformy Gruntowej, rozmaite zrzeszenia opieki mieszkaniowej i spółdzielnie osiedleńcze, które są stałym czynnikiem fermentu sprawy osiedleńczo-mieszkaniowej, żądając od władz właściwego prawa własności, terenów i środków pieniężnych. Pod wpływem dojrzałej opinii publicznej władze prowadzą akcję w duchu wymagań czasu.

Muszę tu dodać, że istnieje ścisły związek pomiędzy sprawą mieszkaniową i sprawą planowania miast. Nie można zadowalająco rozwiązać jednego zagadnienia bez drugiego. Podczas gdy pod należytym rozwiązaniem sprawy mieszkaniowej rozumiemy zaopatrywanie ludności w dostateczną ilość dobrych pomieszczeń, planowanie miast dąży do rozwiązania sprawy miast, godnych tej nazwy, tj. takich, w których przewidziane są wszystkie potrzeby mieszkańców z szerokim uwzględnieniem higieny, estetyki i ekonomii. Zaniedbanie jednego z czynników pociąga za sobą znaczne szkodliwości dla mieszkańców. Obydwie więc sprawy, stanowiące jedno wielkie zagadnienie, winny być należycie traktowane zgodnie z wymogami wiedzy.

W tym celu w wielu państwach Europy (Anglia, Francja, Niemcy, Hiszpania, Holandia, Dania, Czechosłowacja), powstały specjalne instytuty zarówno celem prowadzenia akcji propagandowej, jak i prac naukowych z dziedziny planowania, rozszerzania miast i zakładania osiedli.

Doświadczenie uczy, że organizacje tego rodzaju, których członkami są ludzie pracujący teoretycznie lub praktycznie w dziedzinie budowy miast i racjonalnej gospodarki miejskiej są niezbędne. Prace ich stanowią wszędzie podstawę prac ustawodawczych i poczynań komunalnych.

By instytut taki mógł należycie funkcjonować, winni w nim współpracować w charakterze członków niezależnie od architektów i inżynierów higieniści, socjologowie, ekonomiści, artyści, ogrodnicy, rolnicy, przedstawiciele przemysłu obok naturalnie delegacji zainteresowanych władz. Jednym słowem, ludzie nauki, wiedzy fachowej i powiedziałbym ludzie z dużym odczuciem spraw życia.


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w kwartalniku „Praca i Opieka Społeczna” zeszyt 4, styczeń 1929, wydawanym przez Ministerstwo Opieki Społecznej. Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł, pominięto przypisy bibliograficzne.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.