Upaństwowienie czy uspołecznienie i w jakich granicach? [1933]

Kulczycki

Do wielkiej wojny światowej mówiono w obozie socjalistycznym o przyszłym ustroju pokapitalistycznym jako o pełnym kolektywizmie, którego podstawą miało być przejście na własność ogółu narzędzi produkcji, a więc ziemi, kopalń, fabryk, kolei żelaznych. Nie ustalono jednak, w jakiej formie ma to nastąpić: czy państwo będzie właścicielem tych warsztatów pracy, czy społeczeństwo. Nie zawsze zresztą rozróżniano należycie te terminy, tym bardziej nie precyzowane. W zasadzie wszystkie narzędzia produkcji miały przejść na własność ogółu, ale ze względów praktycznych, żeby nie odstraszać włościan od socjalizmu, drobni właściciele, a przynajmniej ci, którzy sami (z rodziną) uprawiają ziemię, mieli ją zachować w przewidywaniu, że zrzeszając się w związki, powoli przyłączą się do zbiorowej własności ziemskiej.

Dopiero po wojnie zaczęto się tymi zagadnieniami bliżej zajmować, traktując je już jako praktyczne. Wtedy ujawniła się ogromna rozbieżność poglądów. Wszedł w użycie termin „socjalizacja”, czyli uspołecznienie, ale przez społeczeństwo rozumiano rozmaite organizacje społeczne. Dowodem tego jest książka F. Weila pt. „Sozialisierung”(Berlin 1921).

Kolektywizm, jako przyszły ustrój społeczny, był pełnym przeciwieństwem kapitalizmu. Według teoretyków miał usunąć wszystkie jego wady, a więc: najem, prywatną własność narzędzi pracy i konkurencję we wszystkich dziedzinach wytwórczości.

Aby ziścić wszystkie te nadzieje, musiałby był objąć swą organizacją cały świat, gdyż tylko w takich warunkach handel stałby się zbędny, a zapotrzebowanie całej ludzkości zaspokajano by przez ogólną i we wszystkich szczegółach planową produkcję. Choć nie mówiono tego wyraźnie, to jednak logicznie kolektywizm nie mógł być inny.

Nie ma potrzeby rozwodzić się nad tym urojeniem, które powstało z chęci stworzenia jakiegoś absolutnego ideału społecznego.

Nie chcąc opuszczać realnego gruntu, a dążąc do ustroju, który by niedomagania istniejącego o ile możności usunął, musimy z góry odrzucić wszelkie bezwzględne pojęcia równości, wolności, zadowolenia wszystkich naszych pragnień. Tylko w ten sposób unikniemy utopii, rozczarowań, błędnych ocen, chybionych reform, a nawet i rewolucji. Możemy tworzyć ideały realne, operując jedynie danymi, które znamy.

Dawniej usiłowano zwalczać socjalizm argumentem, że sprzeciwia się on „naturze ludzkiej”, przez którą rozumiano przywiązanie do prywatnej własności absolutnej. Był on błędny, gdyż dowolnie operował pojęciem natury ludzkiej.

Często mówiąc o przyszłości przecenia się zmiany w podstawowych motywach działalności ludzkiej w nowych warunkach życiowo-ustrojowych. Zapewne, formy własności, rodziny, ustroju politycznego i hierarchii w życiu zbiorowym uległy bardzo głębokim zmianom, ale z tego bynajmniej nie wynika, żeby mogły być nieograniczone.

W rozmaitych związkach społecznych i fazach rozwoju stosunek interesów osobistych do zbiorowych był odmienny; ale błędnie przypuszczałoby się, że społeczeństwa wielce zróżniczkowane, jak nasze, ekonomicznie, politycznie i kulturalnie mogą w nowych warunkach ustrojowych tak się zasadniczo zmienić, iżby interes osobisty nie odgrywał w nich żadnej roli, osłabłe antagonizmy pomiędzy jednostkami nie prowadziły do aktów gwałtu, niesprawiedliwości i przestępstw. Można, tworząc ideał realny, wychodzić tylko z tego założenia, że ludzie w przyszłości będą mieli cechy teraźniejsze jedynie z pewnymi zmianami drugorzędnymi o charakterze raczej ilościowym, niż jakościowym.

Co nazywamy upaństwowieniem środków produkcji, a co ich uspołecznieniem?

Upaństwowieniem jest przejście na własność państwa, które może rozmaicie zorganizować ich zarząd: albo wykonywać go bezpośrednio przez swych funkcjonariuszy, albo wspólnie z czynnikami społecznymi, albo wreszcie powierzając go tym czynnikom z zachowaniem dla siebie najwyższej kontroli i władzy, wypływających z jego suwerenności.

Uspołecznienie jest przejściem narzędzi pracy na własność czynników społecznych, przez które rozumieć można rozmaite grupy, a więc: robotników zatrudnionych w oddzielnych fabrykach, kopalniach, na roli i kolejach żelaznych, związki zawodowe, kooperatywy, wreszcie całe społeczeństwo, zorganizowane ekonomicznie niezależnie od państwa, lecz równolegle do niego.

Już przed wojną światową opinia socjalistyczna oświadczyła się przeważnie przeciwko upaństwowieniu, a na korzyść uspołecznienia, które nazwano socjalizacją. Właściwie dwa te terminy oznaczają to samo, a próby ich rozróżnienia są nieuchwytne.

Tę niechęć do upaństwowienia przypisać należy pośredniemu wpływowi anarchizmu, który za pośrednictwem syndykalizmu rewolucyjnego i kooperatyzmu wpłynął na socjalistów. Pewną rolę odegrał tu także pogląd Marksa i Engelsa na państwo, wypowiedziany w pamiętnym liście z 1875 roku o realizacji ustroju socjalistycznego, którego treść już omawiałem. Wreszcie odgłosy szkoły manczesterskiej przeciwko interwencji państwa w dziedzinie stosunków ekonomicznych nie pozostały bez wpływu. Zarzucano mu tam, że jest złym gospodarzem i przeciwstawiano gospodarce państwowej – prywatną, czyli kierownictwo przedsiębiorstwem przez właściciela. Jednakże to nie może być porównywane z gospodarką czynników społecznych.

Syndykat robotniczy, jako forma uspołecznienia, jest związany z produkcją tej gałęzi, w której jego członkowie pracują, lecz jednostronnie. Stąd też, jak zobaczymy, powstała myśl kierownictwa wykonywanego wspólnie przez rozmaite czynniki społeczne. Największym powodzeniem w kołach socjalistycznych cieszy się plan socjalizacji, opracowany przez Ottona Bauera, jednego z przywódców socjalistów austriackich, wybitnego teoretyka, którego wpływ jest silny w II Międzynarodówce.

Muszę go omówić szczegółowo, gdyż może być uznany przez stronnictwa socjalistyczne w rozmaitych państwach za podstawę do przebudowy społecznej w kierunku kolektywizmu.

Bauer zaleca wywłaszczenie wielkich przedsiębiorstw z produkcją w wysokim stopniu skoncentrowaną, przede wszystkim kopalń węgla i żelaza, kto bowiem rozporządza tymi produktami, panuje nad całym przemysłem, przy tym powyższymi gałęziami wytwórczości jest stosunkowo łatwo zarządzać z jednego ośrodka.

Wywłaszczenie winno dokonać się na mocy ustawy za wynagrodzeniem dotychczasowych właścicieli, byłoby bowiem rzeczą niesłuszną bez tego zabierać akcjonariuszom kopalnie i huty, podczas gdy wszyscy inni kapitaliści pozostają przy swej własności. Odszkodowanie to jednak powinien wypłacić ogół kapitalistów i wielkich właścicieli ziemskich.

Tym uspołecznionym przemysłem administrować ma bynajmniej nie rząd, który by posiadł przez to nadmierną, niebezpieczną dla demokracji władzę i którego gospodarka byłaby z reguły zła; lecz zarządy złożone z przedstawicieli związków zawodowych, robotników i urzędników, którzy w przemyśle tym pracują i którym zależy na jego kierownictwie, oraz spożywców, których potrzeby ma zaspokajać, wreszcie reprezentantów państwa, powołanych po części przez ciało ustawodawcze dla zabezpieczenia ogólnych interesów państwa, po części przez rząd (ministra skarbu) celem ochrony interesów skarbu. Każda z tych grup posiadałaby 1/3 głosów całego zarządu. Przedstawiciele robotników będą żądali wysokich płac, reprezentanci spożywców niskich cen, delegaci państwa zaś występowaliby jako pośrednicy między tymi dwiema stronami. Zarząd ten upodobnia Bauer do wybieranego przez akcjonariuszy. Zadaniem tej władzy kierowniczej byłoby mianowanie wyższych urzędników, ustalanie cen produktów, zawieranie umów zbiorowych ze związkami zawodowymi robotników i urzędników, rozporządzanie czystym dochodem przedsiębiorstw i decydowanie o większych inwestycjach. Dyrektorów uspołecznionych przedsiębiorstw mianuje się na wniosek ciała technicznego całego państwa.

Część czystego zysku musi być rokrocznie przeznaczona na udoskonalenie techniczne, reszta dzieliłaby się między państwem a robotnikami i urzędnikami pracującymi w przedsiębiorstwach.

Bauer przewiduje rozmaity system socjalizacji, np. państwo może wydzierżawić wywłaszczone przedsiębiorstwo hurtowni stowarzyszeń spożywczych albo związkom spółek rolniczych. Inne znowu mogą być uspołecznione przez powiaty i gminy.

Przedsiębiorstwa niewywłaszczone, z produkcją mniej od tamtych skoncentrowaną, a niedojrzałe na razie do uspołecznienia, powinny się łączyć w związki wytwórcze, które byłyby zarządzane przez ciało zbiorowe z przedstawicieli wszystkich kół zainteresowanych, a więc: państwa (jeden mianowany przez ministra przemysłu i handlu, pozostali przez ciało ustawodawcze), spożywców, właścicieli przedsiębiorstw, robotników i urzędników tego przemysłu. Każda z owych grup miałaby 1/4 członków zarządu.

Wielka własność ziemska ma być wywłaszczona całkowicie, ale nie od razu: najpierw lasy, później grunta. Nadające się do drobnej uprawy należy rozparcelować i oddać małorolnym i bezrolnym. Drobna własność ziemska do 100 ha włącznie pozostaje nietknięta w rękach dotychczasowych posiadaczy. Ci powinni się łączyć w związki. Handel produktami rolnymi będzie uspołeczniony. Tak samo banki na końcu procesu. Kolektywizm nastanie wówczas, kiedy wszystkie gałęzie wytwórczości stworzą jedną całość. Sposobu, w jaki się tego dokona, Bauer dokładnie nie przedstawia. Nie wchodzę tu w dalsze szczegóły, gdyż to, co streściłem wystarcza do zrozumienia tego projektu (Bauer – „Droga do socjalizacji”, Kraków 1919).

Bauer, jak widzimy, jest zwolennikiem stopniowego wprawdzie, ale całkowitego uspołecznienia produkcji, ustępstwa zaś, które w tym procesie czyni, mają charakter przejściowy i taktyczny. Mimo że jest przeciwnikiem zarządu wywłaszczonych gałęzi wytwórczości przez państwo, zapewnia mu poważny udział w przemyśle, rolnictwie i górnictwie, nawet w handlu produktami rolnymi. Stanowisko takie jest niekonsekwentne.

Naszkicowany przez niego plan gospodarki społecznej wymaga bardzo zwartego i ciężkiego aparatu administracyjnego. W zarządach pojedynczych gałęzi przemysłu zasiadają przedstawiciele zwalczających się stron. Taki skład musi z konieczności tamować akcję. Bauer niesłusznie porównywa owe ciała do delegacji towarzystw akcyjnych (rad nadzorczych), gdyż te są emanacją ludzi mających wspólne interesy, a tarcia, które się tam ujawniają, nie mają charakteru zasadniczego.

Najsłabszą stroną planu Bauera jest organizacja nie wywłaszczonych jeszcze przedsiębiorstw, których właściciele wprawdzie pozostają, ale mają tylko w zarządzie 1/4 głosów. Musiałaby ona prowadzić do ciągłych zatargów wewnątrz, co rujnowałoby przedsiębiorstwa i stwarzało stan niepewności w życiu gospodarczym.

Wreszcie po prostu niepoważny jest projekt spłacania wywłaszczonych przedsiębiorców przez pozostałych, utrzymujących jeszcze swoje fabryki albo majątki ziemskie; równie nierealna byłaby propozycja, żeby wywłaszczeni sami się wynagrodzili za utratę przedsiębiorstw.

Gdyby przemysł i rolnictwo zostało w jakimś państwie na sposób Bauera zorganizowane, skutek byłby ten, że większość kapitałów przeniosłaby się zagranicę, gdzie o realizacji takich planów jeszcze się nie mówi. Nie byłoby to rzeczą trudną, gdyż dojście do władzy socjalistów nie może się odbyć wszędzie w jednym czasie.

Bauer nazwał swój plan socjalizacją, co nie jest ścisłe: jakkolwiek tego wyraźnie nie mówi, wywłaszczone gałęzi przemysłu stałyby się z musu własnością państwa, ponieważ cała ich organizacja opierałaby się na ustawie, a więc mogłaby być zmieniona później przez inne ustawy; zresztą posiadanie ich nie zostało przekazane żadnej grupie społecznej.

Jak już zaznaczyłem wyżej, pełny kolektywizm nie da się urzeczywistnić i nie tylko dlatego, że musiałby objąć cały świat, wytworzyć jedno państwo; ale że i ewolucja kapitalizmu nie idzie bynajmniej w tym kierunku, żeby proletariat miał z czasem czy to we wszystkich państwach, czy bodaj w większości posiąść dużą przewagę liczebną nad innymi warstwami społecznymi. Raczej przeciwnie, w krajach, gdzie wielki przemysł rozrósł się najsilniej i gdzie zajdzie potrzeba jego przystosowania do rynku wewnętrznego i uszczuplenia, liczba robotników będzie z czasem stanowiła mniejszy niż obecnie procent ogólnej ilości mieszkańców. Włościaństwo zaś i warstwy średnie nie topnieją, tylko się przeobrażają. Większość włościan nie zgodzi się na kolektywizm, a o narzuceniu go siłą nie może być mowy; próba rewolucji rosyjskiej nie powtórzy się w Europie i nie może przecież uchodzić za udaną. Nie można więc ciągle obstawać przy całkowitym kolektywizmie, nawet w niektórych tylko państwach, jako formie koniecznej przyszłego ustroju społecznego i rozpoczynać gruntownej przebudowy życia zbiorowego W tym przeświadczeniu, że ten wymarzony ideał prędzej czy później będzie zrealizowany i że właśnie do niego należy stosować wszelkie zasadnicze reformy.

Przejście na własność ogółu gałęzi wytwórczości najbardziej skoncentrowanych powinno się dokonać przez upaństwowienie, ponieważ tylko wówczas staną się one własnością całego społeczeństwa. Do takich należą, oprócz kopalń węgla i żelaza, kopalnie nafty oraz innych surowców, przemysł wojskowy, ciężki przemysł stalowy, chemiczny ze względu na bezpieczeństwo ogólne, wreszcie koleje żelazne jako środek komunikacji. Przy przejmowaniu na własność państwa oddzielnych przedsiębiorstw należy uważać nie tylko na stopień ich koncentracji, lecz także na interes państwa.

Inne gałęzi przemysłu, póki nie rozrosną się do wielkich rozmiarów, powinny być przedmiotem władania prywatnego, ponieważ 1) nie mogą stać się faktycznym monopolem; 2) taka czy inna ich gospodarka nie naraża społeczeństwa na tak wielkie straty, jak zła gospodarka wielkich i skoncentrowanych przedsiębiorstw; 3) nie zdobędą takiego wpływu na życie publiczne, który by zagrażał demokracji; 4) oddanie na własność państwa wszystkich gałęzi przemysłu prowadziłoby do opanowania całego życia społecznego przez państwo i przekraczało jego możność kierowania olbrzymim aparatem gospodarczym.

Zarządu upaństwowionymi gałęziami produkcji nie należy prowadzić w sposób biurokratyczny. Ciało albo ciała ustawodawcze (2 izby) wybierałyby na trzy lata połowę członków rady wytwórczej spoza swego grona i spoza sfer urzędniczych; rząd wyznaczałby drugą. Instytucja ta mianowałaby dyrektorów. Minister skarbu oraz ministrowie przemysłu i handlu sprawowaliby kontrolę.

Umowy zbiorowe z robotnikami prowadziłaby dyrekcja i delegaci związków zawodowych. Zakłady te podlegałyby, jak i prywatne, inspekcji fabrycznej. W każdej fabryce istniałaby stała delegacja robotnicza do porozumiewania się z dyrekcją w sprawach porządków fabrycznych, dotyczących pracy.

Rada wytwórcza może być podzielona na sekcje, odpowiadające oddzielnym gałęziom przemysłu. Każda z tych sekcji spełniałaby funkcje rady nadzorczej w przedsiębiorstwach prywatnych. Kontrola rządu oraz najwyższej izby kontroli państwa odbywałaby się co rok. Taka organizacja bez charakteru biurokratycznego okazałaby się o wiele sprawniejsza i prostsza od Bauerowskiej. Ciała zarządzające byłyby dość jednolite i nie reprezentowały rozmaitych obozów społecznych; interesy robotników i urzędników byłyby zabezpieczone: związki zawodowe z dyrekcjami przedsiębiorstw ustalałyby o ile możności korzystne warunki pracy. Czysty zysk z przedsiębiorstw dzieliłby się na dwie części: 80% przechodziłoby do kasy państwowej, resztę można by przeznaczyć na tzw. fundusz pracowniczy w ministerstwie pracy, z którego czerpano by środki na doraźną pomoc dla potrzebujących tego obywateli.

Przedsiębiorstwa, zrazu nie upaństwowione, które by z czasem bardzo się rozrosły, przechodziłyby na własność państwa. Warunki takiego przejścia nie zależałyby od rządu, lecz wynikały z ustawy. W wypadkach wątpliwych rozstrzygałby trybunał administracyjny. Właściciel powinien być wynagrodzony z funduszów ogólnopaństwowych.

Nawet Bauer i Czernow przyznają, że przedsiębiorca jest nerwem swego interesu i niełatwe da się zastąpić: nie należy wiec usuwać go tam, gdzie jest pożyteczny, a szkody nikomu nie przynosi. Bauer tylko, jak widzieliśmy, zanadto go krępował w swym projekcie.

Wielka własność ziemska ponad pewną ilość hektarów (różna w oddzielnych państwach zależnie od okoliczności) powinna być wywłaszczona za wynagrodzeniem i rozparcelowana pomiędzy małorolnymi i robotnikami rolnymi. Nie należy jednak ziemi zbytnio rozdrabniać, tworzyć zaś gospodarstwa zdrowe, a nie karłowate. Nie każdy robotnik rolny ma dość środków na założenie gospodarstwa. Przy wzroście oświaty, odpowiedniej agitacji i współdziałaniu rządu drobni właściciele ziemscy będą siłą rzeczy łączyć się w związki, tworzyć kooperatywy, które ułatwią im podniesienie gospodarstwa na wysoki poziom. Jednakże akcja ta nie może być z góry narzucana przez władzę. Państwo powinno ułatwiać producentom zbyt wytworów rolnych, zachęcać do zbiorowego działania, ale bynajmniej nie znosić handlu prywatnego.

Nie ulega wątpliwości, że w nowych warunkach rozwój kooperatyw odegra bardzo poważną rolę. Spożywcze, które mają, jak wykazało doświadczenie, najwięcej szans rozwoju, będą mogły zakładać własne fabryki, co się już dzisiaj rozpoczyna. Dobre ustawodawstwo i życzliwe stanowisko państwa może się wiele przyczynić do ich rozwoju.

Znakomity filozof i socjolog francuski Alfred Fouillée słusznie zwrócił uwagę na to, że własność prywatna i zbiorowa społeczno-państwowa mogą się rozwijać równolegle, myśli tej jednak nie rozwinął.

Postęp cywilizacji, demokracji, socjalizmu i kierunków do niego zbliżonych prowadzi stale do rozrostu własności zbiorowej. Polega ona na coraz liczniejszych i dostępniejszych dla ogółu instytucjach i urządzeniach samorządowych, państwowych, stowarzyszeniowych itp. z dziedziny udogodnień życiowych, stosunków intelektualnych i kulturalnych, higieny, rozrywek. Bezpłatne szkoły, dające dzieciom podręczniki, materiały piśmienne, nawet śniadania, organizujące wycieczki, zabawy, domy ludowe z koncertami, teatry, tanie letniska, zakłady dla osób samotnych i starych, ogrody i parki publiczne, muzea – wszystko to jest jakby wspólną własnością, z której ludzie mogą korzystać w równej mierze. Nie ulega wątpliwości, że wraz z udoskonalaniem się instytucji, wzrostem dobrobytu, takie urządzenia będą się bujnie rozwijać, przynosić ludziom wiele korzyści, ułatwiać coraz bardziej życie i napełniać bogatszą treścią.

Dzisiaj nawet już socjaliści najmniej skłonni do ustępstw ze swych odległych ideałów, zgadzają się na to, że nie może być jednakowego wynagrodzenia dla wszystkich, tym mniej stosowania zasady „od każdego wedle jego sił, a każdemu wedle jego potrzeb”. Jak widzieliśmy wyżej, nawet anarchista-komunista Malatesta nie przyjmuje tej tezy bez zastrzeżeń, lecz ją ogranicza. Nie lekceważy więc tych realnych zdobyczy w imię wymarzonych a nierealnych.

Przewiduję zarzut, że w swym przedstawieniu przyszłego ustroju utrzymuję najem, gdyż bronię istnienia średnich prywatnych zakładów przemysłowych.

Wyrazy – najem, najmita, są przeciwieństwem własności i właściciela. Najemnictwo oznacza system gospodarczy, oparty na cudzej pracy, nabywanej na pewnych warunkach za płacę. Najmita jest właśnie ten, kto tę pracę daje i za to otrzymuje wynagrodzenie.

Najemnictwo nie istniałoby tylko wówczas, gdyby 1) wszyscy byli właścicielami i żyli ze swej własności, 2) byli niezależnymi współwłaścicielami, równymi w prawach. Nawet czysty kolektywizm nie zniósłby najmu, gdyż jakkolwiek formalnie wszyscy byliby właścicielami narzędzi produkcji, to jednak, jak w. każdej organizacji, dzieliliby się na kierowanych i kierujących, ocenianych i oceniających, czyli musiałaby istnieć hierarchia. Ci kierowani i oceniani byliby tak samo najmitami w stosunku do tamtych, bo podlegaliby im w swej pracy.

Tylko komunizm anarchistyczny teoretycznie nie znałby najmu, ale widzieliśmy, że nawet anarchista Nowomirski o tym wątpi. Taki ustrój jest istną utopią.

Praca u przedsiębiorcy, oparta na ścisłych warunkach, ustawach, umowach zbiorowych, nie oznacza bynajmniej większej zależności od pracy w fabryce upaństwowionej wedle systemu Bauera. Właściciel fabryki nie jest już teraz panem absolutnym i musi się liczyć z robotnikami, za którymi oprócz praw pisanych stoi związek zawodowy i stronnictwo polityczne.

Jeżeli najem jest istotnie wielkim złem, to dlaczego rozciągać je na wszelkie dziedziny wytwórczości przez jej upaństwowienie, albo uspołecznienie? W wielu państwach, gdzie istnieją silne związki robotników rolnych, niejeden z nich ma się lepiej od chłopa małorolnego, indziej robotnicy fabryczni mają korzystniejsze warunki od drobnych majstrów rzemieślniczych.

Nie najem jest główną wadą kapitalizmu, lecz brak pracy i niskie płace. Toteż przeciwko tym dwóm plagom społecznym głównie walczyć trzeba.

Brak pracy jest wynikiem kryzysów przemysłowo-handlowych. W ubiegłem stuleciu powtarzały się one z początku mniej więcej co 10 lat i przebieg ich był zazwyczaj bardzo ciężki; w drugiej połowie nie wybuchały już tak regularnie i występowały w łagodniejszej formie. Przewidywano je łatwiej niż przedtem i prędzej opanowywano. Ludzie zaczęli lepiej orientować się w sytuacjach gospodarczych, ci zaś, co na nich najwięcej tracili, znajdowali się już w lepszym położeniu: należeli do stowarzyszeń, państwo przychodziło im z pomocą. W ten sposób plaga ta coraz bardziej słabła. Kryzys teraźniejszy przypomina burzę, która wszystko niszczy. Istotnie, uczynił on niedostatecznymi wszelkie indywidualne środki zaradcze.

Co będzie w przyszłości?

Jeżeli produkcja po latach ciężkich prób wreszcie się przystosuje do rynków wewnętrznych, to kryzys może wprawdzie od czasu do czasu występować, ale stosunkowo łagodniej i znośniej. Państwa zaś i związki zawodowe będą musiały być na nie przygotowane. Pierwsze przez utrzymywanie odpowiednich sum na przedsiębranie pożytecznych robót publicznych i inwestycji, związki zawodowe – przez strącanie pewnej części dochodów na wsparcie swych członków.

Minimum płacy jest środkiem zaradczym przeciwko zbyt niskim płacom. Rozmaitych prób jego zastosowania nie mogę tu omawiać. Przeszkody do realizacji tego postulatu dadzą się przezwyciężyć zwłaszcza tam, gdzie do władzy dojdą stronnictwa dążące do przeobrażenia społeczeństwa. Zasadą naczelną tej reorganizacji powinno być zapewnienie wszystkim obywatelom pracy i minimum płacy. Ludzie maja rozmaite usposobienia i pragnienia i żaden nawet najidealniejszy ustrój społeczny nie uczyni im wszystkim zadość. Natomiast może i powinien dać pewność bytu każdemu obywatelowi, gdyż to jest główny warunek normalnego życia.

Powyższy zarys przyszłego ustroju pokapitalistycznego jest tylko jego punktem wyjścia i obejmuje jedynie postulaty naczelne. Oceniać go należy z punktu widzenia jego dynamiki, tj. otwierających się przed nim możliwości. Wdawanie się w szczegóły nowego ustroju nie jest ani potrzebne, ani możliwe, gdyż przede wszystkim decydować tu będzie doświadczenie, np. wydzierżawienie tytułem próby niezbyt wielkim kooperatywom albo grupom pracujących w nich robotników mniejszych zakładów przemysłowych, które by właściciele chętnie odstąpili pod pewnymi warunkami; albo powierzenie robotnikom prowadzenia niewielkich fabryk, które mogłyby powstać przy pomocy kredytu państwowego. Te przykłady mają wskazywać drogę postępowania na podstawie doświadczenia.

Wszyscy poważni pisarze uważają, nie wyłączając Bauera, że warunkiem poprawy bytu najszerszych kół społeczeństwa jest wydajność pracy. Ta zaś zależy od umiejętnego kierownictwa i karności.

Każde społeczeństwo zróżniczkowane musi mieć organizację ściśle unormowaną, zarówno polityczną, jak gospodarczą; organizacja wymaga zaś pewnej hierarchii, która bynajmniej nie jest zaprzeczeniem ani demokracji, ani nawet socjalizmu. Ta hierarchia w przyszłym ustroju nie będzie autokratyczna, przeciwnie, administracja upaństwowionych i nawet prywatnych fabryk powinna pozostawać w styczności ze związkami zawodowymi, układać z nimi kontrakty zbiorowe, załatwiać nieporozumienia, ale kierownik przedsiębiorstwa nie może zależeć od robotników. Inaczej, będzie faktycznie rządziła pobudliwa masa, hierarchia przestanie istnieć, zniknie karność, co musi się odbić ujemnie na ilości i jakości produkcji.

Niektórzy łudzą się, że wraz ze zmianą stosunków ludzie będą pracowali chętnie i dobrze, ponieważ praca w warunkach odpowiednich nie jest przykra. To nie wystarcza, bo praca zarówno robotnika jak i innych zawodów musi być ciągła i terminowa. Ten przymus w czasie jest dla ludzi w ogóle ciężarem. Dlatego też każda praca zorganizowana wymaga kontroli, kierownictwa i, co za tym idzie, hierarchii.

Hierarchia jest tylko wtedy szkodliwa, kiedy staje się przywilejem wybranych; natomiast racjonalna, jeżeli dostęp do stanowisk kierowniczych jest oparty na kompetencji, a stosunek pomiędzy kierowanymi i kierownikami określają normy, na których straży stoją związki zawodowe i ustawy.

Pokapitalistyczny ustrój społeczny oprze się nie na jednym, lecz na rozmaitych typach organizacyjnych pracy, jak: przedsiębiorstwa upaństwowione, prywatne (średnie i małe), kooperatywy. Ta rozmaitość nie będzie wadą, raczej zaletą tego ustroju, który pod wpływem praktyki ciągle się będzie udoskonalać.

Inny ustrój nie jest możliwy, ani bowiem komunizm, ani kolektywizm, ani syndykalizm nie mogą pretendować do możności całkowitego zorganizowania społeczeństwa na podstawie zasad, które reprezentują; zresztą nie zgrupują pod swoim sztandarem większości społeczeństwa, potrzebnej do realizacji nowego ustroju.

Nie twierdzę bynajmniej, żeby ustrój, którego zarys przedstawiłem, stanowić miał najwyższą formę organizacji społecznej, na której ludzkość się zatrzyma; lecz rozważanie obecnie tego, co później nastąpi musi być z konieczności jałowe, gdyż opierałoby się na danych niewiadomych.


Powyższy tekst to fragment końcowej części książki Ludwika Kulczyckiego „W poszukiwaniu nowego ustroju społecznego”, Nakładem Księgarni M. Fruchtmana, Warszawa 1933, od tamtej pory nie wznawianej, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.