Sprzedaż na kredyt [1912]

Kiedy mowa o kredycie, trzeba nasamprzód, dla uniknięcia wszelkich nieporozumień określić – co w naszym pojęciu oznacza wyraz: kredyt. Otóż wymianę towaru na pieniądze w chwili kupna nazwiemy kupnem za gotówkę. Natomiast wyniesienie towaru poza obręb sklepu, bez uiszczenia zań należności, choćby ta miała być uregulowana nazajutrz lub za dwie godziny – musimy nazwać kredytowaniem ze strony sprzedającego, a kupnem na kredyt ze strony klienta. Oznacza bowiem wysoki stopień zaufania dla kupującego, któremu kupiec lub subiekt powierzą pewne dobro, bez żądania natychmiastowego równoznacznika w gotówce lub jakiegokolwiek zapewnienia z jego strony. Wyraz „kredyt” pochodzi z łacińskiego „credit”, co znaczy „wierzy”.

Sprawa kredytu w stowarzyszeniach spożywczych posiada dwa fronty: moralny i materialny. Wynika z tego, że jakkolwiek będziemy tłumaczyli przyczyny i cokolwiek powiemy o nieszczęśliwych skutkach kredytowania, jedne i drugie dadzą się zawsze sprowadzić do dwóch tych samych mianowników: do przyczyn i skutków bądź moralnej, bądź materialnej natury.

Postaramy się zebrać tutaj wszystkie zarzuty: przeciw utartemu zwyczajowi kredytowania, wykazać zło, jakie ów zwyczaj przynosi i członkom, i stowarzyszeniom, wymówki i tłumaczenia, którymi się ten zgubny system osłania – i wreszcie sposoby zwalczania kredytu.

I

Jaką krzywdę wyrządza samemu sobie pojedynczy członek nie kupujący w stowarzyszeniu za gotówkę?

Na całym świecie ludzie lekkomyślni chętnie żyją na kredyt, tym bardziej u nas, gdzie winę wszelkich niepowodzeń zrzuca się z przedziwną łatwością na Opatrzność Boską, na życie, na przyjaciół i wrogów, na ludzi bliższych i dalszych, na okoliczności, przeznaczenie, wreszcie na cały świat, byle siebie od odpowiedzialności uchylić. Ta niechęć przyjmowania odpowiedzialności na siebie znalazła swą formę w polskiej mowie. Każdy z nas mówi potocznie: stłukło się, zepsuło się, zapodziało się, a na wsi powiedzą jeszcze: ktosik wzion, cosik wzino i zepsuło. Jakby w każdym ubytku, w każdej stracie materialnej działał jakiś nieosobisty, zewnętrzny czynnik, psotnik ukryty, nieprzyjazny, z którym żadnej odpowiedzialności nie dzielimy. Mówi się jeszcze w kłopotliwych wypadkach: jakoś to będzie. I oczywiście bywa jakoś, lecz najczęściej bywa źle, przy tak oczywistym braku powagi w traktowaniu wypadków własnego życia.

Zetknięcie się ze sprawami tak realnej natury, jak handel, kasowość, bilans, musi z czasem wyrobić u członków zarządu poczucie odpowiedzialności osobistej wobec interesów zrzeszenia; nauczy przy tym i samych członków spółek tej najelementarniejszej podstawy dobrobytu, polegającej na normowaniu swoich wydatków podług dochodów.

Mieliśmy w naszym kraju aż nadto przykładów bankructwa spółek, a wszystkie niemal zawdzięczały swój przedwczesny koniec nadmiernemu kredytowaniu. Po likwidacji jednej z nich, kiedy już zabito gwoździami drzwi wchodowe – jak mówiono – „aż do lepszych czasów”, jakiś bezimienny szyderca przylepił do nich w nocy dużą kartę z następującą przeróbką jednej z najbardziej znanych bajek Krasickiego:

Miłe złego początki – lecz koniec żałosny!

Dawały łatwy kredyt spółki, czasu wiosny.

Nie przestały i latem, jesienią dawały,

Za to, pod koniec roku… wszystkie pustką stały!

Dziwić się zaiste należy, że kooperatyzm, którego zasadą w stosunku do jednostki stowarzyszonej jest:

1) uwolnić ją z zależności pieniężnej od pośrednika handlowego;

2) od upadlającego jarzma długu;

3) od demoralizującego wpływu życia nad stan,

4) wyrobić w robotniku, osłabiony wskutek przeciwnych okoliczności, instynkt samopomocy;

5) wyzwolić go z przemocy kapitała prywatnego.

Dziwić się należy, że ten sam kooperatyzm nie umiał dotąd obstać niezłomnie przy zasadzie pierwszych pionierów z Rochdale, którzy sprzedaży na kredyt nie uznawali.

I znowu nasuwa się mimo woli pytanie: po co było uciekać od sklepikarza, po co było rzucać się w objęcia spółdzielczości, jeżeli zdrowych warunków, bez których ona wyzwolić nas nie może, przyjąć nie chcemy?

Stowarzyszenie spożywcze aby się stać dźwignią jednostki zarobkującej, musi wpierw zatracić wszystkie ujemne cechy prywatnego kramiku, zapomnieć o jego metodach, nie kierować się tymi samymi pozorami współczucia co handlarz prywatny, w chwili, gdy jego klient znajduje się w przemijających kłopotach pieniężnych.

Pająk, gdyby znał słabość muchy do słodyczy, omaściłby miodem i cukrem cienkie włókna swej przędzy, by tym pewniej uwikłać ją i unieruchomić w sidłach. Kredyt to ten miód, na który handlarz prywatny przynęca, by tym pewniej wziąć w niewolę nieprzezornego spożywcę!

– Nie masz pieniędzy – weź na kredyt, potem mi oddasz! – są to zwykłe słowa kupca. Skłania go do tego własny interes: w ten sposób może więcej sprzedać, a przy tym przywiązać do siebie klienta. Tak, przywiązać, bo zadłużony traci potem wolność wyboru towarów i kupca. Każdy objaw buntu, porzucenie borgującego sklepu, wywołuje żądanie natychmiastowego uregulowania długu, albo do sądu!

Pozornie sądząc, wydawać się może, że kupiec dający produkty na kredyt okazuje usługę klientowi. Tak się sądzi jednak tylko w pierwszej chwili, dopóki nie trzeba płacić. W rzeczywistości jest to najoczywistsza lichwa, chociaż ofiary jej nie zdają sobie z tego sprawy. Przecież kupiec musi podnieść cenę towarów tak, aby nie tylko uwzględnić w niej procent od pieniędzy, na które musi czekać, lecz nadto i ryzyko ewentualnych strat wskutek niewypłacalności, na jakie jest narażony. A gdyby obliczyć dokładnie ten procent, przekonalibyśmy się, że przewyższa on znacznie 10 procent… Przy tym kupiec wyzyskuje położenie, aby swemu dłużnikowi wpakować wszystkie towary nadpsute lub uszkodzone, wszystkie resztki sklepowe.

Człowiek biorący na kredyt zostawia nie tylko niezależność swoją u kupca. Kredyt przytępia sprawność gospodarczą dłużnika; nie potrzebując płacić gotówką, która jest najlepszą wskazówką, ile można wydać, nie zdaje on sobie dokładnie sprawy ze stanu swych środków, nie umie odpowiednio unormować wydatków, ulega pokusie nabywania ponad możność, kupuje więcej, niż potrzeba, brnie w długi i potem trzeba ponieść wiele kłopotów i wykazać dużo silnej woli, żeby wypłacić narosłe rachunki, pozostać uczciwym człowiekiem. Kredyt w sklepiku to rak toczący u korzenia zmysł oszczędności, uczciwości i niezależności.

A teraz pytamy – jaka jest różnica między zadłużeniem się w prywatnym sklepiku a w stowarzyszeniu spożywczym? Naszym zdaniem żadna. I tu, i tam ta sama zależność, to samo pozbycie się osobistej swobody i materialnej beztroski, to samo oddanie siebie w niewolę drugim. Jest nawet gorzej, bo już sam fakt, że grupa ludzi założyła stowarzyszenie spożywcze, dowodzi, że ci ludzie, poruszeni jakimś silnym, zbiorowym odruchem, dźwignęli się gromadnie dla obrony własnego interesu, któremu prywatny handel zagraża, że zapragnęli stworzyć nową formę ekonomicznej obrony, wyzwać na rękę dawny ekonomiczny porządek, którego dobrodziejstwa, dla ogólnej masy spożywców, stają się coraz bardziej wątpliwe.

Spółdzielczość to lekarstwo przeciw truciźnie prywatnego handlu – i jego demoralizującym metodom. Ale lekarstwo musi się różnić smakiem od trucizny, musi się różnić od niej swym składem chemicznym, aby uzdrowić zagrożony organizm.

Co byśmy powiedzieli o lekarzu, który, uproszony przez rodzinę chorego o zmianę lekarstwa, zmieniłby tylko imię środka, nie zaś jego treść wewnętrzną. Otóż my, zamieniając sklep prywatny na spółdzielczy, jeżeli nie zaniechamy sprzedaży na kredyt, zmieniliśmy tylko etykietę sklepu. Zamiast być własnością jednego kupca, staje się on własnością wspólną kilkunastu ludzi, lecz ani zadaniu idei spółdzielczej nie czyni zadość, ani jest w stanie moralnie i materialnie członków swoich wyzwolić – a już najmniej przyczynić się do zmian w obecnym wadliwym ustroju ekonomicznym.

Sklep spółdzielczy kredytujący członkom – to instytucja chybiająca celu na całej linii – a w pierwszym rzędzie winna ciężkiego wykroczenia przeciw szczęściu, dobrobytowi, godności i swobodzie pojedynczych członków. To bankructwo idei spółdzielczej – i na to bankructwo my sami ją narażamy. Sklep spółdzielczy zachowujący przywary prywatnego handlu, pobłażający tym słabościom natury ludzkiej, które kooperatyzm powołany jest usunąć – to nonsens wierutny i wstydliwa ironia!

Jeżeli sklep stowarzyszenia nie wdraża członków w porządek, w liczenie się z dochodem w chwili rozchodowania, nie uczy ich najprostszej rachunkowości w życiu, nie ułatwia możności oszczędzania, nie wyzwala z jarzma długu, takie stowarzyszenie mija się z podstawowym zadaniem kooperatyzmu, albowiem nie wychowuje jednostki ludzkiej w celach samopomocy i osobistego wyzwolenia.

Gdyby każdy z członków stowarzyszenia, przystępując do założenia spółki spożywczej, rozumiał choć w części, do jak odradzającej siebie i społeczeństwo roboty przykłada rękę – na pierwszym miejscu ustawy zamieściłby paragraf zabraniający kredytowania w sklepie.

Przypatrzmy się, czym taki paragraf, ściśle przestrzegany, może być w skutkach dla każdego poszczególnego członka.

Zaprowadza od razu konieczność ładu w budżecie jego dochodów i wydatków.

Chroni od ulegania pokusie kupowania wówczas, gdy w kasie jego prywatnej świecą pustki.

Czyni zadłużanie się niemożliwym.

Obowiązek kupowania za gotówkę, stawiając stowarzyszenie w pomyślnych finansowych warunkach, wpływa: l) na wyższą dywidendę każdego z członków, 2) na możność sprowadzania towarów w większych ilościach, a więc z pierwszej ręki, co w rezultacie zapewnia członkom higieniczniejsze, tańsze i lepsze warunki spożycia.

A jeżeli z drugiej strony weźmiemy pod uwagę, że dług równa się co najmniej nałogowi pijaństwa, że się brnie w długi z tą samą zawrotną i zrozpaczoną łatwością, z jaką się ulega coraz cięższemu zalkoholizowaniu; że jedno i drugie to prostopadła pochyłość, po której, jeżeli raz się zaczniemy staczać, stoczymy się na samo dno nędzy, upadku i spodlenia, jeżeli uświadomimy sobie, że jak wódka – dług osłabia wolę, odporność, możność odwrotu, zabija energię, godność, a zarazem duchową i wewnętrzną swobodę człowieka – to będziemy patrzyli na stowarzyszenia spożywcze, które skasowały u siebie kredyt, z tym samem poszanowaniem, z jakim odnosimy się do ratunkowej misji towarzystw trzeźwości.

Spełniwszy te zadania, kooperatyzm daje zaledwie drobny dowód swej wysokiej zdolności wychowawczej.

Zadaniem stowarzyszeń spożywczych jest ułatwiać robotnikom robienie oszczędności, przyzwyczaić ich do tego, nagromadzać z tych oszczędności jak największe kapitały, ażeby następnie je użyć na zakładanie własnych warsztatów i fabryk. Kredyt spożywczy to wróg oszczędności, w samym zarodku podcina on nasze dążenia ku lepszej przyszłości, nie pozwalając zebrać większych kapitałów gromadzkich dla walki z kapitałem prywatnym. Narzekamy na wyzysk piekarzy, a jak się od nich uwolnić, jeżeli nie będziemy mieli w spółce dosyć pieniędzy na założenie własnej piekarni? Narzekamy na wyzysk kamieniczników, a jak się ich pozbyć, jeżeli nie będzie za co budować domów spółdzielczych, których sami będziemy właścicielami i lokatorami?

Z kapitałem walczyć trzeba za pomocą kapitału – wie to już dobrze nauczony doświadczeniem robotnik zachodnioeuropejski. Dlatego tak skrzętnie gromadzi własne zasoby w swoich stowarzyszeniach spożywczych i związkach zawodowych. Z biedakiem się nie gada, nie umawia, dyktuje mu się swoje warunki bez zastrzeżeń, bo się wie z góry, że przyjąć je musi, jeżeli nie chce umrzeć z głodu. Zasobny robotnik może traktować o korzystne warunki dla siebie i uzyskać je – czego dowodem wynik ostatniego strajku angielskich węglarzy.

O ile poczucie niezależności pieniężnej, towarzyszące wyzbyciu się długów, wnosi do rodzin zarobkujących atmosferę swobody, spokoju, porządku i godności – o tyle możność gromadzenia oszczędności, którą stowarzyszenia spożywcze w tak znacznej mierze ułatwiają swym członkom, daje każdemu zarobkującemu człowiekowi większą łatwość wyzwalania się z zależności pracodawców i zdobywania dla siebie coraz lepszych warunków pracy.

Abyśmy mogli stać się sami dla siebie kupcami i fabrykantami, uniezależnić się od obcych – musimy stać się kapitalistami, a do tego droga jedna: oszczędzać, przestać żyć na kredyt!

II

Od moralnych i materialnych strat, które każdy z członków z osobna ponosi przez system kredytowania, przejdźmy do tych, które zagrażają życiu i pomyślności całego stowarzyszenia.

Kredyt udzielany członkom:

1) pochłaniając i wycofując z obiegu znaczną część kapitału – zagraża materialnej podstawie spółki, hamuje jej rozwój;

2) stawia ją w gorszych warunkach przy zaprowidowaniu się w towary. Chroniczny brak dostatecznej gotówki w kasie zniewala zarząd do robienia zakupów w mniejszej ilości, do zaopatrywania się u kupców z drugiej i trzeciej ręki, czyli w artykuły gorsze, droższe; nie pozwala być wybrednym w wyborze towaru ani też uzyskać korzystne przy kupnie warunki;

3) kredytujące klientom stowarzyszenie, zmuszone samo zadłużać się u swoich dostawców, wykracza przeciw podstawowej zasadzie, przeciw samej racji bytu spółdzielczości: popada w zależność od prywatnego handlu, kiedy kooperatyzm powstał po to tylko, aby prywatny handel znieść pomału, zastąpić go wyższą zasadą, lepszymi metodami, doskonalszą formą wymiany.

Kredytujące stowarzyszenie jest przeto niedorzecznością z punktu widzenia kooperatyzmu! Jest najcięższym wykroczeniem przeciw duchowi spółdzielczości: podcina mu skrzydła, zawiązuje ręce, pozbawia go siedmiomilowych butów, którymi, jak olbrzym w bajce, mógłby szybciej obejść świat dookoła, a nade wszystko zabija pierwiastek ruchu, będący jego racją i celem: opóźnia wyzwolenie i usamowolnienie spożywcy.

Cóż znaczy zadłużenie się jednostki w prywatnym sklepiku w porównaniu do stowarzyszenia zadłużonego u swoich dostawców? W pierwszym wypadku mamy tylko do czynienia z nieszczęśliwym człowiekiem, który zaplątał się w matnię, gdy tymczasem zadłużone stowarzyszenie, z winy lekkomyślnych, nieuczciwych członków, dla kilku ludzi nieumiejących rachować się i liczyć z tym, co wydać mogą, wikła się w długi i czyni odpowiedzialnym za nie całe zrzeszenie. Ludzi tęgich, uczciwych, rachunkowych, porządnych, wypłacających się wzorowo, najlepszych swoich członków takie stowarzyszenie oddaje na pastwę długów cudzych, każe im odpowiadać spokojem życia i mieniem za winy lekkomyślnych, nieuczciwych niedołęg!

I wówczas nawet, kiedy spółka nie upada doszczętnie i daje sobie jakoś radę, w podwójnym jarzmie dłużników i wierzycieli – to zazwyczaj wegetuje tylko. Nie wzbudza zaufania w ludziach postronnych, skutkiem czego nie powiększa ani liczby swoich członków, ani cyfry swego obrotu.

Przy niepomyślnych warunkach handlowych, wywołanych brakiem obrotowego kapitału, małą ilością członków, zadłużeniem stowarzyszenia, rzecz prosta, że dywidendy schodzą do minimum, rezerwy bardzo nieznacznie narastają. Stowarzyszenie zaskrzepło, nie żyje, a wlecze bezduszny żywot: o własnej wytwórczości ani może marzyć. Zahamowane zostało w nim naturalne prawo rozwoju, które przysługuje wszystkiemu, co żyje istotnie.

Stała się po prostu rzecz następująca. Zaczęto budować drabinę współdzielczą, której tylko pierwszym szczeblem miał być sklep spożywczy, jako środek ułatwiający powstanie wspólnego majątku stowarzyszenia, za pomocą którego może się dopiero rozwinąć długi szereg instytucji kooperacyjnych, w rodzaju drobnej pomocniczej wytwórczości, kas zapomóg i przezorności, instytucji oświatowych, składów, hurtowni i fabryk własnych, wreszcie, jak to miało miejsce w Anglii, nabyć zamorskie plantacje herbaty, kawy oraz posiąść własną współdzielczą flotę handlową.

Wówczas spożywca stałby się prawdziwym panem rynku, panem normalnej produkcji i wymiany, wówczas nad skromnym budżetem zarobkującego ludu nie mogłaby zacięży

znienacka samowolnie stwarzana plaga drożyzny.

Jak drobny kamień, leżący na gładkim gościńcu, przyprawi o ciężki upadek i zwichnięcie nogi podróżnego, co nie pozwoli mu zdążyć przed nocą do upragnionego celu, tak drobna na pozór przyczyna: owo zbyt łatwe udzielanie kredytu członkom, staje się kamieniem obrazy i upadku dla całego ruchu spółdzielczego.

Cóż z tego, że stowarzyszenie spożywcze powstało; cóż, że kredytując członkom, nie-członkom i zarządowi wegetuje? – kiedy zbiorowego majątku nie wytwarza, kiedy niepodobna doszukać się w nim tej znamiennej roboty spółdzielczej, która prowadzi do wyzwolenia z zależności od prywatnego kapitału!

Robota drabiny zatrzymała się na pierwszym, chwiejącym się szczeblu!

A ileż z tego samego mętnego źródła płynie powikłań natury technicznej!

W stowarzyszeniu pozbawionym gotówki wskutek sprzedaży na kredyt przepada procent i dywidenda.

Kredyt wymaga zaprowadzenia dodatkowych książek i kont rachunkowych, zatrudnia kontrolę i powiększa koszty. Cierpi na tym sprawność całej gospodarki spółki i otwiera się źródło nadużyć dla sklepowego. Między nim a kredytowiczami rozpoczynają się nieustające konszachty, z czego wynika nieraz taka gmatwanina w rachunkach, że najbieglejszy lustrator nie jest jej w stanie rozplątać ani dojść z niej prawdy. Cóż dopiero mówić o licznych wypadkach, gdzie sam zarząd korzysta z kredytu? I jakiż może być sposób kontroli, jeżeli zarząd czyni nadużycia kredytowe na swoją rękę?

Spółka kredytująca członkom to taki sam tandetny moralnie i materialnie sklepik, jak ten, w którym kramarz frymarczy na rogu; gorszy, bo wytwarza w najwyższym stopniu demoralizującą sytuację: kosztem tych, co kupują za gotówkę, faworyzuje kredytowiczów:

Człowiekowi, który, korzystając z kredytu, skompromitował i zachwiał po części interes stowarzyszenia, może być obojętne, czy dostanie mało albo żadnej dywidendy, czy mu przepadnie procent od udziału, bo udział swój i dywidendy wybrał towarami w ciągu roku, a nieraz i więcej. Ale brak dywidendy i nieotrzymanie procentu od włożonych pieniędzy odczują dotkliwie, jako niezasłużoną krzywdę, ci członkowie, którzy za swoje sprawunki płacili gotówką. Odczują oni swoją krzywdę tym bardziej, jeżeli w dodatku, przy zamknięciu rocznego bilansu spółki, przyjdzie im odpowiedzieć, choćby częścią swego udziału za niedobory, których sprawcami byli inni lekkomyślni.

Tak wygląda zemsta sponiewieranej solidarności, zemsta wysokiego ideału, na którym wsparło się społeczną pracę odrodzenia. Za wypuszczenie jednego paragrafu z szeregu ogniw, które miały ująć całą robotę, muszą z konieczności odpowiadać wszyscy członkowie stowarzyszenia na zasadzie wiążącej ich solidarności. Zemsta słuszna i zasłużona! Pociąga bowiem do odpowiedzialności tych członków, w których poczucie porządku i obywatelskości jest już wyrobione – pociąga ich za to, że nie zdobyli się na dosyć energii, aby wyrzucić ze stowarzyszenia kredyt, który ruiną stowarzyszeniu zagrażał, który zamiast słabych, lekkomyślnych, nieuświadomionych społecznie bronić przeciwko samym sobie, prowadzi ich fatalnie do zguby.

III

W ostatniej swej książce pt. „Kooperatywa jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego” E. Abramowski pisze:

„Warunkiem niezbędnym dla pomyślności kooperatywy jest ścisłe przestrzeganie tego prawidła, ażeby sprzedawać tylko za gotówkę. Kooperatywa, która sprzedaje na kredyt, musi sama żyć kredytem w stosunku do swoich dostawców, a wtedy najmniejsze niepowodzenie handlowe może ją łatwo doprowadzić do bankructwa”.

Jest to prawda, której nikt nie zaprzeczy, jak również żaden uczciwie czujący i myślący członek stowarzyszenia nie będzie przeczył, że zaciąganie długów, życie na kredyt, obniża moralny poziom człowieka, pozbawia go swobody umysłu i niezależności, zamienia w krętacza, nie śmiejącego spojrzeć w oczy swym wierzycielom, a nieraz z najuczciwszego człowieka, którego wadą mogła być tylko lekkomyślność, robi złodzieja.

Mało to ludzi ucieka, wyprowadza się w dalekie strony z powodu długów, nie mogąc ich zaspokoić. Ile w bilansach stowarzyszeń figuruje takich sum – dłużników-uciekinierów – odpisanych na straty! A przecież zarządy, sklepowi i członkowie w większości stowarzyszeń, jakkolwiek przyznają zgubny wpływ i wyniki kredytowania, obstają uparcie przy twierdzeniu, że kredyt zniesionym być nie może. Zapytywani o przyczyny, odpowiadają szeregiem argumentów, których wartość musimy bliżej rozpatrzyć.

Powiadają nam:

1) Taki już zwyczaj. Klienci przywykli do korzystania z kredytu w prywatnym handlu odpadną od nas i w ogóle nie dadzą się pozyskać, jeżeli każemy im płacić od razu gotówką.

2) Klient, który od kupca przeniósł się ze swymi zapotrzebowaniami do stowarzyszenia, obraża się, jeżeli mu się odmawia kredytu; odpowiada z oburzeniem, że jest go przecie „na czym patrzeć”.

3) Dalsza trudność polega na tym, że większość naszej klienteli to ludzie zarobkujący, którzy otrzymują swoje wypłaty w dłuższych odstępach.

4) Co robić zresztą w czasach bezrobocia, kiedy ojciec rodziny siedzi w domu bezczynny?

5) Albo wówczas, gdy leży złożony chorobą?

Wszystkie te dowodzenia miałyby niejaką wartość, gdyby kooperatyzm nie był szkołą solidarności, czyli wzajemnej pomocy, gdyby prócz gromadzenia oszczędności w rękach zarobkujących warstw ludu nie miał jeszcze na celu wychowania swych członków na całkowitych, niezależnych ludzi, gdyby nie zmierzał do tego celu drogą zrzeszenia, do którego prawo wstępu posiadają silni i słabi, zdolni i tępi, roztropni i lekkomyślni, zaradni i niedołężni.

Na pierwszy argument odpowiemy, że zadaniem stowarzyszenia nie jest schlebiać złym nałogom i obyczajom, lecz je tępić, odzwyczajać od nich ludzi. Nie wolno zapominać, że ruch spółdzielczy jest ruchem postępowym, reformatorskim, ma on podnieść dobrobyt mas zarobkujących, ich oświatę i kulturę przez krzewienie nowych zdrowych zasad. W walce ze złem, jakiem jest życie na kredyt, mamy dużo drobnych środków przejściowych, jako to: 1) ograniczenie wysokości kredytu dla każdego i ścisłe przestrzeganie terminów płatności, zwężając stopniowo i jedno, i drugie aż do zupełnego zniesienia kredytu; 2) zniesienie procentu od udziału tym, którzy wybierają go na kredyt; 3) mniejsza dywidenda od zakupów dla kredytowiczów niż dla tych, którzy brali tylko za gotówkę; 4) pobieranie procentów jak przy pożyczkach w kasie, od sumy wybranej w towarach na kredyt, a nie zapłaconej w terminie itd., itd.

Ale najlepszy, najgodniejszy środek – to zacząć poprawę od razu od samego siebie – powiedzieć sobie stanowczo: od dziś nic nie będę brać na kredyt i nakłaniać będę do tego swoich współtowarzyszy.

Są teoretycy ekonomiści, którzy utrzymują, że w zrzeszeniach przepada i ginie jednostka. Twierdzenie to jest dowodem zapoznania samej istoty indywidualności ludzkiej, która, jak każda inna siła w przyrodzie, musi – mocą wewnętrznej energii – torować sobie drogę i ujawnić się w skutkach.

W związkach i stowarzyszeniach siły ludzkie wyważają się najdokładniej. Poznając się z bliska, ludzie wyczuwają wzajemnie swe uzdolnienia, wiedzą, w jakim kierunku czyje uzdolnienie wykorzystać – i jeżeli gdzie, to w związkach i stowarzyszeniach indywidualna zdolność znajduje najodpowiedniejsze zastosowanie i przepaść nie może. Tu dopiero staje się prawdziwą siłą, bo dobroczynną i z konieczności promieniującą! Dzielny człowiek, pojedynczy członek stowarzyszenia, oddając swą energię i zdatność na usługi interesów ogółu, służy jednocześnie i sobie, i swoim interesom, i swojej korzyści. Albowiem solidarność to nieskończenie długa i cudowna wstążka, która umie powiązać dwie rzeczy pozornie najsprzeczniejsze na świecie: interes osobisty z interesem ogółu. Dlatego w człowieku oddanym sprawom zrzeszenia nie ginie ani na chwilę, ani też nie słabnie prężność tej najgłówniejszej pobudki wszelkich czynów ludzkich, jaką jest szukanie szczęścia własnego w osobistej korzyści. Tylko że ta pobudka w nim szlachetnieje, przerasta samą siebie, bo wyrasta już nie na samym gruncie własnej, ciasnej zagrody, ale na nieobjętej roli ludzkiego braterstwa.

Wynika z tego, że nie ma trudności, których byśmy wspólnymi siłami obejść i pokonać nie mogli. Każda trudność w zrzeszeniu może być tylko chwilową. Może polegać na nieporozumieniu, na zaporach zewnętrznych, które czas i cierpliwość nasza zwyciężą; pochodzić z niewyrobienia, z nieświadomości, z braku przygotowania członków, ale od czegóż są tamci silni i oświeceni, jeżeli nie po to, żeby swego światła nie chować „pod korzec”.

W zrzeszeniu każdy musi coś ze swoich darów drugiemu udzielić: z doświadczenia, z wiedzy, z środków obrony. Przeto i my dzisiaj zwracamy się do najrozumniejszych, najświatlejszych członków stowarzyszeń, mówiąc im: Weźcie się rzetelnie do zniesienia kredytu w waszych spółkach!

Klientom zbałamuconym łatwością kredytu w prywatnym handlu trzeba wytłumaczyć, na czym polega różnica między nim a handlem spółdzielczym. Trzeba, żeby raz przecie zrozumieli, iż kupiec prywatny tracić nie może, że ma tysiące sposobów odbicia na nich lub na reszcie klientów tego, co kredytując, mógł stracić, że sobie to wynagrodzi na cenie, gatunku, ilości sprzedanych towarów: nawet procent mu nie przepadnie. Otóż do takich sposobów się uciekać stowarzyszenie spożywcze nie ma prawa: to, co stowarzyszeniu zadłużeni klienci nie zwrócą – to raz na zawsze przepadło – i odbije się zniżką dywidendy dla każdego członka. Nie o to więc chodzi, czy członka jest lub nie ma na czym patrzeć, ale o samą zasadę solidarności, która każe odpowiadać wszystkim za każdego. Stąd w stowarzyszeniu nie może być różnic ani wyjątków – musi być najskrupulatniej przestrzegana demokratyczna zasada równości praw wszystkich. Dodajmy do tego, iż niejednokrotnie zostało stwierdzone, że nie ubodzy członkowie zarywają stowarzyszenia, lecz właśnie ci, których było na czym patrzeć i którym dlatego zarządy i sklepowi zaufali zbyt wiele. Wynika z tego, że ubogi człowiek odpowiada i płaci swym ciężko zapracowanym groszem za zbytki i nieuczciwość zamożnych.

Gdzież się wobec tego podziała sprawiedliwość i równość, gdzie te korzyści kooperacji, które miały podnieść dobrobyt biedaków?

Powiadają nam jeszcze, że klient zadłużony w sklepie prywatnym nie może przenieść się do stowarzyszenia, póki kupcowi długu swego nie uiści, a jeżeli w dodatku spółka odmówi mu kredytu, nigdy go już ze szponów handlarza nie uwolni ani na członka nie pozyska. I na to znalazłaby się rada!

O ile ten człowiek przedstawia gwarancję wypłacalności, każde stowarzyszenie pożyczkowe udzieli mu paru rubli pożyczki na pokrycie dawnego długu, z tym żeby go w oznaczonych terminach spłacał ratami. A potem, kiedy zapisze się na członka stowarzyszenia spożywczego – stowarzyszenie pomoże mu do robienia oszczędności.

Dla członków, którzy otrzymując wypłaty w dłuższych odstępach, nie umieją sami pieniędzy przechowywać, proponujemy, aby prócz udziału wnosili od razu kilka rubli z góry na rachunek towarów, które między jedną wypłatą a drugą będą zmuszeni wybrać i tak dalej przy każdej wypłacie, aż nauczą się dobrze z groszem rozliczać.

Punkt czwarty i piąty wymagają osobnego rozwiązania. Tu się okazuje, jak dalece konieczną jest rzeczą dla każdego członka stworzyć sobie pomału, to co Niemcy nazywają „Notfonds” – czyli rezerwę na wypadek naglącej potrzeby.

Olbrzymie robotnicze stowarzyszenie „Produktion” w Hamburgu znalazło na to sposób. Nie wypłaca wcale dywidendy członkom, póki ona nie wzrośnie do wysokości udziału, czyli do 30 marek (mniej więcej 14 rb.). I dalej również jej nie wypłaca póty, póki się nie zbierze na rachunku członka 100 marek rezerwy, na wypadek choroby, bezrobocia etc. Po dziś dzień wpłynęło takich rezerw członkowskich do kas „Produktion” 1 306 935 marek, z których wypłacono w naglących wypadkach 624 148 marek pożyczek. Środek prosty, do naśladowania łatwy, zabezpieczający zbiorowy interes stowarzyszenia, a wraz zapewniający materialny spokój rodzinom robotników w dniach moralnego udręczenia.

Naszym zdaniem członkowie wówczas dopiero będą ciągnęli prawdziwe korzyści ze swoich stowarzyszeń, kiedy zaczną je uważać za kasy oszczędności, w których żaden grosz nie przepada, a przeciwnie: pomnaża się i rośnie; kiedy każdy wydatek będą się starali załatwiać w swoim własnym sklepie, który faktycznie płaci procent nie tylko od udziałów, tj. od włożonych, zaoszczędzonych pieniędzy, ale i od wydatków w stosunku do ich wysokości. Tego żaden sklep prywatny, żaden bank nie dokaże. Wreszcie dopiero wówczas zacznie się dobrze dziać członkom, kiedy każdego kredytowicza uważać będą za szkodnika w gospodarce stowarzyszenia, a zarazem za wroga interesów prywatnych każdego z członków z osobna.

Jesteśmy krajem ubogim, żyjącym w wyjątkowo ciężkich warunkach. Aby w tych warunkach istnieć, jako ludzie, a tym bardziej, aby się podnosić, trzeba zdwojonego wysiłku i energii. Największą możność po temu, największy jej zasób mają ludzie młodzi. Niechże to wykażą, zaprowadzając porządek w swoim budżecie domowym. Podłożą przez to najtrwalszy fundament pod gospodarkę swego codziennego życia. W równowadze pomiędzy dochodami a wydatkami ubogich ludzi mieści się jakaś godność i rzetelność życiowa – źródło wielu cech dodatnich i zalet społecznych, które decydują o podwójnej sile wzrostu zdrowych społeczeństw. Ale tę rzetelność i godność potrafią wyrobić w swych członkach te tylko stowarzyszenia, które skasują u siebie sprzedaż na kredyt.


 

Powyższy tekst to cała broszura (nie sygnowana niczyim nazwiskiem), Wydawnictwo „Społem”, Warszawa 1912. Ze zbiorów Remigiusza Okraski.