Polska spółdzielczość spożywców [1938]

Cyfry dotyczące naszej rodzimej spółdzielczości /…/ nie są wystarczające, aby czytelnik mógł plastycznie zobaczyć i bardziej osobiście poznać tę dziedzinę polskiego życia. Ruszmy więc, bodaj wyobraźnią, w małą podróż po Polsce spółdzielczej, obiekcie turystycznym słabo znanym, choć niesłychanie ciekawym.

Zacznijmy od „Społem”, największego przedsięwzięcia spółdzielczego naszej ojczyzny.

Centrala „Społem”, znajdująca się w Warszawie przy ulicy Grażyny 13, nie może się jeszcze poszczycić zespołem gmachów, ani zachwycająco pięknym, ani dostatecznie dla swych rosnących potrzeb i celów obszernym. Stosunkowo skromna główna siedziba władz, biur i składów tej organizacji została za to zbudowana w czasach niewoli (r. 1912), więc stanowi świadectwo wysiłku naszych sfer ludowych, podjętego i zrealizowanego w czasach, gdy ruch spółdzielczy spotykał się nie z tak napastliwymi atakami, jakie cierpi dziś od swych rodaków, ale z bardziej realnie przeszkadzającymi w rozwoju szykanami obcych władz. Wojna i związane z nią, albo wynikłe z niej kryzysy gospodarcze nie pozwalały długo na dalsze wznoszenie projektowanych zabudowań, a konieczność wytężonej pracy nad organizacją ruchu w całym kraju sprawiła, że dopiero w bieżącym roku podjęta została budowa nowych gmachów centrali. Pod tym względem „Społem” nie szło w ślady wielu naszych innych instytucji publicznych, dbających bardziej o wspaniałość i reprezentacyjność swych central niż o rzeczywistą solidność i powszechność swych osiągnięć w samym nurcie codziennego życia polskiej zbiorowości.

„Społem” zaś tymi właśnie powszechnymi i codziennymi, coraz dalej i coraz głębiej sięgającymi osiągnięciami szczyci się nade wszystko.

„Społem” działa w podwójnym charakterze: jako związek rewizyjny i związek ideowy, kontrolujący, lustrujący, organizujący i propagujący działalność ruchu, oraz jako hurtownia, w której się spółdzielcze sklepy zaopatrują. W obu tych postaciach zrzesza wyłącznie typową kooperację spożywców. I tylko wyjątkowo, na skutek pojawiania się ciągle nowych form spółdzielczości, co do których nie zawsze od razu wiadomo, w jakim związku rewizyjnym powinny się znaleźć, należą do Związku „Społem” także pewne specjalne spółdzielnie (np. popularna spółdzielnia krawiecka „Inicjatywa” w Warszawie).

Spółdzielni spożywców było w Polsce do końca 1937 roku 1812. Z tych do Zw. Rew. „Społem” należało 1436. Pozostałe z tych lub owych przyczyn zarejestrowane są w innych związkach rewizyjnych. Także jednak i te spółdzielnie zaopatrują się w hurtowni „Społem”, gdyż to jest jedyna w Polsce hurtownia stowarzyszeń spożywców.

Działalność „Społem” rozciąga się tak samo na wieś jak i na miasto, przy czym w ostatnich latach notowany jest szybszy wzrost liczby spółdzielni wiejskich niż miejskich. Spośród ogólnej liczby 324500 członków spółdzielczości spożywczej, 43% stanowią rolnicy, 32,5% robotnicy, resztę – inne zawody pracownicze.

Wiejskie spółdzielnie „Społem” należą przeważnie do typu jednosklepowego. Spółdzielnie miejskie i w okręgach przemysłowych – przeważnie do typu wielosklepowego, to znaczy, że jedna i ta sama spółdzielnia otwiera w miarę swego rozwoju coraz to nowe filie, przypisując do nich członków z danej miejscowości czy dzielnicy miejskiej.

Najsilniejsze spółdzielnie wielosklepowe posiadają Łódź, Pabianice, Białystok, Lida, Żyrardów, Borysław, Częstochowa, Sandomierz i Poznań, oraz okręgi przemysłowo-górnicze śląski i sosnowiecki.

Każdy z tych przodujących ośrodków ruchu spółdzielczego posiada szczególne, sobie właściwe cechy, którymi wybija się, stanowiąc w danej dziedzinie wzór dla innych.

Więc Śląsk ze swymi 30 i pół tysiącami zorganizowanych spółdzielców (rodzin) szczyci się dużą przedsiębiorczością handlową i urozmaiconym, wciąż rozszerzanym zakresem zaspakajanych potrzeb. Tamtejsze spółdzielnie, a zwłaszcza najsilniejsze z nich, „Konsum Pracowniczy” w Chorzowie, „Konsum Kolejowy” w Katowicach, i „Konsum Śląski” w Dąbrówce Małej-Szopienicach [dziś dzielnice Katowic – przyp. R. O.] dostarczają swym kilkunastu tysiącom członków niemal wszystkiego, co wchodzi w zakres codziennych potrzeb rodziny robotniczej. „Konsum Śląski” prowadzi nawet własny skład apteczny i do kompletu wszelkiego rodzaju sklepów brak mu jeszcze tylko księgarni.

W śląskich spółdzielniach rozwijają się też dość wydatnie drobne zakłady wytwórcze albo przetwórcze. Śląsk nie stanowi pod tym względem wyjątku, gdyż spółdzielni prowadzących drobną produkcję, obliczoną na zapotrzebowanie sklepów, jest w Polsce 180, a samych takich zakładów mamy około 230. Ale „Konsum Śląski” jest jedyną spółdzielnią spożywców, posiadającą takich drobnych wytwórni znaczną ilość. Prócz piekarni i masarni prowadzi on fabryczkę wody sodowej, kwasów owocowych i lemoniad, rozlewnię piwa, palarnię kawy i wędzarnię śledzi.

Śląskie sklepy spółdzielcze zwracają też uwagę wybitnie pięknym urządzeniem zarówno wnętrz, jak i wystaw okiennych, nie ustępując pod tym względem najwytworniejszym sklepom prywatnym. O ładzie i czystości nie mówię, gdyż to są rzeczy z każdym rokiem surowiej przestrzegane we wszystkich sklepach spółdzielczych.

Śląsk wypłaca też swym członkom największe „zwroty od zakupów” [kwota nadwyżki zysków nad kosztami spółdzielni była na koniec roku dzielona przez liczbę jej członków i wypłacana w postaci równych kwot dla każdego – przyp. R. O.], mniej natomiast uwagi poświęcał dotąd celom oświatowym i kulturalnym. Wyjątek pod tym względem stanowiła zawsze nieduża, czysto robotnicza spółdzielnia w Biertułtowach [dziś dzielnica Radlina – przyp. R. O.]. Dziś i reszta ruchu śląskiego wyrównuje stopniowo zaniedbania, pochodzące z czasów, gdy był on z imienia raczej niż z istoty swojej spółdzielczym.

Kooperacja Zagłębia Sosnowiecko-Dąbrowskiego wyrosła w tradycjach lat 1904-1906 z ich powszechnym wówczas i samorzutnym pędem środowisk robotniczych ku oświacie i kulturze. Góruje ona też nad innymi doskonale zrozumianym i obserwowanym duchem spółdzielczym. Wypłaca się tam niewysokie zwroty od zakupów, natomiast znaczna część nadwyżek sklepowych przeznaczana bywa na cele ogólne. I nie tylko zawsze materialne. Wiele spółdzielni posiada tam bądź bibliotekę, bądź świetlicę i czytelnię pism, często – jedno i drugie. Wszędzie urządzane są odczyty, pogadanki, wieczory dyskusyjne i towarzyskie, wycieczki itp.

Sklepy Zagłębia szczycą się wysokim stopniem wierności swych członków, którzy dokonują w nich nieraz i do 80% swoich zakupów domowych. Stąd i obroty z nie-członkami stanowią w wielu z nich tylko znikomy procent ogólnego utargu. Taką samą wierność okazują z kolei sklepy swojej hurtowni „Społem”. Nierzadkim jest wypadek, że większość asortymentu sprowadzana jest za pośrednictwem „Społem”, zaś artykuły własnej produkcji „Społem” sprowadzane są chętnie i obficie. Podczas kiedy spółdzielnie śląskie przejawiają jeszcze pewne zamiłowanie do hurtowników i wytwórców prywatnych. Co prawda zaopatrują się one w znacznie większą rozmaitość i bogactwo artykułów, znajdują się więc częściej w położeniu, kiedy nie mogą poprzestać na produktach „Społem”, ani nawet na „Społem” jako na hurtowniku.

Prócz wielkiej i starej (r. założenia 1906) spółdzielni „Powszechnej” w Sosnowcu z jej 18 sklepami oraz blisko milionem złotych obrotów rocznie, na czoło spółdzielczości Zagłębia wysuwa się „Zgoda” w Piaskach [dziś dzielnica Czeladzi – przyp. R. O.] i szybko rozwijająca się młoda (r. założenia 1918) spółdzielnia „Społem” w Niwce [dziś dzielnica Sosnowca – przyp. R. O.], mająca już dziś 11 sklepów i z górą 800000 zł. rocznego obrotu. Sięga .ona swą ekspansją na teren Górnego Śląska, potwierdzając tym samym, że instytucje przez sam lud i samo społeczeństwo tworzone zdolne są najszybciej i najlepiej zespalać z sobą dawne zabory. Bardzo sprawnie pracuje również „Robotnik” w Niemcach [dziś w granicach Sosnowca – przyp. R. O.] ze swymi 8 sklepami i 600000 zł obrotów rocznie. A w gruncie rzeczy, każda z 21 spółdzielni spożywców Zagłębia zasługiwałaby pod jakimś względem na wzmiankę i wyróżnienie. Na to jednak, niestety, nie możemy sobie tutaj pozwolić.

Największą w Polsce spółdzielnią spożywców jest „Powszechna” w Łodzi. Prowadzi ona 84 sklepy kolonialno-spożywcze, piekarnię i ciastkarnię, 3 sklepy masarskie, sklep bławatny, skład opalowy i sklep warzywniczo-nabiałowy. Ma 16 tysięcy członków i dokonuje z nimi obrotów rocznych na sumę 7 i pół miliona zł. Jest jedyną dotąd w Polsce spółdzielnią, która ze swych dochodów zakupiła odpowiedni lesisty teren i wybudowała na nim dom kolonii letnich na 200 dzieci swych członków.

Łódzka „Powszechna” odznacza się wyjątkowo żywą działalnością swych „komitetów sklepowych”, których czujną i baczną opiekę znać w jej sklepach na każdym kroku. Dzięki wysokiemu uświadomieniu i członków i zarządów jest ona jedną z nielicznych spółdzielni, którym udało się niemal zupełnie wyrugować zgubną sprzedaż na kredyt. Uwzględnia go się tylko w stosunku do bezrobotnych i to z nadzwyczaj skrupulatnym przestrzeganiem terminów i nieprzekraczalności pewnych maksymalnych norm kredytowania. Założona w r. 1913 przez żywioły zbliżone do Narodowego Związku Robotniczego, „Powszechna” łączy dziś ludzi wszystkich poglądów, stanowiąc doskonałą i jedyną w swoim rodzaju szkołę zgody w naszym niezgodnym społeczeństwie.

To samo da się powiedzieć o kooperatywie „Społem” w Pabianicach, liczącej około 4 tysięcy członków, prowadzącej 23 sklepy i dokonującej z górą półtora miliona złotych obrotu rocznie. Jak wszystkie silniejsze spółdzielnie, również i pabianickie „Społem” nie poprzestaje na prowadzeniu tylko sklepów kolonialno-spożywczych, lecz stara się otwierać coraz nowe działy zaopatrywania. Posiada więc sklepy: włókienniczy, naczyń emaliowanych, szkła i fajansów, materiałów piśmienniczych itp. Również i wędliniarnia tej spółdzielni mieści się w osobnym lokalu, bardzo pięknym i higienicznie urządzonym. Biura, piekarnia, masarnia i tabor przewozowy znajdują się we własnych nadzwyczaj schludnie utrzymanych budynkach, tak że pod tym względem pabianickie „Społem” ustępuje może jedynie Katowicom. Ale też tak urządzoną choćby stajnię, jak stajnia Konsumu Śląskiego nie wiem czy łatwo byłoby drugą w ogóle w Polsce znaleźć. Pabianice szczycą się za to skromną innowacją w tej dziedzinie, mianowicie własnego pomysłu wozem do chleba, jakoby szczególnie dogodnym i celowym.

Pięknie rozwijająca się spółdzielnia ,Zjednoczenie” w Białymstoku, istniejąca od roku 1919, liczy około 2100 członków, posiada 22 sklepy i 1650000 złotych rocznego obrotu.

Znamienną cechą tej spółdzielni jest, że członkowie jej prenumerują wielką ilość egzemplarzy „Spólnoty”, bo aż 1220. Zatem przeszło połowa członków czyta prasę spółdzielczą, a takim procentem członków prenumeratorów żadna spółdzielnia, prócz Żyrardowa i dwu małych kooperatyw robotniczych na Górnym Śląsku (Biertułtowy i Rydułtowy) poszczycić się nie może, a przynajmniej do niedawna nie mogła.

Dodajmy nadto, że białostockie ,Zjednoczenie”, założone w mieście, gdzie życie gospodarcze, a zwłaszcza handel detaliczny jest w jeszcze większym stopniu niż gdzie indziej w rękach niepolskich, szybko zdobyło sobie wielką popularność w sferach zarówno robotniczych, jak i inteligenckich. Zespół jego pięknych i nowoczesnych sklepów zwraca ogólną uwagę, wyróżnia się z pomiędzy handlów prywatnych i znany jest najszerszej publiczności. Zakupy członków stanowią w nim 61% ogólnego obrotu – co nie jest cyfrą dostateczną.

W województwie warszawskim nie Warszawa, lecz Żyrardów szczyci się najsilniejszą i doskonale prowadzoną spółdzielnią spożywców. Jego „Powszechna” ma 2567 członków, prenumeruje 1750 egzemplarzy „Spólnoty”, prowadzi 17 pięknych sklepów, obraca rocznie półtora milionem złotych, przy tym obrotów tych dokonuje w 80% z członkami. Pod tym względem Żyrardów góruje znacznie nad Białymstokiem, góruje nad większością dobrych kooperatyw i wysuwa się na czoło najlepszych. Bo nie sztuką jest robić milionowe obroty, gdy się handluje pół na pół z członkami i z postronną publicznością; sztuką jest prosperować i rozwijać się, zaopatrując wyłącznie albo chociaż prawie wyłącznie członków. Świadczy to bowiem i o dużej wierności samych stowarzyszonych i o harmonii podstaw gospodarczych spółdzielni z jej stanem organizacyjnym. Co prawda Żyrardów to środowisko robotnicze świadome i wyrobione. Odbija się to na charakterze i poziomie spółdzielni, a wzajemnie ułatwia i spółdzielni wywieranie wpływu na poziom i materialny i duchowy warstw pracujących Żyrardowa.

Spółdzielnia „Jedność” w Lidzie wydaje mi się z tego powodu ważna, że jest ona dotychczas największą z wysuniętych w dalsze kresy wschodnie kooperatyw „Społem”. Liczy 1264 członków, posiada 9 sklepów, robi obrotów rocznie na sumę 1190.000 złotych, z czego 63% – z członkami. Zakupów hurtowych dokonywa w 52% za pośrednictwem hurtowni „Społem”.

Spółdzielnia „Zgoda” w Poznaniu liczy blisko 30000 członków, prowadzi 51 sklepów i dokonywa rocznie obrotu na sumę blisko 4000000 zł. Jest więc trzecią co do wielkości obrotów po łódzkiej „Powszechnej” i „Konsumie Śląskim”. Zakupy członków stanowią w niej 62% obrotów, zakupy w Związku „Społem” — 41% ogólnego asortymentu sklepów.

Spółdzielni wielosklepowych i mających powyżej tysiąca, a nieraz i po parę tysięcy członków, jest w Polsce więcej. Wymieniłam tylko ich część, a przede wszystkim te, które miałam szczęście sama oglądać. Żałuję, że nie mogę mówić o wszystkich. I że nie mogę też zatrzymywać się na poszczególnych wiejskich spółdzielniach jednosklepowych, które stanowią większość stowarzyszeń spożywców, należących do „Społem”. Widziałam z nich niejedną w różnych okolicach kraju, bądź na Mazowszu koło Makowa, bądź w powiecie brzezińskim woj. łódzkiego, bądź w Gaci i Markowej koło Przeworska, bądź na Śląsku Cieszyńskim lub wreszcie w szeregu powiatów Lubelszczyzny. Ponieważ nie mogę ich wszystkich opisywać, wspomnę jeszcze tylko o dwu środowiskach wiejskich, w których spółdzielczość szczególną odegrała rolę.

Jednym z nich jest ogólnie znany, opisywany i zwiedzany Lisków. Spółdzielcze instytucje Liskowa zostały, jak wiadomo, stworzone niepożytą energią księdza Wacława Blizińskiego [obszerny tekst o spółdzielczej działalności ks. Blizińskiego znajdziesz tutaj – przyp. R. O.]. Oparł on się na sile własnej woli oraz na środkach, które potrafił wydobyć spoza swej wsi z najrozmaitszych instytucji czy ugrupowań, sięgając aż do emigracji amerykańskiej. Tym Lisków różni się od wszystkich innych ośrodków naszej spółdzielczości. I z tego też powodu w doświadczonych działaczach spółdzielczych budzi on wątpliwości, a już co najmniej obawy, czy to piękne dzieło przetrwa swego założyciela. Spółdzielnie Liskowa nie należą do „Społem”, tylko do Związku spółdzielni rolniczych i zarobkowo-gospodarczych. Najciekawszą ich stroną jest, że swe poważne fundusze kładą w podniesienie kulturalne wsi. Nigdzie też tak efektownie jak w Liskowie nie rzuca się w oczy fakt, że współdziałanie może z nędznej wioski uczynić prawdziwie elegancką miejscowość. Lisków z jego kamiennymi chodnikami, z doskonale wybrukowanymi i oświetlonymi elektrycznością ulicami, z całym zespołem szkół, pocztą, wręcz wspaniałymi gmachami swych warsztatów i spółdzielni – czyni trochę wrażenie jak gdyby snu na jawie.

Ciekawym, a nawet wzruszającym ośrodkiem spółdzielczości, budowanej „od dołu” siłami, środkami i pomysłem samych gospodarzy jest miasteczko Sterdyń na Podlasiu. Znajduje się tam spółdzielnia spożywców „Jedność”, zrzeszająca wiejskich gospodarzy z najbliższych wsi w liczbie około 400. Skromna ta spółdzielnia potrafiła jednak w trzech czwartych zastąpić swoim członkom prywatnych sklepikarzy, u których zaopatrywali się oni dotychczas. „Jedność” prowadzi nie tylko dział spożywczo-kolonialny, ale także dział zakupu i zbytu płodów rolnictwa i hodowli, dział pomocy rolniczych i piekarnię. Nadto wszyscy jej członkowie są zarazem członkami miejscowej mleczarni spółdzielczej i Kasy Stefczyka. Trzy te spółdzielnie wzajemnie się wspierają i ściśle ze sobą współpracują. To czyni z nich rodzaj kombinatu, łączącego spółdzielczość spożywców z kooperacją rolniczą. /…/

Tak oto w pobieżnym zarysie wygląda zorganizowany rynek naszych spożywców, dla którego „Społem” jest centralą organizacyjną i kontrolującą, hurtownią i producentem. O siłach dynamicznych i szybkości rozwoju tego ruchu niech świadczy, że gdy przed kilku miesiącami, przygotowując ten rozdział, umieściłam w nim cyfrę 1436 spółdzielni należących do „Społem”, to dziś, w chwili oddawania tej pracy do druku, dowiaduję się, że według najostateczniejszych statystyk do „Społem” należy już 1624 spółdzielń. Nie ulega wątpliwości, że w tym samym stosunku wzrosły i wszystkie inne cyfry dotyczące rozwoju „Społem”. /…/

Jak widzieliśmy, stowarzyszenia należące do Związku „Społem” nie zaopatrują się wyłącznie w jego, a tym samej ich własnej, hurtowni. Spółdzielnie korzystają pod tym względem z tej swobody wyboru, która jest podstawą istnienia i rozwoju spółdzielczości, nie dopuszczającej w swoich organizacjach żadnego przymusu ani nakazu. Wierność wobec własnej hurtowni jest wypadkową działania rozmaitych czynników, z których najważniejszymi i zdolnymi przeważyć inne niesprzyjające okoliczności, są dwa: stopień uświadomienia spółdzielczego poszczególnych stowarzyszeń, oraz wartość artykułów produkcji „Społem” i solidność dostawy wszelkich w ogóle produktów.

Oba te, czynniki działają coraz silniej na korzyść „Społem”. Świadomość społeczna spółdzielców, w miarę jak rozszerza się oświata fachowa i powszechna, nie maleje, lecz rośnie. Artykuły, wyrabiane przez „Społem”, cieszą się wzrastającym powodzeniem, a spółdzielnie uczą się stopniowo cenić „Społem” jako dostawcę towarów nie tylko spółdzielczej, ale wszelkiej produkcji. Będąc hurtownikiem wszechstronnym, dostarczającym każdego rodzaju artykułów potrzebnych sklepom, „Społem” zmniejsza znacznie kłopotliwość drobnych zamówień z różnych źródeł, rzecz cenna zwłaszcza dla wiejskich spółdzielń przy naszych drogach i środkach lokomocji. Dogodność zakupu wszystkiego w jednej hurtowni zmniejsza też i koszty handlowe, a solidność i rzetelność dostaw hurtowni spółdzielczej wyłącza prawie możliwość strat, na które sklepy przy dostawach prywatnych często bywają narażone i co handel prywatny odbija sobie potem na kieszeni klientów.

Te właściwości „Społem” sprawiają, że i wierność stowarzyszeń wobec własnej hurtowni wzmaga się z każdy rokiem. I gdy w pierwszym roku istnienia hurtowni stowarzyszenia związkowe zakupywały w „Społem” przeciętnie 17% swego asortymentu, dziś nabywają w nim przeciętnie 45% towarów, przy czym większość sklepów b. zaboru rosyjskiego, bardziej zżytych i dawniej związanych z warszawską hurtownią, zaopatruje się w niej w 70%, a nierzadko w 90%. W roku 1937 „Społem” dostarczyło swoim spółdzielniom towarów na sumę 90 milionów złotych. Ogólny kapitał obrotowy „Społem” wynosił w tymże czasie 108 milionów złotych. Związek ten posiada dotychczas 31 prowincjonalnych oddziałów oraz 30 składnic towarowych, 2 agencje handlowe i 9 składów towarów monopolowych (sól i tytoń). Wszystko to mieści się we własnych nieruchomościach, których wartość sięga w tej chwili 5 milionów złotych.

Koroną niejako Związku „Społem” jest jego wytwórczość i jego import towarów kolonialnych.

Dział wytwórczości „Społem” daleki jest jeszcze od rozmiarów spółdzielczej produkcji angielskiej czy szwedzkiej. Może się jednak pochwalić bardzo ładnymi wynikami, zwłaszcza gdy zważymy, że produkcję tę rozpoczęto ledwo przed 18 laty.

Najstarsze zakłady przemysłowe „Społem”, otwarte w roku 1920, znajdują się w Kielcach. Stanowią one piękny i nadzwyczaj czysto utrzymany zespół fabrycznych budynków, leżący nieco za miastem wśród zieleni. Znajdują się tu przede wszystkim zakłady chemiczne, wyrabiające wszelkie rodzaje mydła od szarego i prostego aż do najwytworniejszych toaletowych, dalej wszelkie pasty i proszki do czyszczenia (ostatnio, produkujące nawet proszki i pasty do zębów, wodę kolońską itp.). W innym dziale mamy tu wyrób higienicznego octu i musztardy, rozlewnię oliwy, wytwórnię zwijek do papierosów, torebek firmowych, pudełek i wszelkiego rodzaju opakowań dla poszczególnych sklepów i dla produktów „Społem”. Widziałam też przy tych zakładach wcale dobrze urządzone laboratorium chemiczne, gdzie młody uczony chemik przeprowadza badania jakości produktów, zarówno wytwarzanych przez „Społem” jak i zakupywanych przez hurtownię od prywatnych dostawców. W tymże laboratorium obmyślane są i recepty każdego artykułu, do którego wyrobu „Społem” zamierza przystąpić. Wartość produkcji zakładów kieleckich dosięgła w roku 1937 sumy 4600000 złotych.

Zakłady wytwórcze „Społem” we Włocławku produkują wszelkiego rodzaju słodycze, takie jak czekolada, cukierki (w 200 blisko gatunkach i smakach), biszkopty, marmolady, powidła, galarety i soki owocowe. Roczna wartość produkcji fabryki włocławskiej sięga półtora miliona złotych.

O jakości wszystkich produktów „Społem”, więc i kieleckich i włocławskich, mówić mogę z czystym sumieniem, gdyż widziałam od początku do końca jak się z nich każdy przyrządza. Nadto, będąc członkinią warszawskiej spółdzielni „Zjednoczenie”, używam produktów „Społem” w moim domu, a nie należę do ludzi mało wybrednych. Oczywiście, że czekolada czy biszkopty „Społem” nie mogą się na razie ubiegać o tę sławę wyrafinowanych smaków, jaką zyskał, dajmy na to, Wedel czy inna pierwszorzędna firma tego rodzaju. Są to jednak rzeczy przyrządzane umiejętnie, w warunkach nieskazitelnej czystości, z dobrych surowców bez żadnych, nawet nieszkodliwych dla zdrowia, zafałszowań. Zważmy przy tym, że sfery pracownicze, które kupują dziś czekoladę albo cukierki „Społem”, nie jadały nigdy świetnych wyrobów Wedla, a jeśli używały dotychczas jakich słodyczy, to najpośledniejszego, wręcz trującego rodzaju, sprzedawanych po ulicach, jarmarkach, odpustach i brudnych sklepikach. Toteż niedrogie, a zdrowe i pewne słodycze Włocławka są szczególniej dla dzieci robotniczych prawdziwym dobrodziejstwem. Od siebie zaś dodam, że powidła i marmolady owocowe „Społem” nie tylko nie ustępują prywatnym wyrobom tego rodzaju, ale większość ich smakiem i gatunkiem przewyższają.

Kończąc te pochwały, wyglądające na jedną z reklam, jakie wraz z fotografiami wygłaszających je mniej lub więcej znanych osób umieszczane są niekiedy w oknach sklepów, a będące jedynie wyrazem bezinteresownego mojego zachwytu i podziwu, dodam, że trzecim przedsiębiorstwem wytwórczym „Społem” jest młyn w Sokołowie Podlaskim. Założony w roku 1932 miele on 52000 kwintali zboża rocznie, dostarczając na razie spółdzielniom jeszcze tylko pewien odsetek mąk i kasz spółdzielczego przerobu. Do wytwórczych zakładów Związku należą również „Przemysłowe Zakłady Rybne w Gdyni” (wędzarnia i konserwy rybne), prowadzone początkowo wspólnie z kooperatywą rybaków, a w roku bieżącym przejęte na własność „Społem. Niebawem zaś w Dwikozach pod Sandomierzem otwarta ma zostać wytwórnia kwaszonej kapusty i ogórków oraz innych tym podobnych konserw codziennego użytku.

Co uderza zwiedzającego zakłady wytwórcze „Społem”, to warunki pracy i stosunki z robotnikami. I Kielce i Włocławek mają piękne, jasne, doskonale przewietrzane hale pracy. Nie są to miejsca, z których człowiek rad by uciekał, pełen współczucia dla trudzących się w marnym otoczeniu ludzi. Przeciwnie, chciałoby się tam zostać i stanąć do tej roboty wśród światła i czystości. Nie zdziwiłam się też wcale, zastawszy we włocławskiej przygotowalni galaret owocowych córkę dyrektora warszawskiego gimnazjum spółdzielczego, która po ukończeniu szkoły ogrodniczej wdrażała się do zajęcia, każdemu przydać się mogącego. Biało i niebiesko przyodziani robotnicy mają wygląd zdrowy i pogodny. Są pewni swego losu – fabryki „Społem” nie zmniejszały i nie redukowały swego personelu nawet w okresie najcięższego kryzysu. Zapewniają one swym wszystkim pracownikom coroczne płatne dwutygodniowe urlopy, dnie świąt, przypadające w tygodniu, liczone są za dnie pracy, norma płac stara się być o ile możności cokolwiek wyższa niż przewidziana przez związki zawodowe. Oba zakłady posiadają świetlice, gdzie odbywają się zebrania, zabawy, odczyty, koncerty i przedstawienia. Są też sale jadalne, gdzie robotnik spożywa przyniesiony z domu obiad, mając możność odgrzać go na miejscu. W obu zakładach wydaje się gorącą herbatę, a Kielce przystąpiły też do wydawania gorących posiłków. Zapewniona jest oczywiście i doraźna pomoc w nagłych wypadkach, a podręczne apteczki znajdują się wszędzie na miejscu.

Współżycie robotników i personelu zarządzającego wydaje się być jak najbardziej koleżeńskie i przyjacielskie. Dyrektorzy oraz inżynierowie zakładów „Społem” biorą czynny udział w życiu towarzyskim, sportowym i społecznym robotników. Wzajemne zaufanie i szczerość zdają się tu być zupełne, tym bardziej, że i możność osobistego poznania się jest większa niż gdzie indziej. Prawie wszyscy bowiem robotnicy zakładów „Społem” pracują w nich po kilka lat, wielu – od początku ich istnienia lub niewiele krócej. Wypadków porzucania pracy z samej tylko chęci szukania poprawy losu prawie że nie ma. Na odwrót – robotnicy prywatnych przedsiębiorstw Kielc i Włocławka ubiegają się o miejsce w fabrykach „Społem”, jak o szczególny awans życiowy.

Zważywszy na to wszystko, można powiedzieć, że jeśli jest jakaś szczypta racji w narzucanych gdzie indziej, a popularyzowanych i u nas pomysłach ustroju korporacyjnego, to zakłady wytwórcze spółdzielczości spożywców z ich nie idealnym, ale bądź co bądź daleko idącym uzgodnieniem interesów przedsiębiorcy z interesami pracownika są tych pomysłów jedynym racjonalnym i rzetelnym realizatorem. Tylko że ludzie szukają swego dobra wszędzie, ale nigdy nie tam, gdzie ono się istotnie pojawia.

Niezależnie od, przedsiębiorstw zakładanych i prowadzonych na własną rękę, „Społem” zużytkowuje dla swych potrzeb wytwórczość prywatną, w każdym wypadku, kiedy to się okazuje możliwe i pożyteczne. W taki to sposób zawarta została umowa z paru drobnymi wytwórcami mechanicznymi pończoch i trykotarzy w Aleksandrowie Łódzkim, mocą której „Społem” zobowiązało się nabywać część ich urobku, stemplowaną odtąd marką fabryczną Związku stow. spożywców. Świadczy to dobitnie o pozytywnym charakterze ruchu spółdzielczego, który nie tylko nie jest skłonny niszczyć cokolwiek, ale przeciwnie, jeśli tylko może przedsiębiorczość prywatną uczynić pożyteczną dla ogółu i wciągnąć w zadania spółdzielcze, to ją wspomaga i byt jej umożliwia.

Jeszcze ciekawszą i bardziej zgodną z ideałami spółdzielczymi jest próba innego rodzaju. Jak mianowicie wiadomo, jednym z trudniejszych i bardziej ryzykownych działów produkcji przemysłowej jest włókiennictwo. I w tej dziedzinie jednak „Społem” postawiło już pierwsze kroki, z przezorną ostrożnością, jaka cechuje wszelkie poczynania tej organizacji. Nie otwierając na razie własnych zakładów, które opłacałyby się tylko podjęte na wielką skalę, niewspółmierną jeszcze do potrzeb naszego rynku spółdzielczego, „Społem” weszło w porozumienie z małą kooperatywą wytwórczą grona robotników, którzy zdołali wspólnie nabyć i uruchomić w Pabianicach 16 mechanicznych warsztatów tkackich. Spółdzielnia ta wytwarza teraz szereg tkanin bawełnianych i wełnianych wyłącznie dla „Społem”, które w ten sposób zapewnia istnienie tej formie spółdzielczości, jaka w dawnych czasach, nie mając zapewnionego rynku, okazywała się zawsze skazana na bankructwo.

Te wszystkie spółdzielcze formy prowadzenia lub zużytkowania produkcji przemysłowej usposabiają do marzeń, przewidywań i… proroctw. Nastręcza się myśl, że przyszła organizacja produkcji, gdy przestanie ona być – a to nastąpi bez wszelkiej wątpliwości – monopolem, przywilejem i źródłem nieograniczonych fortun dla nielicznych jednostek, wyglądać będzie prawdopodobnie w następujący sposób. Przemysł wojenny i ciężki należeć będzie zapewne do państwa. Być może również kopalnie. Inne rodzaje przemysłu posiadane i prowadzone będą przez kooperatywy bądź drobnych rolników, bądź drobnych wytwórców z zapewnieniem obu tym formom produkcji rynku zorganizowanych spożywców, bądź wreszcie przez jeden lub kilka związków tychże spółdzielń spożywców. Życie, oczywiście, stworzy jeszcze inne formy pokrewne, kombinowane, pochodne. A tak widzimy, że organizacja przemysłu, podjęta na korzyść nie garści pojedynczych jednostek, lecz na pożytek ogółu, może przynieść co najmniej takie same jak dotąd, a być może znacznie większe bogactwo i urozmaicenie form pracy i przedsięwzięć, o których nudę i skoszarowanie tak się obawia indywidualistyczny kapitalizm. Wszystko to stanie się jednak możliwe tylko o tyle, o ile strychujący wszystko do jednolitości stada ideał wszechwładzy źle zrozumianego państwa nie zniszczy cudnych możliwości swobodnie organizującego się do zadań zbiorowych człowieka.

Przejdźmy jednak z powrotem na grunt realny, by dowiedzieć się, że ogólna wartość produkcji „Społem” wyniosła w 1937 roku 7600000 złotych i z wyjątkiem młyna w Sokołowie, który w ostatnim roku pracował z uszczerbkiem, w żadnym dziale nie przyniosła strat, a w wielu znaczne nadwyżki.

Ale rzecz na produkcji się nie kończy. Jest jeszcze jeden dział, stanowiący prawdziwą chlubę Związku Stowarzyszeń Spożywców. Mam na myśli przeniesioną przed dwoma laty z Łodzi do Gdyni tzw. paczkarnię „Społem”. Skromna ta nazwa oznacza import i przyrządzanie do handlu detalicznego towarów kolonialnych. Paczkarnia mieści się w solidnym, pięknie i nowocześnie urządzonym własnym gmachu, zbudowanym na państwowych gruntach portu w Gdyni. Sortuje się tam owoce południowe, pakuje się albo miele pieprz, cynamon, wanilię, goździki i tym podobne zamorskie przyprawy, przyrządza wszelkiego rodzaju mieszanki herbaty, kawy i kakao według smaków zaleconych przez wypróbowanych kiperów, tych niejako mistyków zmysłu smaku. Wyznaję, że pobyt w tej „paczkarni”, owianej wielką przestrzenią morza i rozbłyskanej światłem jego wód, przenikniętej woniami egzotycznych smakołyków, a romantycznej od widoku masztów, żagli, kominów i dźwigarów polskiego portu w ogromnych oknach – zakręcił mi nieco w głowie i przejął rzadkim u mnie uczuciem radości i dumy z pracy moich rodaków. Zwłaszcza, kiedy mi pokazano rachunki, księgi, faktury. Gdy zobaczyłam, że wszystkie te specjały „Społem” sprowadza na własną rękę zza morza. Gdy stwierdziłam, że ten mało znany ogółowi Związek Stowarzyszeń Spożywców jest dziś największym spośród polskich importerów, jeśli idzie o dział koloniałów, których przywóz przed wystąpieniem na widownię „Społem” prawie całkowicie znajdował się w rękach żydowskich.

Ogólna wartość importu „Społem” wynosi około 6 milionów złotych rocznie, a nad jakością sprowadzanych produktów czuwają agenci hurtowni, osobiście udający się za morze dla dokonania zakupu odpowiednich gatunków na miejscu. Jeden z tych młodych ludzi, dziś wybitny fachowiec w zagranicznym handlu spółdzielczym, opowiadał mi, że gdy parę lat temu pojechał do Hiszpanii zamówić transport pomarańczy dla „Społem”, otoczyli go inni przybyli z Polski agenci „pomarańczowi” i patrzyli na niego jako na cudo czy dziwo z bajki, pierwszy raz bowiem widzieli pośród siebie importera z Polski nieżydowskiego pochodzenia.

Ten piękny, a w ostatnich latach nawet szybki rozwój wymiany i produkcji spółdzielczej pozwolił na otwarcie w roku 1930 banku „Społem”. Bank ten prócz centrali w Warszawie i oddziału w Łodzi, posiada w całym kraju 80 przedstawicielstw, czynnych przeważnie przy znaczniejszych spółdzielniach spożywców. Do połowy roku 1937 instytucja ta zgromadziła około 4 milionów oszczędności robotniczych i udzieliła 4 i pół miliona kredytu organizacjom i przedsiębiorstwom spółdzielczym. Udziałowcami banku „Społem” są wszystkie centrale spółdzielcze, związki zawodowe, stowarzyszenia pracownicze i 200 silniejszych spółdzielni. Jest to instytucja młoda i w porównaniu z innymi bankami jeszcze drobna, lecz mająca dobre, a nade wszystko pewne (o ile jest coś pewnego w dzisiejszym świecie) widoki na przyszłość.

Związek „Społem” posiada również wydział ubezpieczeń na starość dla swych pracowników i robotników, nadto ubezpiecza należące doń spółdzielnie od ognia i kradzieży na ogólną sumę około 31 milionów złotych.

Obraz tej działalności nie byłby pełny, gdybyśmy nie rzekli paru słów o akcji kulturalnej i wychowawczej. Związek Spożywców redaguje dwa pisma dla dorosłych – miesięcznik „Społem” i dwutygodnik „Spólnota” [stan w momencie pisania tekstu – w poprzednich latach „Spólnota” była przez długi okres tygodnikiem, zaś „Społem” dwutygodnikiem – przyp. R. O.], który, gdy zaczynałam pisać tę pracę, miał 48 tysięcy prenumeratorów, a w chwili gdy ją kończę ma ich już 50 tysięcy. Prócz tego na użytek spółdzielni szkolnych wydawane jest pismo „Młody spółdzielca”, liczące dopiero drugi rok istnienia i rozchodzące się już w ilości 2800 egzemplarzy. Związek wydaje nadto „Sprzedawcę Spółdzielczego” – jedyne tego rodzaju pismo fachowe dla pracowników sklepowych. Liczba kursów dokształcających i przeszkalających pracowników spółdzielczych wyniosła w 1937 r. 355, a liczba słuchaczy tych kursów około 14000. Ilość tych kursów oraz ich frekwencja rosną wydatnie z każdym rokiem, tak samo jak zapotrzebowanie na książki i broszury spółdzielcze, których w r. 1935 wydano łącznie 85 tysięcy egzemplarzy, a w roku 1937 już 151 tysięcy egzemplarzy.

Związek „Społem” oraz należące do niego spółdzielnie zatrudniają dziś, nie licząc władz spółdzielczych, około 7 tysięcy pracowników, stanowiąc tym samem poważną i z każdym rokiem .chłonniejszą pozycję jako pracodawca o wciąż rosnących możliwościach zatrudnienia. Udział Związku „Społem” w ogólnym handlu Polski wynosi dla niektórych produktów 16%, dla innych 2% (kawa) do 9%. Przeciętny udział „Społem” we wszystkich transakcjach handlowych Polski wynosi 6%. A pamiętajmy, że to jest udział jednego przedsiębiorstwa i że takim udziałem żadne inne pojedyncze przedsiębiorstwo handlowe pochwalić się nie może.


Powyższy tekst stanowi fragment rozdziału „Poprzez Polskę spółdzielczą” książki autorki pt. „Ręce w uścisku. Rzecz o spółdzielczości”, Wydawnictwo J. Mortkowicza, Warszawa 1938. Książka ta poświęcona była popularyzowaniu spółdzielczości, omówieniu jej celów, zasad i dorobku w Polsce i na świecie, a także obaleniu mitów i odparciu ataków na spółdzielczość. Od czasu pierwotnej edycji nie była dotychczas wznawiana. Tekst udostępnił, uwspółcześnił pisownię i opatrzył wyjaśnieniami oraz sporządził notę o autorce Remigiusz Okraska.

Maria Dąbrowska (1889-1965) zapisała się w historii Polski jako wybitna pisarka i w takim charakterze funkcjonuje w świadomości społecznej. Znacznie mniej znanym, a dziś niemal całkowicie zapomnianym aspektem jej biografii jest wieloletnia działalność społeczna, której najważniejszym elementem było wspieranie spółdzielczości. Zainspirowana dorobkiem Edwarda Abramowskiego, już jako studentka zainteresowała się Dąbrowska spółdzielczością i od około roku 1910 datuje się jej intensywny związek z ruchem kooperatywnym. Oddała mu wielkie usługi przede wszystkim jako utalentowana popularyzatorka, choć nie stroniła także od mniej efektownej działalności organizacyjnej. Opublikowała kilkadziesiąt artykułów w prasie spółdzielczej oraz podobną ilość tekstów propagujących kooperatywy na łamach czasopism społeczno-politycznych. Jest także autorką kilku broszur i książek poświęconych spółdzielczości: „Finlandia – wzorowy kraj kooperacji” (1913), „Kooperatyzm we wsi belgijskiej” (1913), „Spółdzielczość zwyciężająca. Dzieje angielskiej hurtowni stowarzyszeń spożywców” (1920), „Sprawa mieszkaniowa a kooperacja” (1921) oraz „Ręce w uścisku” (1938). Pośrednio taką tematykę poruszała również w pracach „Życie i dzieło Edwarda Abramowskiego” (1925) i „Rozdroże. Studium na temat zagadnień wiejskich” (1937). Tematyka spółdzielcza pojawiła się również na kartach jej utworów literackich – „Noce i dnie”, „Przygody człowieka myślącego”, „Pielgrzymka do Warszawy”, „Gałąź czereśni”. Książka „Ręce w uścisku” powstała w reakcji na nasilające się ataki prawicy liberalnej, zarzucającej ruchowi kooperatywnemu „bolszewizowanie”. Praca ta powstała w oparciu o szereg podróży do spółdzielni w całej Polsce. Po II wojnie światowej Dąbrowska krytycznie oceniała PRL-owską upaństwowioną spółdzielczość. Dopiero po roku 1956 sporadycznie współpracowała z prasą spółdzielczą, zamieszczając w niej teksty wspomnieniowe o przeszłości i ideałach przedwojennego ruchu kooperatystów.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.