O spółdzielczości w Liskowie [1937]

Po głowie proboszcza błąkały się różne myśli i projekty, chodził po wsi, coś sumował, nosił w sobie; jakieś myśli w nim dojrzewały, z którymi się dzielił po cichu przed najbliższymi: księdzem Wtorkiewiczem, wikariuszem i poczciwym nauczycielem Lipińskim. Spiskowano w trójkę o rzeczach ważnych: co mianowicie najpotrzebniejsze we wsi; co może największe korzyści przynieść chłopu? Różne były zdania; stanęło na tym, że najkonieczniejszy jest sklep własny, spółkowy. Bo, tłumaczono sobie, ile to straty czasu na jarmarczenie, na włóczęgi po miasteczkach z byle czym i po byle co. Weźmie kobiecina parę osełek masła, chudą gąskę pod pachę i idzie z tym parę kilometrów; za nią podąża chłop; czasem coś pędząc przed sobą a czasem nie. Wyzbędą się swojego towaru (a dzieci na opiece boskiej, nieraz wzniecają pożar, puszczają z dymem całą wieś), tedy jedno w jedną stronę, drugie w drugą: kobieta po żydowskich sklepikach, chłop skręca tam, gdzie w kieliszki przedzwaniają – do karczmy, dla „rozgrzania duszy”. Powrót „na wesoło”, by w domu podnieść burzę; dzieciom wygarbować za nic skórę, nierzadko jąć się do żoninych pleców, póki nie legł na wyrko. Na drugi dzień dopiero ogarnia czarna rozpacz, bowiem okazuje się, że jest goły jak turecki święty: co dostał w garść na jarmarku, to i na jarmarku w karczmie zostawił. Kobieta krasi jedzenie boskim słowem, gdyż na co innego nie stać.

Szale na korzyść sklepu przechyliły i inne jeszcze względy. Pierwszym z nich – warunki polityczne. Sklep – to sklep; najmniej ściągał na siebie podejrzeń władz; mógł być czymś w rodzaju klubu, w którym można by urządzać cichaczem, bez zwrócenia uwagi węszących za „kramołą” strażników zebrania z udziałem proboszcza. Cóż, czasy były takie; rząd paraliżował wszelkie ruchy. A do sklepu wolno każdemu przyjść, wolno mu pogawędzić za swoje trzy grosze. Ów sklep to miał być pozór, za którym kryła się robota społeczno-oświatowa. Ks. Bliziński, w swym króciutkim rysie historycznym pierwszej spółdzielni liskowskiej, tak pisze: „…tam, powiedzieliśmy sobie (tj. ks. Bliziński, wikariusz, ks. Wtorkiewicz i nauczyciel Lipiński, najbliżsi powiernicy), będziemy mogli co najmniej bezkarnie schodzić się na pogawędki, radzić i omawiać różne bolączki i potrzeby życia wiejskiego”.

Było rzeczywiście nad czym radzić, zważywszy chociażby wysoce niezdrowe stosunki w urzędzie gminnym mającym siedzibę w pobliskim, o cztery kilometry oddalonym, Strzałkowie.

Pisarz, typ spod ciemnej gwiazdy, krętacz i awanturnik, spijał się na czarny kamień ze „starszym” i żandarmami; grube ryby powiatowej biurokracji kaptował sobie kubanami i był z nimi za pan brat; rządził w gminie niczym w na pół udzielonym paszałyku. Gdzie tam sienkiewiczowski Zołzikiewicz. Przerastał tamtego nie o jedną, ale o wiele głów. Zołzikiewicz straszył naiwną Rzepową „morskim sądem”, ten nawet nie uciekał się do pozorów. Broił co chciał, wodził za nos wójta, kręcąc – niezgorszym może chłopem, lecz z wbitym ćwiekiem dobrodziejstw cara w głowie – jak kukłą. Z gminiaków darł siódmą skórę. Mógł; ciemny lud bał się urzędników jak ognia. Wszak mieli możność zawsze naprowadzić na kark biedę.

A pisarz szelma miał posłuch nawet u naczelnika powiatu i trudno z nim było walczyć. On odwdzięczał się proboszczowi pięknym za nadobne: rył, rozsiewał nieprawdopodobne plotki, byle pokrzyżować plany. Sekundowało mu paru ciemnych chłopów, nastraszonych jako że sprzedadzą gospodarki tym, co przystąpią do spółki. Mówiono: „wyjdzieta bez portek”; a to znowu sklepikarz Żyd, przewidując co się święci, kładł wiejskim kobiecinom w głowę różności.

Wbrew szkodnikom powziętą myśl założenia sklepu doprowadzono do szczęśliwego końca. Na początku zgłosiło się trzydziestu pięciu chętnych. Niewielu spośród nich szczerze było przejętych ideą spółdzielczości, całkiem obcą na wsi, ledwie się przyjmującą w miastach. Według relacji ks. Blizińskiego zaledwie 12 okazywało rzeczywiste oddanie, reszta – ano, proboszcz naciskał, kładł w głowę, to i przystąpił, bez zrozumienia podstaw ideowych organizacji. Wyszło szydło z worka, gdy należało złożyć dziesięciorublowe udziały.

– Widać było – powiada ks. Bliziński – po twarzach wielu, z jaką niechęcią, z jakim żalem dawali te pieniądze; mówiły ich oczy: „masz, proboszczu, te 10 rubli, skoro tak namawiasz, ale już ja ich więcej oglądać nie będę, chyba przy jakim parafialnym interesie: przy pogrzebie, ślubie, potrącę sobie”.

Zebrało się od członków trzysta pięćdziesiąt rubli; sklepowy złożył 100 rb. kaucji, naturalnie proboszcz dla przykładu 50 rb.; w ten sposób powstał kapitał wynoszący razem 500 rubli. Zdobyto pieniądze; wyłaniała się kwestia: jaką formę prawną obrać. Spółdzielczość w Polsce przechodziła okres ząbkowania: gdzieś tam istniały jakieś spółdzielnie: „Jutrzenka”, „Merkury”, w większych miastach, owszem, ruch nabierał rozmachu, lecz każda z powstających placówek rządziła się swoim statutem; jednolitego statutu, mogącego stanowić wzór, nie wypracowano. Rozesłano więc listy do różnych pism ludowych w poszukiwaniu wzoru. Na próżno: napłynęły grzeczne odpowiedzi, budujące słowa, ale co do wiejskich spółdzielni, to o takich nie słyszano. Pozostawało przysiąść fałdów i samemu ułożyć statut. Tak się też stało. Dla uniknięcia kosztów tudzież uciążliwej procedur, nie dokonano wymaganej prawem rejestracji członków u rejenta, ominąwszy ją w ten sposób, że świadectwo przemysłowe (patent), wykupiono na subiekta sklepowego, wziąwszy od niego odpowiednie zabezpieczenie. Mieszkanie wynajęto na pomieszczenie sklepu na wikariatce, za co spółka (stanowiąca według tego, co widzimy, prywatny ściśle i wolny związek ludzi, bez ubrania go w oficjalne formy prawne) obowiązała się płacić na rzecz kościoła 3 ruble miesięcznie.

W dniu 13 stycznia 1902 roku dokonano otwarcia sklepu; był on pierwszą placówką ekonomiczną w Liskowie, bodaj czy nie najpierwszą tego rodzaju w całej Kongresówce na wsi. Otrzymała nazwę uplastyczniającą jej charakter, a mianowicie: spółka rolniczo-handlowa.

„Gospodarz”

Jak on się gospodarzył, ów „Gospodarz”? Zobaczymy to zaraz z rachunków stanowiących zwierciadło gospodarki oraz rozejrzawszy się w pierwszych posunięciach odbijających w sobie rzeczowość poczynań. Widzimy więc, że z początku szło jak po grudzie. Różne się na to składały przyczyny, a przede wszystkim niezrozumienie myśli przewodniej wśród mieszkańców wsi, no i „serdeczni przyjaciele” zgrupowani koło osoby sklepikarza, pragnącego z miejsca ukręcić łeb groźnemu konkurentowi. Wśród samych spółdzielców też nie grzeszono zgodną współpracą; jedna partia chciała mieć sklepowym miejscowego organistę, druga – do tej należał proboszcz – parła, by sklep objął p. Lipiński. Doszło szczęśliwie do porozumienia, mocą którego subiektem został p. Lipiński, kandydat proboszcza. Organista pozostał przy organach. Niedługo wyszły nowe spory na plac. Wójt, człowiek nie tyle zły, ile tańcujący podług muzyki pisarza, wespół z czteroma innymi gospodarzami usiłowali rozbić stowarzyszenie. Czuć było w tym plugawą rączkę pana pisarza (mającego z proboszczem na pieńku o różne sprawki i spraweczki). Nie powiodło się dzieło. Zamiast rozbicia doczekali się wykreślenia ze spółki.

Radykalny ten krok poskutkował i sprawy poszły gładziej; szczęśliwie przebrnięto pierwszy rok istnienia. Był on pomyślnym. Sklep w tym roku miał obrotu 4125 rb. 77 kop. W tym też roku poza sumą wykazaną w obrocie sklepowym sprowadzono dla członków nawozów sztucznych za 220 rb., nasion za 60 rb. Obliczenie noworoczne wykazało, że wartość sklepu podniosła się z 500 rb. do 723 rb. 42 kop., a mianowicie:

W towarach wynosiła: 455 rb. 60 kop.

Na kredycie: 93 rb. 40 kop.

Gotówka w kasie: 174 rb. 42 kop.

Razem: 723 rb. 42 kop.

Ten wynik wywołał wśród członków radosne zdumienie. Jak to – mówiono między sobą – towary kupowaliśmy dobre, lepsze niż w sklepiku prywatnym, uczciwie odważone, odmierzone i jeszcze taki grosz zysku?! Wątpiący nabrali otuchy, wierzący dworowali z usuniętych strachajłów, co to medytowali w skrytości ducha: A nuż, szelma żółtek, ma rację, a nuż gospodarką przyjdzie beknąć za tę spółkę? Natrząsano się z wójta i pisarzowych popleczników: Pewnikiem was żółtek ufetował, dlategośta odeszli?

– Ba – podrwiwali drudzy – dał im główkę cebuli, dzwonko śledzia i okowity namoczonej na tureckim pieprzu.

– Juści co mu odsłużą w szabas: bachory przewiną, świeczki zapalą, albo i tych kilka patyków podsuną do pieca.

Tak to sobie kpili z niedowiarków.

***

Zysk ogólne zebranie podzieliło w następujący sposób: Sto dwadzieścia pięć rb. rozdzielono między członków jako dywidendę (co stanowiło 2 rb. 50 kop. od udziału), uczyniono to ze względów praktycznych, aby wykazać namacalnie korzyści należenia do spółki; 74 rb. przeznaczono na powiększenie sklepu, resztę ofiarowano na budowę kościoła. Utrzymanie sklepu wraz z patentem wyniosło 233 rb.; było to mało, lecz zauważyć należy, iż każdy członek dał darmo jedną furmankę do miasta po towary. Inwentarz sklepu przedstawiał wartość 51 rb. 10 kop. Sklepowy otrzymywał dziesięć rubli miesięcznie.

Taki był rezultat pierwszego roku.

Nikt z udziałowców wówczas, ani sam ks. Bliziński zapewne, nie przypuszczał, że stworzyli podwaliny pod potężny kompleks placówek gospodarczych, obracających setkami tysięcy złotych, zatrudniających łącznie kilkudziesięciu pracowników i wprowadzi w podziw swoich i obcych.

Ale śledźmy dalsze koleje „Gospodarza”, tej matki wszystkich instytucji powstałych w nie za długim czasie.

W roku 1903 obroty sklepu podniosły się o 702 rb., wynosząc 4827 rb., co przeciętnie wypada na dzień 13 rb. 20 kop. Z zysku w sumie 159 rb. wydano członkom dywidendę jak poprzednio po 2 rb. 50 kop., razem 125 rb.; 34 rb. pozostawiono na powiększenie sklepu. Wartość sklepu wynosiła:

W towarze: 488 rb. 20 kop.

Na kredycie: 112 rb. 50 kop.

W gotówce: 7 rb. 30 kop.

Razem: 608 rb.

Maszyn rolniczych od sierpnia do stycznia sprzedano za 1350 rb. Spółka zyskała w procencie wialnię wartości 32 rb., wypożyczaną członkom po 20 kop., nie-członkom – 25 kop. Mimo większego obrotu zauważyć się daje spadek zysków, przyczyna czego tkwiła w mniejszej sprężystości handlowej sklepowego, organisty. To skłoniło do powołania ponownie p. Lipińskiego na subiekta, który od razu potrafił powetować straty i wartość sklepu podnieść do sumy 744 rb. Po pół roku jednak ustąpił, co sprowadziło fatalne następstwa. Po raz trzeci tedy powołano p. Lipińskiego.

Rok 1904 przyniósł pocieszający fakt: sklepikarz, Żyd, utrzymujący swój kram na przekór spółdzielni, zwinąwszy lary i penaty, pożeglował w inne strony. Dom swój oraz pół morgi gruntu sprzedał właśnie tej spółce, o której głosił, że upadnie, a na chłopów naprowadzi nieszczęście – za 850 rb., na co członkowie spółki zadeklarowali 100 rb., parafianie 150, proboszcz dołożył resztę. Był to drugi sukces.

W roku 1905 sklep – nie mając konkurenta – zaczyna się rozwijać; obrót wynosi 5239 rb., wartość sklepu – 862 rb. 6 kop. Nawozów sztucznych sprzedano za 690 rb., narzędzi rolniczych za 450 rb.

Pierwsze to były lata stosowania w małych gospodarstwach sztucznych nawozów.

Rok 1906 przynosi poprawę uposażenia sklepowego: zamiast 12 otrzymuje osiemnaście rubli miesięcznie plus 2 proc. od sprowadzonych towarów. Obrót w tym roku wyniósł 5277 rb., nadto sztucznych nawozów zbyto za 1217 rb., kapitał zakładowy wynosił 564 rb., od którego przyznano dywidendę 30%, co stanowiło 167 rb. 5 kop. Tak dodatnie wyniki dodały otuchy i nasunęły myśl pobudowania Domu Ludowego.

Rok 1907 przynosi poważne innowacje, wywołane kryzysem wewnętrznym spółki. Dla uprzystępnienia wpisywania się do spółki postanowiono zezwolić na wpłacanie udziałów ratami, wypłacać dywidendę od udziału tylko w stosunku 6%, resztę zysku dzielić w stosunku prostym od wybranych towarów (co miało rozumne założenie: przyciągnięcie kupujących zainteresowanych w wybraniu największe ilości towarów). Wprowadzono nowe książki rachunkowe, książeczki od wybranych towarów: wszystko według wzorów Związku Spółek.

Przystąpiono do zorganizowania Związku Spółek Ziemi Kaliskiej, a za jego pośrednictwem do tymczasowej Agentury Stowarzyszeń Spożywczych w Warszawie. Ograniczono kredyt do połowy wysokości udziału – obcym wcale nie kredytować, chyba na ryzyko i odpowiedzialność sklepowego.

Źródłem wymienionych wyżej innowacji był kryzys, o którym wspomniałem, wyrażający się w nagłym spadku obrotów do sumy 3248 rb., tudzież spowodowanymi nieopatrzną gospodarką stratami, dochodzącymi poważnej na tamte czasy i na tamte środki sumy 400 rb. Niemałą rolę odegrały niedociągnięcia ciała nadzorującego, trochę zadufałość w dotychczasowe powodzenie. Burzliwe były obrady; rzucono nawet myśl zlikwidowania w ogóle sklepu. Nawet inicjatorowi, ks. Blizińskiemu, opadły skrzydła. Spowiada się też z goryczą w swoim artykule w „Społem” z dnia 20 października 1917 r.:

„Sam zwątpiłem, czy wobec tych, powtarzających się niepowodzeń zdołamy nasz sklep utrzymać”. Aliści fala złego przeszła, sklep ostał się. Krzykacze, ludzie przeważnie małego ducha, a mocni jedynie w słowach, dostali należytą odprawę od mędrszych, umiejących dalej patrzeć.

– Tak – mówili – to kiedy sklep przynosił zyski, byliście za spółką, teraz, że noga się powinęła, dalej, zwijać go. Nie, mieliście ochotę brać, miejcie teraz ochotę dać. My nie pozwolimy spółce upaść: zyski, jakie nam dawała w dobrych latach, oddamy, nawet, jeżeli do tego dojdzie, dodamy jeszcze, a spółka musi zostać, musi być w Liskowie. Jakże my bez tego sklepu się obejdziemy?!

Nie byłem tam, ale może każdy z nas domyślić się, jak serce proboszcza rosło, gdy słyszał takie mowy. Naocznie przekonał się, że praca nie poszła na marne.

Pierwszy to wypadek w Liskowie, iż prosty chłop zdobył się na taką postawę. Jakoż zwyciężyli. Postanowiono dodać do udziału po pięć rubli, akurat tyle, ile wynosiła dywidenda za ubiegłe, tłuste lata. Postanowiono również zmienić zarząd w większości i polecono mu zbadanie przyczyny zła. Usunięto zatem jeśli nie wszystkie, to lwią część braków organizacyjnych. Odtąd praca szła coraz lepiej, sprężyściej, aż do wielkiej wojny.

W roku 1908, dnia 1 kwietnia sklep przenosi się do nowego lokalu w nowo wybudowanym Domu Ludowym. W domu tym ma lepsze bez porównania pomieszczenie, bardziej reprezentacyjne i wygodne. Rozszerza też zakres towarów. Czynsz dzierżawny wynosi w pierwszym roku 100 rb., w następnych 150 rb. Może sobie na to pozwolić; interesy idą dobrze, ludność wciągnęła się do samej idei posiadania własnego sklepu.

Obrót wynosi kwotę 5031 rb. 18 kop; czystego zysku – 330 rb., podzielono go:

6% od udziału: 41 rb. 52 kop.,

od wybranych towarów: 91 rb. 12 kop.,

84 rb. 10 kop. na powiększenie sklepu,

33 rb. na kapitał zapasowy,

poza tym przeznaczono na różne instytucje drobne sumy oraz odsetek subiektowi.

W tym roku liskowską spółdzielnię odwiedził w charakterze lustratora Pan Stanisław Wojciechowski, mający w czternaście lat potem zająć najwyższe w odrodzonej Polsce stanowisko – Prezydenta Rzeczypospolitej. Protokół lustracyjny sporządzony własnoręcznie przez Niego przechowuje Stowarzyszenie jako pamiątkę historyczną.

W roku następnym, tj. 1909 roku, otrzymano czystego zysku 317 rb. 24 kop, z tego wydzielono:

na kapitał zapasowy 10%: 31 rb. 70kop.

od udziałów 5%: 48 rb. 5 kop.

od zakupu tow. 5%: 98 rb. 79 kop.

na kapitał rezerwowy: 47 rb. 70 kop.

oraz, jak za lat poprzednich, różne drobne sumy:

na zapomogę dla Kółka Rolniczego: 6 rb.

na Pszczelin [pierwsza w zaborze rosyjskim szkoła rolnicza, utworzona dzięki składkom społeczeństwa – przyp. Kooperatyzm.pl]: 5 rb.

gratyfikacja sklepowego: 24 rb.

dla rachmistrza: 6 rb.

Uderza w tych zestawieniach ciekawa i charakterystyczna rzecz: skojarzenie praktyczności życiowej, uwidocznionej w wynagradzaniu pracy, częstokroć podjętej wyłącznie z pobudek ideowych, z obywatelskim stanowiskiem, wyrażającym się drobnymi sumami, prawda, przeznaczanymi na cele społeczne, lecz zdradzającymi myśl przewodnią. Przeznaczano na przykład na gazety, na szkoły…

Rok 1909:

czysty zysk 302 rb. 40 kop. Z tego przeznaczono na:

kapitał zapasowy: 30 rb. 20 kop.

rezerwowy: 75 rb. 50 kop.

od udziałów: 44 rb. 74 kop.

od zakupu: 122 rb. 76 kop.

kasjerowi: 5 rb.

sklepowemu gratyfikacji: 24 rb. 20 kop.

W roku 1911 zysk – 206 rb. 51 kop., przy obrocie 8223 rb. podzielono:

kapitał zapasowy: 20 rb. 65 kop.

rezerwowy: 28 rb. 4 kop.

od udziałów: 41 rb. 82 kop.

od zakupu: 82 rb. (4%)

gratyfikacja sklepowego: 10 rb.

dla Pszczelina: 5 rb.

zapomoga dla Kółka Rolniczego: 5 rb.

W tym roku Stowarzyszenie, zatwierdzone nareszcie przez władze, działając na podstawie uregulowanych norm prawnych, wyjednuje sobie w istniejącej nowo założonej Kasie Oszczędnościowej kredyt do wysokości 500 rb., pod zastaw towarów.

W roku 1912 obrót wykazuje poważną zwyżkę, bowiem wynosi 10 443 rb., czysty zysk – 416 rb.; maszyn rolniczych sprzedano za 2 230 rb., nawozów sztucznych za 10 800 rb. Zaznacza się zatem zbawienny wpływ działalności organizacji rolniczych, powstałych w międzyczasie, czego widomą oznaką coraz szersze stosowanie sztucznych nawozów, których w pierwszym roku zbyto zaledwie za sumę 220 rb. Dalsze lata, 1913 i 1914, wykazują coraz zwiększające się obroty:

Rok 1913 – blisko dwanaście tysięcy rubli, 1914 dociągnął do 14 tysięcy, niestety mam dane z owych lat wyłącznie w przeliczeniu na złote, zatem nie mogę podać liczb ścisłych, w walucie starej, według której można się zorientować w wpływach. W złotych wyrażają się w następujących sumach: 1913 – 23 524 zł, 1914 – 27 363 zł.

Przedostatni rok przed wojną, tj. 1913 – stanowił ważny etap w rozwoju Spółdzielni, gdyż w tym roku otwarto piekarnię, mającą zapobiec niepraktycznemu ze wszechmiar wypiekaniu chleba domowym sposobem. Sprowadzono więc początkowo żelazny piec z Poznania, za który zapłacono 310 rb., na 28 bochenków chleba, zainstalowawszy go w izbie obok kąpieli. Gospodynie zarabiały ciasto i przynosiły je do piekarni, gdzie było wypiekane, za opłatą pół grosza od funta. Sposób ten okazał się niepraktyczny, co skłoniło inicjatora, ks. Blizińskiego, do urządzenia kompletnej piekarni z możliwymi udogodnieniami. A chociaż piekarnia w pierwszym roku, wskutek wadliwej organizacji i niedołęstwa piekarza, wykazała pokaźne straty, bo wyrażające się sumą 250 rb., pokonano i tę przeszkodę, rozwiązując zagadnienie produkcji oraz zbytu w praktyczniejszy sposób. Cyfry, najlepszy dowód, wykazują, że pomysł był dobry; niebawem przekonano się o tym. W roku założenia wypiek stanowił 84 000 funtów, a już w następnym, 1914 – 131 009 funtów, prawie w dwójnasób. Lata wojny wywarły swój wpływ na produkcję, jednak nie taki, aby zwichnęły placówkę. Dzisiaj stanowi ona część składową Spółdzielni Rolniczo-Handlowej i produkcja idzie w setki tysięcy kilogramów rocznie. […]

Mleczarnia spółdzielcza

W uwagach wstępnych do powstania Szkoły Rolniczej przytoczyłem porównanie produkcji naszego gospodarstwa wiejskiego a krajów zachodnich, posługując się danymi p. Przygodzkiego z Zakrzyna. Gdy tam, na przykład w Danii, mleczność krów dochodzi przeciętnie w stosunku rocznym do 3200 litrów mleka, jakże ubożuchno przedstawia się ona u nas, wyrażając się przeciętną wydajnością krowy ośmiuset litrów na rok, mleka bez porównania o mniejszym procencie tłuszczu? Krowa odgrywa w naszym gospodarstwie małorolnym lub średniorolnym rolę wtórną. Hodowla stoi na poziomie bardzo niskim, nasze bydło to żywy obraz opuszczenia: niechlujstwo, niedożywianie, zaniedbania prowadzą do opłakanych wyników. Nie dziwić się że w latach u schyłku dziewiętnastego i na początku dwudziestego wieku – głucho było o jakichś mleczarniach spółdzielczych.

Myśl założenia takiej mleczarni kołatała się od dawna po głowie ks. Blizińskiego. Poruszano ją na zebraniach spółki, w skromnym pokoiku przyległym do sklepu, by ostatecznie przybrać w kształty realne w kilka lat potem. Już w roku 1904 organizator nowoczesnego Liskowa proponował założenie spółdzielni mleczarskiej – na próżno. Słowa padały na opokę uprzedzenia. W roku 1906 rzucono propozycję ubezpieczenia bydła, co przyjęto; ruchliwy proboszcz ponownie daje inicjatywę. Mimo przyznawania słuszności wywodom sprawa nie ruszyła z martwego punktu. Gospodarze nie oswoili się jeszcze z myślą zerwania z dotychczasowym systemem prowadzenia gospodarki mlecznej. Nie sprzyjały również okoliczności po temu, a zapewne i porobione próby w tym kierunku, czynione gdzie indziej. Wraz z utworzeniem Komisji Mleczarskiej przy Centralnym Towarzystwie Rolniczym powiał inny prąd; dzięki ześrodkowaniu w rękach wspomnianej Komisji organizacji produkcji mleczarskiej, mleczarnie wegetujące lub zgoła upadłe poczęły się dźwigać. W roku 1911 inicjatywa przybrała realne formy w zorganizowanej Spółce Mleczarskiej. Za pośrednictwem Tow. Mleczarskiego sprowadzono maszyny, by wreszcie przystąpić do czynu. Czyn ten prezentował się bardzo ubogo na początku. Do spółki przystąpili zaledwie: oczywiście w pierwszym rzędzie, proboszcz, ks. Bliziński; jeden dwór (p. Grabski z Dembska z czterdziestu krowami), organista, kościelny i pięciu gospodarzy – razem dziewięciu dostawców. Niewielka obsada. Otwarto mleczarnię dnia 6 kwietnia 1911 roku. Strona organizacyjna przedstawia się tak:

Udziały wynosiły 5 rubli od krowy, mogąc być złożonymi w formie deklaracji zdeponowanej w miejscowej Kasie Pożyczkowo-Oszczędnościowej, oczywiście podpisanej przez członka, finansującej powyższe przedsięwzięcie. Sumę udziału strącano w ciągu dwóch lat przy wypłacie za dostarczone mleko. Aby pokonać nieufność do nowo zorganizowanej spółki, inicjator podszedł do rzeczy bardzo praktycznie: oto po miesiącu wypłacono za dostarczoną śmietankę po 1,1 kop. Efekt wywołano od razu: liczba dostawców wzrosła do piętnastu, by w końcu maja tegoż roku otrzymywać – przy piętnastu dostawcach – czterysta litrów mleka dziennie. W tymże roku okazuje się potrzeba otwarcia dwóch filii śmietankowych w sąsiednich wsiach. Wybuch wojny poderwał rozwój tej wielce pożytecznej placówki ekonomicznej. Produkcja atoli nie zamarła całkowicie, jedynie została sprowadzona na skutek wytrzebienia inwentarza oraz innych przyczyn, do mniej niż połowy i wynosiła w 1917 roku 45 proc. ostatniego roku przedwojennego. Normalizowanie się warunków wraz z zawarciem pokoju stawia powoli mleczarnie na nogi i w 1919 roku widzimy już 367 członków z 995 krowami przy przetworzeniu 543 670 litrów mleka, a uzyskaniu 20 692 kg masła. Dalszy wzrost produkcji w następnych latach postawił na porządku dziennym kwestie odpowiedniego pomieszczenia, bowiem obecne ani nie odpowiadało jej rozmiarom, ani nie było dostosowane do wymagań nowoczesnej higieny. W czerwcu 1926 roku Zarząd Spółdzielni Mleczarskiej przystąpił do budowy własnego budynku według planów sporządzonych przez inż. Mokrzyńskiego. Nowy budynek wykończony został w roku 1927 i tegoż roku, po uroczystym poświęceniu, oddany został dnia 14 marca do użytku. Jest ładnie pomyślany w stylu nadwiślańskim, z obszernymi i dogodnie rozplanowanymi pomieszczeniami do produkcji, zaopatrzony w wodociągi, skanalizowany, ze studnią artezyjską tuż, głębokości 115 metrów, z lodownią oraz wszelkimi podyktowanymi wygodą i higieną urządzeniami. Potrzebne aparaty dostarczyła firma Alfa-Laval z Warszawy, siłę pędną otrzymuje się z maszyny parowej firmy „Astra” z Warszawy o 8 H. P. Parę, zarówno do poruszania maszyn, jak i do potrzeb mleczarni dostarcza kocioł stojący, zbudowany w fabryce Makarewicza w Warszawie. Nowością w ogóle dla mleczarń w Polsce jest matecznik do przygotowywania zakwasu. Aparat, w zasadzie prosty w konstrukcji, łatwy w użyciu, służy do dobrego przygotowywania zakwasu. Całkowity koszt budynku łącznie z urządzeniem wewnętrznym wyniósł 100 000 zł, na co Spółdzielnia otrzymała kredyt w Państwowym Banku Rolnym w wysokości zł 64 000.

Członkowie Spółdzielni mieli ubezpieczone krowy do 1927 r. i otrzymywali za padłą sztukę 50 zł. Obroty mleczarni Spółdzielczej za ostatnie lata wyrażają się w następujących liczbach.

 

Wartość majątku ruchomego według remanentu z dnia 1 stycznia 1937 roku 73 797 zł. Wartość majątku nieruchomego 45 652 zł.

Radę nadzorczą stanowią pp.: Aleksander Chrostowski, ks. prałat Bliziński, Michał Janczarek, Piotr Buczkowski, Józef Bruź, Franciszek Szczepański, Witold Bobrowski, Stefan Waliś i Walenty Felisiak.

Zarząd pp.: Antoni Piątkowski, Antoni Szewczyk, Franciszek Przybyła.

Spółdzielnia rolniczo-handlowa

Ojcem jej był skromny wiejski sklepik, jednocząc w sobie wszystkie wysiłki około podniesienia stanu ekonomicznego wsi polskiej, nie tylko w ciasnym rozumieniu jednej wioski, lecz w znaczeniu znacznie szerszym.

Już w niepodległym Państwie Polskim na jednym z zebrań ks. Bliziński rzuca śmiałą myśl: zorganizowania Stowarzyszenia Zbożowego. Powstaje ono na początku 1919 przy 51 członków z udziałami wynoszącymi 500 marek i 10 markami wpisowego. Gdy młyn w Liskowie okazał się niedostateczny, zakupiono 1/3 dużego młyna w pobliskim Koźminku.

U schyłku tegoż roku 1919, dzięki inicjatywie energicznego ks. posła Blizińskiego, wówczas już kanonika kapituły kaliskiej, zorganizowane zostaje Stowarzyszenie Budowlane, poddane – zgodnie z uchwałą członków – kontroli istniejącego wtenczas Ministerstwa Robót Publicznych. Stowarzyszenie Budowlane posiadło na własność cegielnię, położoną na krańcach wsi, a zbudowaną na zakupionym gruncie, a lubo glina na cegłę nie odznacza się doskonałością, wszelako istnienie cegielni znacznie posunęło kwestię rozbudowy; na miejsce kleci przypominających budownictwo praojca Piasta zaczerwieniły się wesołą czerwienią palonej cegły nowe budyneczki. Zanikły również słomiane strzechy, może urocze, może wzbudzające sentymentalizm i zapładniające twórczość poetów misternymi rymami – lecz diabelnie niepraktyczne.

Ano, cóż robić?! Poeci jakoś muszą tę stratę przeboleć, nadrobić czym innym.

***

Te to stowarzyszenia złączyły się ze starym naszym znajomym, „Gospodarzem”, w jedną organizację spółdzielczą, której nazwa figuruje w tytule niniejszego rozdziału, czyli Spółdzielnię Rolniczo-Handlową, pod jednym pozostającą kierownictwem, przy oddzielnie prowadzonej rachunkowości. W roku 1935 w lipcu, w budynkach pofabrycznych w Opatówku, pamiętających czasy mądrego księcia Lubeckiego, zostaje otwarta filia Spółdzielni z magazynem, skąd zakupujący większe partie towarów odbierają go po potrąceniu za przewóz.

W roku 1936 na podworcu Domu Ludowego wzniesiony zostaje, kosztem 25 tysięcy złotych, jednopiętrowy gmach z pomieszczeniem na piekarnię, masarnię i na piętrze mieszkaniami dla pracowników. Piekarnia z maleńkiej przeobraża się w znaczną, wydającą dziennie około pięciuset kilogramów chleba i sześćdziesięciu kilo bułek, (mówię w liczbach okrągłych, przeciętnych dla całego roku).

Młyn w Koźminku stał się całkowitą własnością Spółdzielni i dostarcza mąki na użytek piekarni własnej oraz przemiela zboże dostarczone prywatnie; w roku 1935 przemielił 1,159 tysięcy kilogramów. Założono betoniarnię zatrudniającą w sezonie pięciu, a nawet więcej ludzi, produkującą płyty, dreny itp. W roku też ubiegłym uruchomiono skup jaj dla zapobieżenia pośrednictwu prywatnemu. Sam zaś sklep powiększony, dostosowany do wymogów rozrastającego się ruchu przerobiono i obecnie zajmuje ogromną halę, pełną gwaru, z przewijającymi się sznurami kupujących. Jednym słowem Europa.

Ostatnie lata działalności Spółdzielni Rolniczo- Handlowej, którą prowadzi znakomity kierownik, p. Otawski, orientujący się w lot w potrzebach handlu, człowiek dużej przyszłości – ilustrują następujące liczby:

Na czele Spółdzielni Rolniczo-Handlowej stoi Rada Nadzorcza i Zarząd.

Do Rady należą pp.: Antoni Piątkowski – prezes, Ks. W. Bliziński – wiceprezes, J. Bruź – sekretarz, Szymon Walis, Walenty Domagała, Józef Przygodzki.

Zarząd stanowią pp.: Ksiądz Alekssander Kwiatkowski – prezes, Szymon Sobczyk, Karol Kubiak.

Henryk Otawski – kierownik Spółdzielni.

Obecnie Spółdzielnia prowadzi następujące działy:

Sklep detaliczny, kolonialno-spożywczy, magazynową sprzedaż towarów opałowych, budowlanych i innych w Liskowie i Opatówku, Młyn w Koźminku, cegielnię i betoniarnię.

Wartość majątku nieruchomego wyraża się sumą 75 107 zł

Wartość majątku ruchomego wyraża się sumą 113 100 zł, w towarach 52 850 zł

Razem 241 057 zł

Tak w cyfrach przedstawia się dorobek instytucji powstałej z małego sklepiku, któremu wróżono rychły upadek, a tym, co pierwsi stanęli do współpracy z młodym wówczas proboszczem, obiecywano, proszę mi wybaczyć dosadność wyrażenia, lecz powtarzam tylko dosłownie: „wyjdzieta ze swoim sklepem bez portek”.

Ci chodzą dzisiaj w dostatniej przyodziewce, a jeszcze więcej, w słusznej dumie.

Kasa Drobnego Kredytu, Kasa Pożyczkowo- Oszczędnościowa, Bank Ludowy, Kasa Stefczyka – takie nazwy miała instytucja kredytowa, póki w rezultacie przeobrażeń nie przybrała dzisiejszej nazwy: Kasy Stefczyka.

Znamy już jej dzieje „starożytne”, ginące kędyś w pomroce rosyjskiego bezprawia na ziemiach polskich. Wiemy, iż wojna ogołociła Kasę ze środków finansowych i pozostał wyłącznie dom, trochę gratów i drobnych pieniążków.

Gdy ostatnie dymy wojen rozwiały się, powołano również do życia Kasę, lecz na zasadzie nowego statutu pod nazwą:

Bank Ludowy

Stało się to w roku 1921. Czasy atoli nie sprzyjały, brak stałej waluty krzyżował zamierzenia finansowe i absolutnie uniemożliwiał operacje kredytowe. Marka leciała z pieca na łeb. Co przed tygodniem stanowiło pokaźną kwotę, w tydzień czasu można było za tę sumę kupić bochenek chleba lub paczkę papierosów. Ludziska nosili naręcze papierów; roztropniejsi puszczali je dalej, zakupując, co w rękę wpadło, inni, wiele naszych poczciwych kobiecin po staremu utykało nimi sienniki. Bawiły się później owymi papierkami dzieci. Nie można było zatem ruszyć się ani w lewo, ani w prawo. Dlatego Bank Ludowy zmuszony był zawiesić wszelkie operacje aż do czasu reformy walutowej. W roku 1924 waluta została ustalona, lecz niestety nie było czym operować. Wkładów nie było, a kapitał przedstawiał się w formie nieruchomości. Niebawem, bo w tymże 1924 roku, Bank podejmuje czynności. Na zwołanym zebraniu uchwalono: zatwierdzić bilans waloryzacyjny na dzień pierwszego stycznia 1924 roku w sumie 35 262 zł, przyłączając rzeczywistą wartość nieruchomości, ocenionej w nowej walucie na 22 673 zł, do wyżej podanej sumy bilansowej, oraz do tejże sumy dołączyć akcje i papiery procentowe przewaloryzowane na 10 945 zł i pożyczki tudzież gotówkę znajdującą się na 1644 zł. Zwaloryzować udziały członków i fundusze własne na 10% wartości w złocie oraz na 15%, z tym zastrzeżeniem, że wszelkie dochody, jakie Bank mieć będzie, przeznaczone zostaną na dopełnienie wkładów do 50%.

Tak uporano się z gordyjskim węzłem wyprowadzenia na czyste wody kwestii dość zawiłej i czułej.

W roku 1925 Centralna Kasa Spółek Rolniczych udziela Bankowi pożyczek na prowadzenie operacji kredytowych; w tym też roku poczynają napływać wkłady. Zaufanie, a z nim stałą wartość posiadający pieniądz, napływa powoli.

W roku 1926 Bank Ludowy zmienia swój statut i przybiera nazwę, pod którą do ostatnich czasów pracuje, a mianowicie:

Kasa Stefczyka

Działalność tej Kasy przejawia się w następujących liczbach:

Do Rady Nadzorczej należą pp.: ks. prałat Bliziński, Antoni Piątkowski, Szymon Napadłek, Szymon Walis, Ksawery Pyrek, Franciszek Szczepański.

Zarząd stanowią: Ks. Aleksander Kwiatkowski, Szymon Sobczak, Ignacy Bartczak.

Wartość majątku nieruchomego wynosi 52 468 zł.

Wartość majątku ruchomego wynosi 1727 zł.

Własnością Kasy jest Dom Ludowy z siedzibą Spółdzielni oraz gmach piekarni i masarni, magazyny i składy.


Powyższy tekst to fragmenty książki Wacława Karczewskiego pt. „Lisków – dzieje jednej wsi polskiej”, Wydawnictwo Wystawy „Praca i kultura wsi” w Liskowie, brak daty wydania, prawdopodobnie 1937 (taka data widnieje na końcu tekstu). Od tamtej pory tekst nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski, poprawiono pisownię wedle obecnych reguł. Wersję elektroniczną przygotowali Aleksandra Zarzeczańska i Remigiusz Okraska. Nowy tytuł wybranej całości pochodzi od redakcji Kooperatyzm.pl.