O Polskę Ludową [Stanisław Thugutt]

Należał niewątpliwie do najbardziej znanych polityków Drugiej Rzeczypospolitej. Był postacią wzbudzającą krańcowo różne emocje i osądy. W opinii jednych uchodził za „polskiego Robespierre’a”, za „szarą eminencję” Sejmu, inni widzieli w nim trybuna ludowego, człowieka niezłomnych zasad, uosobienie demokracji. Organizowano nań zamachy, lżono w brukowych pismach, wyszydzano w karykaturach, ale też otaczano najwyższą czcią, wynoszono na piedestał, powierzano mu najbardziej odpowiedzialne funkcje i godności – pisał Jan Sałkowski. I nie ma w tych słowach żadnej przesady. Panie i Panowie: Stanisław August Thugutt.

***

Na świat przyszedł 30 lipca 1873 r. w Łęczycy jako najmłodsze z sześciorga dzieci w rodzinie Augustyna, doświadczonego lekarza, który po praktyce w różnych miastach osiadł w tej miejscowości. Ród Thuguttów miał austriackie korzenie, wedle rodzinnej tradycji wywodził się z Wiednia, zaś jego polska gałąź – od pułkownika, który przybył do naszego kraju z Augustem III.

Gdy Stanisław miał niespełna 7 lat, ojciec zmarł. Rok później rodzina przeniosła się do Warszawy. Najpierw edukacja w szkole powszechnej. Następnie uczęszczał do okrytego złą sławą, silnie zrusyfikowanego, III gimnazjum państwowego, gdzie – jak wspominał – uczył się słabo i sprawiał rosyjskim nauczycielom kłopoty wychowawcze. Edukację zakończył więc maturą w innej placówce. Chciał studiować historię, filozofię lub prawo, lecz brak środków uniemożliwił naukę za granicą, zaś w zaborze rosyjskim ukończenie szkoły realnej zamykało tę drogę.

Pracy w stolicy nie znalazł przez rok. Wyjechał więc do Łodzi. Tu otrzymał etat ni to praktykanta, ni to robotnika w wielkiej tkalni Silbersteina /…/. Praca była ciężka: od 6 rano do 8 wieczorem w ogłupiającym wręcz łoskocie 700 stojących na jednej sali warsztatów – pisał w autobiografii. Choroba oczu sprawiła, że musiał porzucić to zajęcie. Kolejna posada – inkasent w zakładzie krawieckim. Po półtora roku wrócił do Warszawy, gdzie udało się zdobyć etat księgowego. Jesienią 1899 r. poślubił Marylę Kozanecką, siostrę przyjaciela, w której zakochany był od wczesnej młodości. – W życiu publicznym nie brałem żadnego udziału. Jakież tam zresztą życie było w ówczesnej Warszawie: rząd rosyjski wbił już w głowy polskie /…/ przekonanie, że tu się nic nigdy zmienić nie może.

***

Wiosną 1901 r. państwo Thuguttowie wyjechali do Ćmielowa na Kielecczyźnie, gdzie Stanisław w fabryce porcelany księcia Lubeckiego dostał posadę w księgowości. To na ten okres datuje się początek jego społecznikowskich pasji.

W atmosferze niewielkiego miasteczka nudził się straszliwie. Założył więc obwoźną bibliotekę. Ale i tego było mu mało, więc powołał spółdzielnię spożywców. Podstępem udało się wyjednać od władz rosyjskich szybką zgodę. Gdy inicjatywa ruszyła, zaczepiło mnie na rynku kilku długopołych i długobrodych kupców, pytając z goryczą, dokąd oni teraz mają jechać po założeniu spółdzielni. /…/ Błysnęły złe oczy, rozeszliśmy się w milczeniu. Niezadługo złożył mi wizytę główny potentat miejscowego handlu, komunikując mi z wielką życzliwością i nawet zatroskaniem, że dużo ludzi myśli, iż byłoby lepiej, gdybym opuścił Ćmielów, bo tu powietrze niezdrowe. /…/ Dodałem /…/ wyciągając z kieszeni wielki rewolwer i mierząc mu w głowę: – Proszę powiedzieć tym „ludziom”, żeby byli ostrożni, bo ta pukawka strzela celnie i mocno – wspominał po latach. Gdy Thugutt wkrótce uratował jednego z miejscowych Żydów przed pogromem, ten – prawdopodobnie z inspiracji wspomnianych „ludzi” – oskarżył go przed sądem o… pobicie. Został uniewinniony, jednak pomyślałem sobie, że nie tylko zakładanie spółdzielni, ale w ogóle życie tutaj /…/ nie jest łatwe.

Drugą pasją, którą Thugutt rozwijał w tym okresie, była turystyka i krajoznawstwo. Z żoną zeszli niemal całą Kielecczyznę i Sandomierszczyznę. Ale gdy nadarzyła się sposobność, wiosną 1905 r. porzucili Ćmielów i wrócili do Warszawy.

***

Powrót przypadł na okres rewolucji, jednak Stanisław zamiast polityką zajął się czymś innym. Przygotował książkę o historii Księstwa Warszawskiego (1907), a wkrótce trafił do niedawno powołanego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Tam parał się publicystyką i pracą redakcyjną – w roku 1910 otrzymał stanowisko kierownika literackiego tygodnika PTK „Ziemia”. Powierzono mu także opracowanie jednego z tomów nowoczesnego przewodnika po kraju. Jeździł w teren, prowadził badania ankietowe, fotografował, wertował literaturę, wszystko to bez zgody władz zaborczych. Tom poświęcony ziemi kieleckiej i radomskiej ukazał się tuż przed wybuchem wojny. W międzyczasie opracował przewodnik po stolicy, cieszący się sporą popularnością – jeden z recenzentów napisał: tchnie [z niego] widoczna miłość autora do Warszawy, miłość zaślepiająca. Redagował także miesięcznik „Fotograf Warszawski”.

Pasje krajoznawcze i popularyzatorskie realizował Thugutt po pracy zawodowej i bezpłatnie. W imię czego? Działalność owa była – wspominał w autobiografii – nie czym innym, jak jeszcze jednym sposobem budowania Polski od dołu, Polski, którą się przemycało między wierszami, o której się mówiło nie tylko jako o wspomnieniu historycznym, ale jako o żywym, choć tak straszliwie pokaleczonym organizmie. Jak pisze Janina Barbara Twaróg, Dziwił się, że wędruje się w poszukiwaniu osobliwości, wejścia na najwyższy szczyt itp., przedkładaniu obcych krajobrazów ponad własne.

Działał także w Kole Przyjaciół Kaszub, pragnąc powstrzymać germanizację Pomorza. Pomimo wahań i złudzeń najistotniejszą treścią i podłożem jest tu nie co innego, jeno polskość, jeno – jeśli wolicie – kaszubskość. Wszystko inne jest tylko nalotem – przekonywał Thugutt. Współpracował z działaczami regionalnymi, organizował dla ludności z Kaszub wycieczki po Warszawie, popularyzował wiedzę o historii i kulturze tych ziem.

***

Wybuch I wojny światowej był momentem zwrotnym w życiu Stanisława Thugutta. Pojawiająca się szansa na odzyskanie przez Polskę niepodległości pchnęła go w wir polityki i dużo poważniejszego niż dotychczas zaangażowania publicznego.
W 1914 r. wraz z przyjaciółmi założył tajne ugrupowanie, Związek Patriotów, przekształcony następnie w Partię Niezawisłości Narodowej (wkrótce pierwszy człon nazwy zastąpiło „stronnictwo”). Po rozpoczęciu działań wojennych zintensyfikowano wysiłki – Thugutt zajmował się wieloma zadaniami, od redagowania „Gońca” (najbardziej niepodległościowa wówczas gazeta w Warszawie) czy odezw i broszur, a na przemycie rewolwerów kończąc. Został też skarbnikiem w Polskiej Organizacji Wojskowej, powołanej w celu wspierania utworzenia polskich sił zbrojnych. Na początku 1915 r. wszedł z ramienia ZP do Zjednoczenia Stronnictw Niepodległościowych, która zrzeszała też PPS i Związek Chłopski, razem wyrażające ideały lewicowe i prospołeczne, poparcie dla Józefa Piłsudskiego oraz silną opcję antyrosyjską.

Pod koniec 1915 r. Thugutt, znużony jałową atmosferą i gadulstwem, na ochotnika zgłosił się do Legionów i trafił do 2 pułku. Początkowo przełożeni próbowali go wykorzystać do prac biurowych, ale po krótkim pobycie w szpitalu uciekł wprost na front do 7 pułku. Brał udział w ciężkich walkach nad Styrem i Stochodem, wyszedł z nich bez szwanku.

Z frontu odwołano go w połowie 1916 r. do pracy politycznej w Warszawie. Stronnictwo Niezawisłości Narodowej weszło w skład Centralnego Komitetu Narodowego, porozumienia lewicy niepodległościowej, a Thuguttowi powierzono redagowanie jego organu – „Biuletynu”. Wkrótce został także członkiem zarządu CKN. Od końca września 1916 r. był redaktorem pisma „Rząd i Wojsko”, związanego z piłsudczykami. Uczestniczył w większości inicjatyw środowisk niepodległościowych, jednak niewiele z nich wynikało – miałem już dosyć tych inteligenckich nieodpowiedzialnych rozmówek.

Przewartościowaniom służył też rozwój wydarzeń: Wiadomości nadchodzące z Rosji o tamtejszym wybuchu rewolucyjnym wywierały coraz głębszy wpływ na masy /…/. Anemiczne i odsunięte dotychczas zagadnienie sporu społecznego zaczęło wracać na scenę i nabierać żywszych rumieńców – wspominał. W połowie 1917 r. wstąpił w szeregi Polskiego Stronnictwa Ludowego. Zwrócił się ku ludowemu ugrupowaniu jako reprezentantowi nowej potężnej siły, zdolnej odbudować niepodległą a zarazem demokratyczną, sprawiedliwą Polskę – konkluduje Alicja Wójcik. W PSL szybko zyskał znaczne wpływy i renomę. W styczniu 1918 r. został sekretarzem Zarządu Głównego partii i jednym z czołowych jej ideologów.
Coraz bardziej wyraziste stanowisko niepodległościowe i krytyka polityki Niemców skończyły się aresztowaniem Thugutta w połowie lutego i uwięzieniem w Modlinie. Tam wraz z grupą piłsudczyków planował ucieczkę – wykonany wspólnymi siłami podkop był już zaawansowany. Jednak na wniosek Rady Regencyjnej został uwolniony na początku października i wrócił do Warszawy. Już kilka dni później był jednym z głównych mówców na Kongresie PSL, domagając się niepodległości Polski i reform społecznych.

***

W programowym tekście „Nowy ład” stwierdzał na początku 1919 r.: Trzeszczy w posadach i wali się w gruzy cały ten stary świat, który był oparty na wyzysku, na poniewierce praw ludu pracującego. W naszym nowym świecie, w nowej, z grobu powstałej Polsce musi być inaczej i musi być lepiej. Polska, ale jaka? – właśnie to pytanie nurtowało Thugutta. Gdy czytamy jego publicystykę, autobiografię i wystąpienia sejmowe, nieodparte są skojarzenia z „Przedwiośniem” Żeromskiego. Jest tu sama pasja, wielka miłość wobec Ojczyzny, ale także krytyka niesprawiedliwości i marazmu, rozczarowanie kierunkiem, w jakim zmierza Polska. No i analogiczna ocena zagrożenia, jakim jest brak reform społecznych i żerujący na tych realiach zwolennicy komunizmu.

Jeszcze przed odzyskaniem niepodległości, w marcu 1918 r. pisał: Dziś idą czasy nowe, czasy wielkich wstrząśnień być może. Cokolwiek się jednak z Polską stanie, można powiedzieć, że tym ona będzie bezpieczniejsza, im bardziej posiadaczem jej ziem będzie lud pracujący na roli. Więc nie w interesie chłopa, ale w interesie Polski jest, żeby ziemia przeszła w mocne i pewne ręce włościańskie. Im prędzej się to stanie, tym lepiej, tym bezpieczniej dla kraju. Lud polski nie ma w sobie niszczycielskich popędów i do takich dzikich zamieszek, jakie widzimy dziś w Rosji pod rządem bolszewickim, nikt wśród ludu nie tęskni. Ale jeśli się tych spraw nie załatwi dziś zgodnie, to jutro pójdą nie wiadomo skąd na wieś złe podmuchy, a za nimi mogą pójść rzeczy najgorsze, bo walki bratobójcze. Thugutt był przekonany, że Polska może być silna, bezpieczna i mieć oparcie w swoich mieszkańcach tylko wtedy, gdy wszyscy Polacy, zwłaszcza ci dotychczas lekceważeni i spychani na margines, otrzymają szansę na godne życie.

/…/ nic nie było bardziej obce umysłowości inteligenta polskiego, niż jakiegokolwiek odcienia radykalizm, zwłaszcza taki, który /…/ trzeba było /…/ urzeczywistniać i wcielać w życie /…/ Nie umiejąca znaleźć ani drogi do ludu, ani wspólnego z nim języka, gorzkniejąca w odosobnieniu, inteligencja zamknęła się w krytyce. Jałowa to zresztą była krytyka, /…/ ulewająca sobie żółci w kawiarniach i na zebrankach prywatnych – tak z goryczą wspominał postawę swoich kolegów w pierwszych latach niepodległości. Polska, ale jaka? – pytał Thugutt. I odpowiadał: ludowa! Polska bez panów i „hołoty”, Polska równych szans i sprawiedliwości społecznej, Polska wierna tradycji, ale dynamiczna i nowoczesna, nie wahająca się podejmować śmiałych kroków w celu polepszenia bytu swoich obywateli. Argumentował: Są tacy, którzy mówią: najprzód zbudujmy Polskę, później się będziemy w niej urządzać. To są słowa zupełnie puste. Że bez ludu, bez tych milionowych tłumów siermiężnych Polski się nie da zbudować, przekonały nas już wszystkie rozpaczliwe wybuchy poprzednie /…/ które bez pożytku tonęły we krwi. Żeby zaś najszersze masy przyciągnąć do wspólnej roboty, nie dość jest im Polskę wolną i szczęśliwą obiecać, trzeba im ją dać, trzeba, żeby się jej palcem dotknęli.

Te dwie wartości – ojczyzna wolna i sprawiedliwa – nigdy nie były u Thugutta przeciwstawiane. W 1929 r. pisał: Zdarzało mi się parokrotnie oddać tej wielkiej zbiorowości, którą nazywam ojczyzną, to wszystko, co dać mogłem, tj. samego siebie. Nie umiałbym jednak, wyznaję to szczerze, poza wyjątkowymi chwilami najwyższego niebezpieczeństwa dla kraju, stawiać wyżej obowiązku patriotyzmu ponad obowiązek walki o sprawiedliwość społeczną, nie rozumiem nawet, po co mamy te dwa pojęcia przeciwstawiać sobie. Wbrew dorabianej mu gębie „bolszewika”, deklarował na progu niepodległości: Za dużo dziś w Polsce jest ludzi, którzy mówią: wszystko oddam Ojczyźnie, z wyjątkiem życia i mienia. I za dużo w ciągu kilku lat widzieliśmy takich patriotów, co Ojczyznę mieli ciągle na ustach, ale nie dali jej nic. Polska powstała z grobu, ale powstała jak Łazarz biedna, ociekająca krwią, spustoszona. I jeżeli nie uczynimy najwyższego wysiłku, by ją utrzymać przy życiu, by ją ogrzać ciepłem serc naszych, zejdzie do grobu z powrotem. Więc żadnych granic ofiarom, żadnego kresu wysiłkom.

***

Nocą z 6 na 7 listopada 1918 r. w Lublinie powołano Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej. Thugutt wraz z Tadeuszem Hołówką byli autorami jego wiekopomnego „Manifestu”. On sam objął w rządzie stanowisko ministra spraw wewnętrznych – wyjątkowo niewdzięczne w kraju, który właśnie wyszedł ze 123-letniej niewoli. W rządzie Ignacego Daszyńskiego oraz w powołanym wkrótce gabinecie Jędrzeja Moraczewskiego, gdzie zachował stanowisko, tworzył zalążki polskiej administracji i w ogóle ładu zbiorowego, m.in. organizował Milicję Ludową, która pilnowała porządku do czasu powstania struktur państwa. Był też jednym z bardziej radykalnych członków rządu, domagając się zrealizowania wielu prospołecznych deklaracji. Także w sferze symbolicznej Thugutt podejmował śmiałe kroki – jego dekretem zniesiono koronę orła w godle państwowym (argumentował, że powstańcy styczniowi i Legiony mieli sztandary z orłem bez korony) oraz zastąpiono w oficjalnej nomenklaturze termin „pan” słowem „obywatel”.

Prawica i warstwy posiadające nienawidziły go za to, organizując cały czas kampanię ataków przeciwko temu „polskiemu Robespierre’owi” i „bolszewikowi”. Zarzuty były bzdurne, bo Thugutt mimo radykalizmu społecznego przykładał wielką wagę do porządku i spokoju w dopiero co odzyskanym państwie. Przestrzegał przed chaosem, nie wahał się nawet wysłać w Zagłębiu Dąbrowskim wojska w celu rozbicia strajku inspirowanego przez komunistów. Nie będziemy uczyli ludu nienawiści do obszarnika, z którym on i tak da sobie radę, będziemy go uczyli miłości do Polski, która tak wiele jeszcze ofiar i poświęceń wymaga. /…/ nienawiść w kraju przepełnionym nędzą, nękanym głodem, smaganym podszeptami złej agitacji, może być iskrą rzuconą na proch – deklarował w owym okresie.

Wspominał, że na ulicach ofiarowywano już głośno 500 marek za moją głowę. Endecko-ziemiański zamach stanu w nocy z 4 na 5 stycznia 1919 r., pod przywództwem płk. Mariana Januszajtisa i księcia Eustachego Sapiehy, o mało nie zakończył się tragedią – „nieznani sprawcy” oddali do Thugutta dwa strzały w jego mieszkaniu, lecz chybili, zaś kilka godzin później minister został aresztowany. Po fiasku przewrotu podjął kroki w celu ukarania jego autorów.

Wkrótce odbyły się wybory, Thugutt nie zdobył mandatu poselskiego. Jako zaufany człowiek Piłsudskiego wyjechał do Paryża na konferencję pokojową w roli członka Komitetu Narodowego Polskiego. Wrócił po pół roku. W celach zarobkowych objął stanowisko dyrektora w spółce „Len Polski”, powrócił do aktywności w PSL „Wyzwolenie”.

***

Gdy ojczyzna znalazła się w potrzebie, odłożył na bok partyjne i polityczne animozje. W obliczu najazdu bolszewickiego wzywał do jedności narodowej, a sam – w wieku 47 lat – zgłosił się na ochotnika na front, rezygnując z propozycji otrzymania szlifów oficerskich, gdyż wyłączyłoby go to z czynnej walki. Jako żołnierz 201 pułku brał udział w kilku potyczkach. Podczas jednej z nich, pod Surażem, został postrzelony w prawą rękę – kula strzaskała kość ramieniową i uszkodziła nerw. Stracił na zawsze władanie, nauczył się pisać lewą ręką. Za udział w walkach otrzymał Krzyż Walecznych.

***

Mimo iż nie był posłem, pełnił rolę jednego z liderów i głównych ideologów PSL „Wyzwolenie”, w roku 1920 został ponownie członkiem Zarządu Głównego oraz jednym z redaktorów organu prasowego „Wyzwolenie”. Rola Thugutta w lewicowym stronnictwie ludowym była tak doniosła, że gdy członków PSL „Piast” zwano powszechnie witosowcami, to o jego partyjnych kolegach i sympatykach mówiono: thuguttowcy.

Dał się poznać jako jeden z czołowych w Polsce zwolenników reformy rolnej – z pasją krytykował ziemiaństwo i prawicę, domagając się przyznania chłopom ziemi. Był współautorem ustawy o reformie rolnej, jej propagatorem w Sejmie i orędownikiem wśród ludu. Uważał, że reformy dokonać należy jak najszybciej, aby gospodarkę polską oprzeć na powszechnej drobnej własności rolnej. Parcelacja ziemi miałaby wedle niego zostać dokonana przez państwo, chłop bowiem byłby bardziej związany mentalnie z ojczyzną, gdyby wykupił ziemię od jej przedstawicieli, nie zaś bezpośrednio od prywatnych właścicieli majątków. Z pasją krytykował tych wszystkich, którzy torpedowali wysiłki na rzecz reformy, uważając, że w ten sposób utrwalają Polskę starą, zmurszałą i niesprawiedliwą.

Jednak nie tylko przeciwników reformy rolnej gromił z pasją. Cięgi zbierali także socjaliści – PPS bowiem propagował wywłaszczenie obszarników z ziemi bez odszkodowania i przyznanie jej wyłącznie bezrolnym mieszkańcom wsi. Sprawiedliwość społeczna – przekonywał – nie może być tożsama z zemstą, a nowy ład trzeba budować na współistnieniu różnych warstw. Ziemianie powinni zostać pozbawieni części majątków, ale za odszkodowaniem. W roku 1926 pisał: Nie trzeba Polski Ludowej budować w imię nienawiści i zemsty. Odbierając spokój, nienawiść utrudnia zwycięstwo. Jakkolwiek wielkie były w przeszłości krzywdy ludu, rzeczą próżną, zbędną i głupią byłoby dziś się o nie prawować.

***

Jedność narodowa, swoboda działania, wolność przekonań i spokój społeczny, mimo różnic politycznych i innych, były przez wszystkie lata działalności politycznej jednymi z głównych ideałów Thugutta. Dla kogoś, kto obserwuje dzisiejszą scenę polityczną oraz pyskówki miernot, którym partyjny czy ideologiczny szyld przysłania rozum i elementarną uczciwość, postawa lidera PSL „Wyzwolenie” jest trudna do pojęcia. W imię wierności ideałom przełamywał wszelkie możliwe podziały – choć może lepiej powiedzieć, że wówczas tak krótkowzrocznych podziałów po prostu nie było.

Stanisław Thugutt był pomysłodawcą wyboru Gabriela Narutowicza na Prezydenta Polski, namówił go do kandydowania i organizował sejmowe poparcie dla tej idei. Gdy Niewiadomski zamordował Prezydenta, to właśnie lider lewicowych ludowców domagał się stanowczego ukarania tych, którzy do zbrodni nawoływali, podburzali nastroje społeczne i siali obrzydliwą propagandę, przepojoną wątkami antysemickimi. Przemawiając w Sejmie 19 czerwca 1923 r. mówił: /…/ jeżeli minęła ta otwarcie okazywana radość z powodu zamordowania „żydowskiego prezydenta”, jeżeli minęły te odmowy odprawiania nabożeństw za Narutowicza, który jakoby miał być Żydem, to jednak nie minęły inne objawy, które do dnia dzisiejszego są zgorszeniem publicznym. Śp. Narutowicz był ofiarą zbrodni. /…/ Na Powązkach grób Niewiadomskiego jest ciągle zarzucany kwiatami /…/ na grobie istnieje napis „Bohaterowi Narodu”. /…/ zapytuję ministra sprawiedliwości /…/ dlaczego prokurator nie wkracza w tę sprawę? /…/ o ile mi /…/ wiadomo, istnieje w kodeksie [karnym] artykuł przewidujący karę za pochwałę zbrodni.

Ale w tym samym (sic!) przemówieniu Thugutt, komentując wniosek złożony przez posłów mniejszości żydowskiej, mówił tak: Jeżeli chodzi o jakiekolwiek gwałty względem ludności żydowskiej /…/ to mogą być Panowie najzupełniej spokojni, że ja i całe moje stronnictwo w obronie bitego Żyda potrafimy stanąć. Jeżeli to będzie krzywda człowieka i obywatela, znajdziemy dosyć odwagi, aby o sprawiedliwość się upomnieć. Jednak uważam, że to jest zupełnie co innego, a co innego są motywy, które Panowie podali. Już parokrotnie uważałem /…/ za przykry obowiązek ostrzeżenie Panów przed tą namiętnością, jaką wnosicie Panowie do dyskusji politycznej w Polsce. /…/ ta niesłychana namiętność /…/ i ta bezceremonialność, z jaką rzucacie oskarżenia, już nie na jedną klasę, nie na stronnictwo, ale na całe Państwo Polskie, nie pozwoli nawet i członkom lewicy podtrzymać złożonego przez Panów wniosku.

Podobnie było z komunizmem. Choć wielokrotnie potępiał poglądy i cele ugrupowań komunistycznych, a w walce z bolszewikami został trwale okaleczony, to jednak stanowczo sprzeciwiał się represjom politycznym wobec takich środowisk. Uważał, że każdy obywatel ma prawo do wolności przekonań i słowa oraz swobodnej działalności politycznej. Oburzało go to, że /…/ zapełnia się więzienia ludźmi, nie za czyny, ale za przekonania, za przynależność do zakazanej partii, za ujawnione sympatie dla potępionych oficjalnie kierunków. Gdy jednak komunistyczne ośrodki propagandowe usiłowały kreować na Zachodzie obraz Polski jako jednego wielkiego aresztu, Thugutt jako członek sejmowej komisji badającej nadużycia policji i służb więziennych, zareagował listem do francuskich intelektualistów, zarzucając im, że w swoich apelach piszą nieprawdę i szkalują nasz kraj.

Tak samo postrzegał kwestię mniejszości narodowych i wyznaniowych. W broszurze „Jakich Polsce rządów potrzeba” pisał w roku 1920, komentując pomysły ograniczenia praw wyborczych: Warunek /…/ wysuwany przez prawicę, by Naczelnik Państwa był katolikiem, jest wręcz niedorzeczny. Polska zamieszkana jest przeważnie, ale jednak nie wyłącznie przez katolików. Zastrzec wyłączne prawo dla jednego wyznania – choćby najliczniejszego – to zepchnąć wszystkich obywateli Polaków innych wyznań na niższy stopień, obywateli drugiego rzędu. /…/ Nie prawami wyjątkowymi stanie Polska Ludowa, ale wznowieniem najlepszych naszych dawnych tradycji: zupełnej tolerancji i powszechnej miłości, jaka ma łączyć jej obywateli.

Wielokrotnie stawał w obronie mniejszości – przeciwko policyjnym represjom na Kresach, przeciwko endeckim pomysłom, by ziemie w ramach reformy rolnej przyznawać tylko „rdzennym Polakom”, przeciwko nierównemu podziałowi środków na oświatę polską i szkolnictwo innych nacji. Ale jednocześnie potępiał etnocentryzm samych mniejszości, sabotowanie ideałów jedności obywateli kraju, bez pardonu wskazywał także na ich związki z ZSRR i sianie niepokojów za sowieckie pieniądze. Przemawiając w Sejmie 9 lipca 1924 r. w sprawie ustaw językowych, domagał się, by państwo polskie szczególnie mocno – bardziej niż inne regiony kraju – wsparło mniejszości narodowe na Kresach, jako że padły ofiarą zniszczeń wojennych oraz egzystują na obszarach zacofanych gospodarczo. Lecz w tym samym przemówieniu mówił z wyrzutem pod adresem posłów owych mniejszości: /…/ Wasze ukochanie swoich praw, swojej kultury i swojej ściślejszej ojczyzny idzie tak daleko, że wyraźnie zieje nienawiścią do wszystkiego, co polskie.

Wielokrotnie oskarżany przez endeków o „zdradę interesu narodowego”, Thugutt w momencie odzyskiwania niepodległości walczył jak lew o ziemie zamieszkiwane przez Polaków lub ważne z punktu widzenia rozwoju kraju. Dostęp do morza i odzyskanie Gdańska określał jako „sprawę życia i śmierci”, nieustępliwie domagając się tego podczas rokowań pokojowych w Paryżu. Przekonywał również, że bez Śląska nie ma wielkiej, niezależnej Polski. Działał w warszawskiej sekcji Komitetu Obrony Śląska, wzywał rząd w okresie plebiscytu do wzmożonych wysiłków na rzecz przekonania Ślązaków do wyboru Polski, popierał zbrojną walkę powstańców. Przez całe międzywojnie zabierał głos w obronie interesu narodowego. Nie godził się na żadne ustępstwa przed żądaniami niemieckimi, a jego stanowcze opinie w obronie polskości Gdańska kilkakrotnie wywołały tzw. skandal międzynarodowy.

Dbałość o interesy Polski nie miała jednak w wykonaniu Thugutta nic wspólnego z nacjonalizmem. Opowiadał się za szeroką autonomią dla mniejszości narodowych, za dobrymi stosunkami z państwami sąsiedzkimi, promował koncepcje federacji państw Europy Środkowo-Wschodniej („idea Jagiellońska”). Współpracował z niemieckimi środowiskami przeciwnymi militaryzmowi, a mimo dawnych krzywd i potencjalnych współczesnych zagrożeń zalecał, aby Rosję traktować tak, jak każdy inny kraj i nie żywić do niej irracjonalnej nienawiści, nie rozdrapywać ran.

***

W roku 1921 z kilkoma przyjaciółmi założył Ligę Obrony Praw Człowieka i Obywatela, której głównym zadaniem było monitorowanie postaw administracji publicznej. Liga analizowała sytuację w więzieniach, broniła obywateli pokrzywdzonych przez urzędników, prowadziła mediacje w konfliktach z udziałem mniejszości narodowych i wyznaniowych.

Ni to ciekawostką, ni ważnym elementem jego biografii, był domniemany związek Thugutta z masonerią, bo Liga była uważana za jej przybudówkę. Przez całe międzywojnie endecy i konserwatyści zarzucali mu, że jest „człowiekiem z loży” i „fartuszkowcem”. Andrzej Ajnenkiel pisał: zbliżony do radykałów francuskich, reprezentował /…/ nurt podejmujący sprawę wolności i swobód obywatelskich, stąd też podejrzewano go o przynależność do masonerii.

Różnie oceniają rzecz najwybitniejsi badacze polskiej masonerii. Ze względu na tajność struktur wolnomularskich, trudno tu o pewniki. Prof. Ludwik Hass jest ostrożny, zwracając uwagę głównie na radykalnie demokratyczne i świeckie poglądy Thugutta oraz jego kontakty towarzyskie ze znanymi masonami. Ale nie unika nazywania go „działaczem politycznym spod znaku kielni i młotka”, „inteligentem-wolnomularzem”; wymienia też Thugutta jako prawdopodobnego przewodniczącego jednej ze stołecznych lóż – „Prawo Ludu”. Dr Leon Chajn ma mniej wątpliwości – uważa go za jednego z czołowych masonów związanych z obozem piłsudczykowskim, dokumentuje wystąpienie Thugutta na dorocznym zebraniu Wielkiej Loży Narodowej w 1926 r., uważa też, że odegrał on znaczną rolę w torpedowaniu wysiłków mających na celu zawarcie przez Polskę konkordatu ze Stolicą Apostolską.

Thugutt odbiega jednak od wizji masońskiego „szwarccharakteru”, na okrągło knującego przeciwko Ojczyźnie, Wierze, Tradycji i Wszelkim Świętościom. W zasadzie trudno w jego publicystyce i działalności publicznej znaleźć opinie i postawy, które można by skojarzyć z tym, o co oskarżani są wolnomularze. Owszem, miał radykalne poglądy demokratyczne i humanistyczne, opowiadał się za świeckim państwem, ale niemal nie uświadczy się u niego ataków na tradycje narodowe czy religię.

***

Szczyt jego popularności i wpływów w PSL „Wyzwolenie” datuje się na rok 1923 – prezes, główny ideolog, czołowy polityk, poseł, przewodniczący Klubu Poselskiego tej partii. W połowie grudnia tego roku, po upadku rządu Witosa, prezydent Stanisław Wojciechowski powierzył Thuguttowi misję sformowania rządu o charakterze centrolewicowym, z poparciem „Wyzwolenia”, PPS-u, Narodowej Partii Robotniczej, mniejszości narodowych, a także Chrześcijańskiej Demokracji (jej udział w rządzie miał sprawić, że wejdą w jego skład Piłsudski i Władysław Grabski). Misja Thugutta zakończyła się jednak fiaskiem – chadecy ostatecznie odmówili akcesu, co storpedowało nie tylko pomysł pozyskania sejmowej większości, ale także „jednościowy” charakter gabinetu. Rezygnując z tych wysiłków, wskazał prezydentowi na Grabskiego jako odpowiedniego kandydata na premiera. Bardzo cenił tego polityka prawicy, pisząc o nim: był pierwszym ministrem skarbu, który miał odwagę /…/ szukać pieniędzy tam, gdzie się one znajdują – w kieszeniach ludzi bogatych.

Część ludowców przyjęła rezygnację swego lidera z dezaprobatą, zarzucając mu zbyt małą wytrwałość i zapał w kwestii utworzenia rządu lewicy. Był to przedsmak poważnego konfliktu. W lipcu 1924 r. premier Grabski zaproponował Thuguttowi wejście do rządu w charakterze ministra spraw zagranicznych. Propozycję tę szef „Wyzwolenia” skonsultował z kilkoma zaufanymi ludźmi z kierownictwa partii, prosząc o dyskrecję i zajęcie stanowiska, gdy wróci z kilkudniowego wyjazdu. Wykorzystano to przeciwko niemu, rozgłaszając plotki, jakoby dał się kupić za rządowe stanowisko, choć on sam decyzji jeszcze nie podjął.

Wzburzony lider lewicowych ludowców zrezygnował z prezesostwa w partii, członkostwa w klubie parlamentarnym oraz złożył legitymację partyjną. Odmówił także przyjęcia teki ministerialnej. W ogłoszonym na łamach partyjnego organu liście pisał: Gdyby u nas prawica była znaczną większością, byłbym pierwszy za tym, żeby pozostać w roli czystej i ostrej opozycji. Ale co to znaczy w obecnej Polsce być opozycją? Przeciwko komu? Przeciwko rządowi, który i tak ledwie trzyma się na nogach, przeciwko państwu, które jest naszym państwem, czy przeciwko prawicy, która przy naszym sprzeciwie także nic zrobić nie może. W Polsce wszyscy chcą być opozycją, tylko nikt za nic nie chce przyjąć odpowiedzialności. Na miły Bóg, z samych przeczeń Polska nam nie urośnie. Deklaracja Thugutta-państwowca była jednocześnie abdykacją Thugutta-polityka – już nigdy nie zyskał tak znaczącej pozycji.
Próbowano kilkakrotnie przekonać go, aby wrócił do PSL „Wyzwolenie”, ale bezskutecznie. Jesienią 1924 r. premier Grabski złożył mu nową propozycję – tym razem Stanisław Thugutt zgodził się zostać wicepremierem, ze szczególnymi zadaniami w sprawie uporządkowania kwestii mniejszości narodowych i wypracowania porozumienia w sprawie ich statusu. Jak sam przyznawał, był to błąd, bowiem w rządzie pozostawał „obcym ciałem”, nie miał zbytniego wpływu na bieg wydarzeń, a kompromis pomiędzy ekstremalnymi biegunami – endekami i mniejszościami narodowymi – okazał się niezwykle trudny. Udało mu się przeforsować kilka regulacji polepszających sytuację mniejszości oraz całych Kresów, ale była to kropla w morzu potrzeb. Zrezygnował ze stanowiska w połowie roku 1925. Bernard Singer pisał o nim: Bez partii, bez wpływu na cokolwiek, niemalże bez słuchacza pozostał trybun.

W tym okresie, w roku 1924 i 1925, podejmował starania na rzecz nakłonienia Józefa Piłsudskiego do powrotu do czynnej polityki i objęcia któregoś z kluczowych stanowisk w dziedzinie obronności państwa. Od czasów I wojny światowej Thugutt darzył Marszałka ogromnym szacunkiem, choć nie zawsze zgadzał się z nim – w autobiografii pisał: /…/ mam prawo stwierdzić: nie zaniedbałem w swoim życiu politycznym niczego, co by Piłsudskiemu mogło ułatwić pracę i życie w Polsce.
Wraz z inteligenckimi „uciekinierami” z PSL „Wyzwolenie” i kilkoma posłami wcześniej niezrzeszonymi, powołał Klub Pracy, o orientacji demokratyczno-lewicowej (m.in. Kazimierz Bartel i Bolesław Wysłouch). Nie przejawiał jednak większej aktywności, a jesienią 1926 r. pożegnał się z tym środowiskiem z powodu jego ewolucji ku obozowi sanacyjnemu.

***

Zamach majowy 1926 r. ocenił krytycznie, ale początkowo łagodnie. Potępiał rozlew krwi, tym bardziej, że jego zdaniem autorytet Piłsudskiego był tak znaczny, iż można było uniknąć bratobójczych starć. Od dawna darzył Marszałka wielką estymą i uważał, że jeśli przejęcie przez niego władzy ma służyć przezwyciężeniu chaosu toczącego Polskę, to takie odstępstwo od zasad demokracji jest do przyjęcia. Po roku rządów Piłsudskiego pisał o nim, tonując własną krytykę obozu sanacyjnego, że Marszałek /…/ uczył innych z narażeniem własnego życia kochać Ojczyznę wtedy, kiedy niejeden z późniejszych dygnitarzy Rzeczypospolitej zakazywał surowo samemu sobie myśleć o Polsce. Dlatego też początkowo ocena przewrotu i jego skutków była zniuansowana. W 1927 r. Thugutt stwierdzał: Ogólny rezultat byłby /…/ raczej dodatni, gdyby nie /…/ fakt, że poza pewnymi polepszeniami kryje się coraz bardziej dotkliwa nędza klas pracujących.

Jednak w miarę upływu lat coraz bardziej krytycznie oceniał obóz sanacji, przede wszystkim rosnący autorytaryzm władzy, ograniczanie swobód obywatelskich, podkopywanie demokracji. W roku 1928 pisał: Naszej zgody na zniszczenie Sejmu, na odebranie ludowi prawa wyrażania swej woli nigdy nie będzie. /…/ Odebrać głos można by nam tylko przemocą, ale nie ma jeszcze na szczęście w Polsce tak wielkiego więzienia, w którym dałoby się zamknąć nas wszystkich. W jego opinii, taki model sprawowania władzy prowadzi donikąd. Zamiast jednoczyć społeczeństwo, antagonizuje je. Zamiast angażować różne grupy w działania na rzecz wspólnego dobra – skupia się na „samych swoich”. Zamiast uzdrowienia państwa, dokonuje się jego przejęcie przez wąską kastę, nie poddaną kontroli. Dawniej włóczyli się po biurach rządowych posłowie, którzy niejednokrotnie załatwiali tam swoje partyjne czy osobiste interesy. Dzisiaj włóczą się jakieś ciemne typy z rozmaitych mafii i klik – stwierdza w roku 1930.

Coraz bardziej krytyczny wobec sytuacji politycznej, wrócił w 1928 r. do PSL „Wyzwolenie”. Celowo uczynił to już po zamknięciu list wyborczych, aby nie podejrzewano go o zakusy na poselskie apanaże. Nie pełnił żadnych eksponowanych funkcji we władzach partii, jednak był znaczącą postacią w podejmowanych działaniach, takich jak obchody X rocznicy powołania rządu lubelskiego czy protesty przeciwko tzw. procesowi brzeskiemu liderów antysanacyjnej opozycji (istnieją opinie, że Thugutt nie zasiadł na ławie oskarżonych tylko dlatego, że Piłsudski osobiście wykreślił go z listy „przestępców”, kierując się sentymentem wobec sojusznika z czasów walk o niepodległość). W latach 1929-1930 był redaktorem pisma „Tydzień”, które integrowało centrolewicową część antysanacyjnej opozycji. W artykule programowym deklarował: Należąc do odmiennych grup politycznych czy nie należąc do żadnej, przychodzimy z różnych stron świata, ale droga, którą iść chcemy, jest jedna. Wszyscy niewątpliwie jesteśmy szczerymi republikanami, głęboko przeświadczonymi o tym, że przyszłość Polski, jej świetność i moc, jej zdrowie, a może nawet jej byt zależy od zupełnego zdemokratyzowania nie tylko ustroju państwa, ale dusz ludzkich i podstaw życia gospodarczego. Pismo upadło głównie z powodu częstych konfiskat nakładu przez sanacyjną cenzurę.

W obliczu potęgi obozu rządowego postulował współpracę ponad partyjnymi podziałami. Należał do czołowych twórców Centrolewu. Na jego Kongresie 29 czerwca 1930 r. był jednym z mówców. Największe wrażenie – wspominał Adam Próchnik – wywarło przemówienie /…/ Thugutta. „Tym paniczom – mówił – śnią się po nocach korony hrabiowskie. Dobrze. Niech sobie na nich wyryją godło: przez krew do błota”. Choć Centrolew nie odniósł sukcesu, Thugutt wcześniej i później uważał, że naturalnym sojusznikiem chłopów są socjaliści z PPS, jako reprezentanci drugiego z „odłamów” ludu – robotników.

Był natomiast jednym z architektów udanego zjednoczenia ruchu ludowego, celu niespełnionego od czasu odzyskania niepodległości. 15 marca 1931 r. połączyły się „Piast”, „Wyzwolenie” i Stronnictwo Chłopskie, a Stanisław został członkiem Rady Naczelnej zjednoczonego Stronnictwa Ludowego i przewodniczącym Sądu Partyjnego, niedługo powołano go także w skład komisji ideowo-programowej. Na kolejnym kongresie, w 1934 r., został przewodniczącym Rady Naczelnej, której to funkcji zrzekł się ze względu na stan zdrowia cztery lata później – wówczas nadano mu godność honorowego prezesa RN. Jako jeden z liderów ludowców podkreślał konieczność braku kompromisów z sanacją, lecz jednocześnie przestrzegał przed sojuszem z narodowcami i komunistami oraz przed takimi metodami walki, które mogły owocować chaosem wewnętrznym, niebezpiecznym szczególnie w obliczu coraz poważniejszej sytuacji międzynarodowej w drugiej połowie lat 30.

***

Choć dobiegał wówczas 60-tki, Thugutt na początku lat 30. był jednym z działaczy najbardziej zaangażowanych we współpracę z młodzieżą ruchu ludowego. Cenili go aktywiści Związku Młodzieży Wiejskiej RP i Akademickiej Młodzieży Ludowej, widząc w nim jednego z ciekawszych ideologów. Chętnie udostępniano mu łamy „Wici” i „Młodej Myśli Ludowej”. On zaś w młodych ludowcach dostrzegał szansę na wcielenie w życie ideałów Polski Ludowej. Wynikało to nie tylko z podobnych ocen istniejącego ładu – Thugutt z upływem czasu radykalizował się w kwestiach społeczno-ustrojowych, ale także w gospodarczych, coraz mocniej krytykując system kapitalistyczny; młodzież ludowa była bardziej radykalna i nonkonformistyczna niż „starzy”. Jego broszura „Listy do młodego przyjaciela” (zwana „katechizmem młodych ludowców”) spotkała się z szerokim odzewem w tym środowisku, stając się swoistym podręcznikiem dla nowych adeptów. Pisał w niej: Należysz do najszlachetniejszej w świecie klasy, do ludzi, którzy żyją z własnej pracy, nikogo nie wyzyskując, nikomu nie będąc pijawką. Ten „bolszewik” kończył broszurę wezwaniem: Nie trać wiary w Polskę, bo nie ma dla ciebie poza Polską nic.

Drugą płaszczyzną zbliżenia między „weteranem” a 20-30-latkami był także ferment ideowy w tym środowisku, poszukiwanie odpowiedzi na wyzwania współczesnego świata. To właśnie wśród „wiciarzy” popularność zyskały zapożyczone z Czechosłowacji i Bułgarii idee agrarystyczne, twórczo rozwijane na polskim gruncie. Thugutt był autorem przedmowy do czołowego manifestu tego nurtu – książki „Agraryzm jako forma przebudowy ustroju społecznego” Stanisława Miłkowskiego, wydanej w roku 1934. Pisał tam: Zarówno w mieście, jak i na wsi autor wypowiada się wyraźnie za wywłaszczeniem wielkiego kapitału, przy równoczesnym jednak pozostawieniu prywatnej własności w drobnym rolnictwie. W ten sposób system proponowany – agraryzm – zawierałby w sobie dwie płaszczyzny, dwa typy działania gospodarczego /…/. Utrzymując własność prywatną na wsi, chce dziś już tworzyć tam nowe formy pracy i posiadania, kładąc wielki nacisk na gospodarkę częściowo przynajmniej kolektywną (spółdzielczą). Thugutt pisał to z wyraźną aprobatą, był bowiem w tym okresie jednym z czołowych działaczy polskiej spółdzielczości.

***

Po założeniu wspomnianej „kłopotliwej” spółdzielni spożywców w Ćmielowie, Thugutt na ćwierćwiecze rozstał się z tym środowiskiem. Nie znaczy to, że porzucił takie ideały. Rolę i znaczenie spółdzielczości doceniał niezmiennie przez lata, jednak w drugiej połowie lat 20. zaangażował się całym sercem po stronie tej formy gospodarki i życia zbiorowego.
W roku 1928 spółdzielczość spożywców „Społem” zwróciła się do Thugutta z propozycją współpracy. Postanowiono wykorzystać jego wiedzę i talent publicysty do propagowania takich ideałów. Najpierw opracował zbiór teoretycznych zasad „dobrej spółdzielczości”, później poproszono go o kolejne publikacje-broszury: „Pionierzy”, „Co to jest spółdzielnia spożywców” i „Porównawcze ustawodawstwo spółdzielcze”. Do tego doszło wiele artykułów publikowanych na łamach prasy branżowej – „Spólnoty”, „Społem” i „Pracownika Spółdzielczego”, a także popularyzatorskie teksty w różnorakich czasopismach ruchu ludowego i socjalistycznego. Rok 1934 przyniósł natomiast większą pracę Thugutta na ten temat, „Spółdzielczość. Zarys ideologii” (do roku 1946 doczekała się jeszcze trzech wydań).

Od roku 1929 wchodził w skład zarządu Towarzystwa Kooperatystów – czołowej polskiej organizacji zajmującej się propagowaniem spółdzielczości. W roku 1932 został jego prezesem, sprawował tę funkcję aż do wybuchu wojny. Dwa lata później wybrano go prezesem Spółdzielczego Instytutu Naukowego, wszedł też w skład redakcji jego organu – „Spółdzielczego Przeglądu Naukowego”. Był redaktorem „Informatora Spółdzielczego Towarzystwa Kooperatystów”, w roku 1935 objął redakcję dwutygodnika „Społem”. Prowadził ożywioną działalność popularyzatorską, nie tylko jako publicysta, ale także autor wielu publicznych wykładów i organizator różnorakich imprez poświęconych spółdzielczości. Wykładał w warszawskim Gimnazjum Spółdzielczym im. Mielczarskiego, był autorem tematycznych pogadanek radiowych, przygotował cykl tekstów dla Spółdzielczych Kursów Korespondencyjnych „Społem”, tuż przed wojną sporządził broszurę z analizą spółdzielczości uczniowskiej.

To on odegrał czołową rolę w zaszczepieniu ideałów spółdzielczych młodzieży ruchu ludowego, co zaowocowało w praktyce „ekspansją” na wieś spółdzielczości spożywców, dotychczas koncentrującej się głównie w miastach. Nie był jednakże Thugutt wyłącznie teoretykiem – to w znacznej mierze dzięki jego konkretnym wysiłkom odbudowano w Warszawie spółdzielczość spożywców, pod nazwą „Zjednoczenie”. Wiele wysiłków poświęcił także stworzeniu struktur związków zawodowych w sektorze spółdzielczym, mimo znacznego oporu ze strony części tego środowiska.

Był także jednym z niewielu Polaków, którzy odegrali rolę w światowym ruchu spółdzielczym. We wrześniu 1934 r. jako delegat „Społem” wziął udział w XIV Kongresie Międzynarodowego Związku Spółdzielczego w Londynie. Dwa lata później wybrano go w skład jednej z najważniejszych instytucji tego ruchu – Międzynarodowego Instytutu Spółdzielczego, kierowanego przez prof. Charlesa Gide’a, który nb. bardzo cenił Thugutta, mimo iż Polak często polemizował z jego poglądami. Również w 1936 r. był przewodniczącym zjazdu Centralnego Komitetu Międzynarodowego Związku Spółdzielczego, który odbył się w Warszawie.

***

Nie można być spółdzielcą, nie uznając konieczności wzajemnej pomocy, jako naczelnej zasady współżycia ludzkiego. /…/ współczucie dla pokrzywdzonych leży u źródeł spółdzielczości. Oczywiście nie słodkawa litość, która chce, samą siebie oszukując, wykpić się rzuceniem ofiarom krzywdy ochłapów, ale szczere i odważne postanowienie zniszczenia zła przez wyrwanie go z korzeniem, przez zmianę stosunków, w których rodzi się i rozkwita krzywda, przez zrzeczenie się korzyści, które płyną z nieczystych źródeł – pisał w swym głównym dziele, „Spółdzielczość. Zarys ideologii”. Spółdzielczość miała wedle niego dwa wymiary – ekonomiczny (poprawa sytuacji bytowej niższych warstw społecznych oraz docelowo zmiana systemu gospodarczego) i społeczny (jako czynnik wspierający demokratyzację stosunków społecznych i ułatwiający angażowanie obywateli w kształtowanie swego życia i sfery publicznej).

Jego poglądy nt. spółdzielczości godziły radykalizm z rozsądkiem. Uważał, że taka forma gospodarki i życia społecznego powinna być głównym taranem rozbijającym kapitalizm – nie wierzył w „pokojowe współistnienie” obu tych porządków na dłuższą metę. Był także przekonany, iż system oparty wyłącznie na dążeniu do zysków jest szkodliwy i musi zostać zastąpiony bardziej „ludzkimi” rozwiązaniami. Nie ma trwałego kompromisu między kooperatyzmem a kapitalizmem, jest tylko walka o byt. /…/ Kiedy spółdzielnia wzniesie się na wyższy stopień swojej organizacji, zaczynając produkować, usuwa nie tylko kupców, ale i przemysłowców. Kiedy powstaje bank, przeznaczony wyłącznie do obsługi spółdzielni, zarysowuje się ostatnia ściana twierdzy kapitalistycznej. /…/ Twierdzić, że nie ma istotnych różnic pomiędzy kapitalizmem a spółdzielczością byłoby to samo, co mniemać, iż nie ma żadnej różnicy między nowotworem a zdrowymi /…/ tkankami organizmu – pisał w jednym z artykułów w 1931 r.

Wedle niego, nie jest możliwe oddzielenie spółdzielczości od antykapitalizmu. Po pierwsze, w spółdzielczość angażują się głównie ubożsi i marginalizowani członkowie społeczeństwa, im bowiem taka forma daje najwięcej korzyści. Efektem jest wyraziście klasowy charakter ruchu, choć nie jest on ani celem, ani obowiązującą zasadą. Po drugie, sposób funkcjonowania spółdzielni, ich konkurowanie z firmami prywatnymi, wyraźnie podkreśla ten antagonizm. Nawet jej [spółdzielczości] najbardziej umiarkowane /…/ odłamy przez sam fakt swego istnienia walczą z kapitalizmem, wypierają go z jego placówek, poskramiają jego chciwość, stwarzają nowe, niekapitalistyczne formy życia gospodarczego – pisał w „Spółdzielczości”. Taka forma gospodarki ma więc sporo wspólnego z ruchem socjalistycznym – propaguje gospodarkę uspołecznioną oraz swoistą, choć „zakamuflowaną”, walkę klas. Różni się od niego natomiast metodami (pokojowa przebudowa świata zamiast walki i rewolucji), charakterem (oddolne zmiany zamiast odgórnego ich narzucania), realizmem (konkretne rozwiązania osiągane metodą prób i błędów zamiast „książkowych” wizji) i horyzontem czasowym (nacisk na teraźniejszość zamiast rozważań o przyszłości).

Od standardowego socjalizmu odróżnia spółdzielczość również stosunek wobec postaw ludzkich. Thugutt dostrzegał wiele słabości w hurraoptymistycznych wizjach niektórych „zsocjalizowanych” odłamów spółdzielczości. Kładąc nacisk na ideowy i humanistyczny wymiar tego ruchu, przestrzegał jednocześnie przed projektami utopijnymi i pięknoduchostwem. Spółdzielczość nie może abstrahować od pewnych powszechnych postaw człowieczych. Musi zapewniać wymierny zysk i oferować konkretne, namacalne korzyści, gdyż samą ideą nikt się nie najadł. Zamiast roztaczania wizji lepszego świata, nacisk należy kłaść na poprawę losu „tu i teraz”. Spółdzielczość musi także być prężną gałęzią przedsiębiorczości, nie zaś rodzajem filantropii czy niezobowiązującym eksperymentem społecznym.

Krytykował bezpaństwowy nurt spółdzielczości. Darząc szacunkiem postawę i poglądy Piotra Kropotkina i Edwarda Abramowskiego, uważał jednocześnie za szkodliwe ich postulaty, by dobrowolne, oddolne zrzeszenia gospodarcze prowadziły do zniesienia państwa. Wskazywał nie tylko na aspekt utopijny takich pomysłów, ale także na samoistną wartość państwa jako formy organizacji życia zbiorowego wspólnoty narodowej. Państwo musi istnieć przynajmniej tak długo, dopóki istnieć będą narody, dopóki istnieć będzie miłość do wspólnej kultury, przeszłości i zwyczajów. Nie oznacza to bynajmniej pochwały machiny państwowej, a zwłaszcza jej rozrostu. Thugutt uważał, że to właśnie spółdzielczość jest naturalnym nowoczesnym lekiem na przerosty biurokracji i ciągoty statolatryczne. Ma ona bowiem możliwość przejmowania z rąk państwa wielu zadań ze sfery gospodarki i organizacji życia zbiorowego, a także kształtuje samodzielność obywateli, ich wiarę we własne siły oraz umiejętność oddolnej samoorganizacji.

Spółdzielczość ma – poza aspektem stricte gospodarczym – do odegrania właśnie znaczną rolę w „humanizacji” życia społecznego. Uczy współpracy, wzajemnej pomocy, odpowiedzialności za innych, a także stymuluje zaangażowanie człowieka w podejmowanie decyzji. Jako taka nie jest przeciwieństwem państwa, lecz jego wsparciem, szkołą faktycznego społeczeństwa obywatelskiego. Jest najlepszym „fundamentem” faktycznej demokracji. Spółdzielczość bowiem od początku opierała się na kilku aspektach: równości (niezależnie od ilości udziałów, każdy członek spółdzielni ma równy głos), dobrowolności akcesu (spółdzielczość oparta na przymusowym udziale – jak w ZSRR – była zdaniem Thugutta zaprzeczeniem ideałów tego nurtu), zasadzie „otwartych drzwi” (zmienny skład osobowy i brak – poza sytuacjami szczególnymi – barier dla potencjalnych chętnych nowych członków), neutralności (spółdzielczość skupia ludzi rozmaitych poglądów, akceptując ich różnorakie wybory życiowe, nie usiłując im narzucać żadnych postaw, lecz jednocząc ich ponad podziałami i ucząc pracy dla dobra wspólnego), a także uwzględnieniu celów „społecznych”, tj. wykraczających poza sferę materialnego, doraźnego zysku (każda ze spółdzielni musi tworzyć niepodzielny między jej członków fundusz społeczny, z którego finansowane są wydatki nie przynoszące zysków, np. działalność oświatowa, kulturalna itp.). To wszystko sprawia, że spółdzielczość jest szkołą demokracji – nie tylko na poziomie procedur i reguł, ale także poprzez system faktycznych zachęt do angażowania się w życie publiczne.

Który z tych trzech odłamów – ruch zawodowy [tj. związkowy – przyp. R. O.], partie polityczne czy spółdzielczość – przyczyni się najwięcej do ostatecznego zwycięstwa, jest dziś niewiadomym i przyznać trzeba dość obojętnym. Zachodzi jednak obawa, iż gdyby zwyciężył tylko ruch zawodowy, reprezentujący wyłącznie interesy wytwórców, albo partie polityczne, tak skłonne do narzucania swych poglądów przemocą, życie małych ludzi w tym nowym, lepszym świecie nie zawsze byłoby wysłane różami. Możliwość nadmiernej centralizacji, nadmiernego zbiurokratyzowania życia byłaby wysoce prawdopodobna. Spółdzielczość podlega tym samym niebezpieczeństwom, ale umie lepiej się od nich bronić. Ona jedna /…/ opiera się na interesach człowieka, nie jako cyfry statystycznej ani pojęcia prawnego, ale jako żywej istoty, będącej samej dla siebie światem – przekonywał na kartach „Spółdzielczości”.

***

Gdy wybuchła wojna i do Polski wkroczyli hitlerowcy, 66-letni Thugutt szukał wraz z rodziną schronienia w Wilnie. Eugeniusz Andruszkiewicz, tamtejszy działacz „Społem”, wspomina: Któregoś dnia powiadomiono mnie, że Stanisław Thugutt chce się zobaczyć ze mną. Ujrzałem go w tłumie interesantów. Do dziś pamiętam jego wygląd. Wychudła twarz z dużym zarostem, okrywał go stary, podarty chłopski kożuch, spod którego wyglądała wybrudzona, lniana chłopska koszula. Spółdzielcy zorganizowali pomoc dla państwa Thuguttów. Stanisław wkrótce włączył się w działania tego środowiska, chcąc w warunkach sowieckiej „kurateli” ochronić majątek spółdzielczy i ocalić dobre imię „Społem”, liczył bowiem, że wojna wkrótce się skończy.

W grudniu 1939 r. otrzymał od generała Władysława Sikorskiego zaproszenie do członkostwa w powołanej we Francji Radzie Narodowej, ciała przedstawicielskiego polskich władz na uchodźstwie. Miał via Sztokholm przybyć w tym celu wraz z rodziną do Paryża. W maju 1940 r. udało się w końcu zorganizować wyjazd, państwo Thuguttowie dotarli do Szwecji, gdzie zostali otoczeni opieką przez tamtejszych spółdzielców. Plany przedostania się do Francji okazały się nierealne z powodu trwającej hitlerowskiej inwazji na Danię i Norwegię. Rozważano powrót do okupowanej Warszawy, ale przyjaciele odradzili tak ryzykowny krok.
Stanisław August Thugutt zmarł 15 czerwca 1941 r. w Sztokholmie. Pochowano go cztery dni później. Pogrzeb zgromadził kilkaset osób – zwykłych Polaków, szwedzkich spółdzielców, przedstawicieli emigracyjnych władz polskich. Trumnę zmarłego udekorowano Wielką Wstęgą Orderu Odrodzenia Polski. Mimo że od tamtego momentu minęło niemal 70 lat, jego prochy do dziś nie zostały sprowadzone do ojczyzny.

***

A co z Polską Ludową? Z Polską wolnych i równych obywateli? Z Polską sprawiedliwą i będącą godnym domem wszystkich swoich córek i synów? Stanisław Thugutt 81 lat temu pisał: Przed nami droga daleka i trudna. Nikt z nas żywych nie zobaczy jej końca. I choć walka, którą toczymy, nie jest walką krwawą, niejeden padnie z wysiłku i znużenia. Uczcimy go serdecznym, braterskim wspomnieniem. Pozostali muszą iść dalej. My musimy iść dalej.


Powyższy tekst pierwotnie ukazał się w piśmie „Obywatel” nr 3(35)/2007.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.

Literatura (ważniejsze pozycje):

  • Jan Borkowski, Ludowcy w II Rzeczpospolitej (część I i II), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1987.
  • Jan Borkowski, Od Waryńskiego do Witosa. Ruch robotniczy a chłopi i ludowcy w Polsce, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Jan Borkowski, Józef Kowal, Stanisław Lato, Witold Stankiewicz, Alicja Więzikowa, Zarys historii polskiego ruchu ludowego (tom II – 1918-1939), Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1970.
  • Leon Chajn, Polskie wolnomularstwo 1920-1938, wydanie II zmienione, „Czytelnik”, Warszawa 1984.
  • Ludwik Hass, Ambicje, rachuby, rzeczywistość. Wolnomularstwo w Europie Środkowo-Wschodniej 1905-1928, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1984.
  • Jan Jachymek, Myśl polityczna PSL „Wyzwolenie” 1918-1931, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1983.
  • Tadeusz Janczyk, Stanisław Thugutt jako działacz spółdzielczy /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Lato, Ruch ludowy wobec sanacji (z dziejów politycznych II Rzeczypospolitej), Krajowa Agencja Wydawnicza, Rzeszów 1985.
  • Adam Próchnik, Pierwsze piętnastolecie Polski niepodległej (1918-1933), Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1983.
  • Jan Sałkowski, Polityk i spółdzielca /w:/ Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janusz Socha, Stronnictwa ludowe po zamachu majowym, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Stanisław Thugutt, O demokracji i ustroju Polski, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 1998.
  • Stanisław Thugutt, Spółdzielczość. Zarys ideologji, Wydawnictwo Polskiego Związku Wychodźctwa Przymusowego w Hanowerze 1946 (wydanie IV).
  • Stanisław Thugutt, Wyznania demokraty. Publicystyka z lat 1917-1939, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1986.
  • Janina Barbara Twaróg, Stanisław August Thugutt: krajoznawca – publicysta – wybitny działacz Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego, http://khit.pttk.pl/index.php?co=tx_bio_sat
  • Alicja Więzikowa, Działalność Stanisława Thugutta w polskim ruchu ludowym /w:/ Stanisław Thugutt, Autobiografia, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1984.
  • Alicja Więzikowa, Stanisław Thugutt (1873-1941) /w:/ Alicja Więzikowa (red.), Przywódcy ruchu ludowego. Szkice biograficzne, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1968.
  • Andrzej Wojtas, Problematyka agrarna w polskiej myśli politycznej 1918-1948, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1983.
  • Alicja Wójcik, Myśl polityczna Stanisława Augusta Thugutta (1873-1941), Wydawnictwo UMCS, Lublin 1992.