Na Dzień Spółdzielczości [1934]

Dorocznym zwyczajem pozwalamy sobie dziś zwrócić się do ogółu społeczeństwa w imię sprawy, której służymy, w którą wierzymy, dla której chcielibyśmy zjednać współdziałanie najszerszych mas. Sprawą tą jest spółdzielczość.

Stając w Dniu Spółdzielczości przed Wami, nie stajemy z pustymi rękami. Jest zaledwie 84 lata od czasu założenia w Śremie przez ks. Augustyna Szamarzewskiego pierwszej spółdzielni polskiej. A na początku 1933 roku było w Polsce 18668 spółdzielni, ogarniających niemal wszystkie działy życia gospodarczego warstw ludowych: spożycie, kredyt, budownictwo, liczne potrzeby rolnictwa i pracę tych, którzy nie mogąc założyć samodzielnego przedsiębiorstwa, zrzeszają się dokoła wspólnego warsztatu. A ruch spółdzielczy nie tylko polepsza byt swoich członków, broni ich od wyzysku i lichwy, ale zaspokaja nawet ich aspiracje i tęsknoty społeczne, budując w chaosie dzisiejszych walk, marnowanych wysiłków i zawiedzionych nadziei nowy, zgoła odmienny świat, może mniej błyskotliwy, mniej pełen kontrastów, ale sprawiedliwszy i zdrowszy. Specjalnie jeżeli chodzi o mniejszości narodowe, nie tylko zaspokaja spółdzielczość ich potrzeby gospodarcze, ale bez obrazy interesów Państwa, bez podsycania waśni narodowych pogłębia ich kulturę.

Jest nas też już dzisiaj w Polsce niespełna trzy miliony. Jeżeli dodać do tej liczby rodziny członków, licząc po 4 osoby na rodzinę, co w naszych stosunkach wiejskich jest raczej zbyt mało niż zbyt wiele, ogarnia spółdzielczość około 12 milionów ludzi, czyli przeszło 1/3 ludności Państwa Polskiego. To już jest coś. Nawet oczy niechętnie patrzące na zjawiska sobie niemiłe nie powinny się od tego odwracać. Ale i to nie jest wszystko. Mógłbym długo opowiadać o wartości naszego ruchu, o tym, co potrafiliśmy stworzyć dotychczas, i nie byłaby to doprawdy najbardziej błaha część naszego odrodzenia narodowego. Ale na opowiedzenie nawet drobnej części tego, co bym powiedzieć powinien, nie starczy skąpo wymierzonego miejsca. Poprzestańmy na dwóch faktach; oba są natury ogólnej, ale oba ważą jak złoto.

Przede wszystkim tempo naszego rozrostu. Błędem byłoby brać pod uwagę tylko ostatnie lata – to lata nienormalne. Dopiero kiedy przebiegniemy pamięcią cały okres życia naszego ruchu, będziemy mogli ocenić niczym niepowstrzymany pęd jego rozwoju. Urodzony w niewoli, która hamowała jego ruchy, przeszedł zwycięsko przez wojnę, która zniszczyła jego dobytek materialny, i inflację, która podcinała korzenie jego bytu. Nie brakło klęsk i załamań, ale zawsze potem przychodziła fala jeszcze większa, jeszcze potężniejsza. Te fale i dziś jeszcze idą ciągle bez przerwy, jak gdyby wyłaniając się gdzieś z głębin duszy narodu. Tyle ideałów w ostatnich czasach zszarzało, tak często ludzie depcą dziś to, w co wczoraj wierzyli, ustrój gospodarczy trzeszczy w posadach, a źródło siły ruchu spółdzielczego bije wciąż żywe, obfite. Dlatego wierzymy, iż jutro będzie nasze.

I druga rzecz – nasza odporność na niszczące wpływy zewnętrzne. Oczywiście byłoby nieprawdą, gdybym powiedział, że kryzys przeszedł całkiem ponad naszymi głowami; byłoby to niemożliwe, choćby dlatego, że my głów nie schylamy w nadmiernej pokorze przed niczym i przed nikim. Prawdą jest natomiast, że podlegać złowrogim wpływom kryzysu zaczęliśmy ostatni i pierwsi zaczynamy się z nich otrząsać. Niejedno drzewo w naszym lesie podczas burzy upadło, ale z reguły upadały te tylko organizacje, które nie dość ceniąc wyrobione w ruchu zasady, najmniej były z ducha spółdzielcze, najmniej opierały się na własnych siłach, szły po linii najmniejszego oporu, rozdając cudze pieniądze na kredyt. Szkody były niemałe, ale i pożytek jest duży, choćby przez odrzucenie tego wszystkiego, co w naszej pracy okazało się niedociągniętym i lichym. To, co po burzy zostanie, będzie zdrowym ziarnem, które obrodzi plonem, sowicie wynagradzającym poniesione straty. I pozostanie nauka – prawda, że dotkliwa, ale jakże w skutkach swoich zbawienna, nauka, że droga nasza jest dobra, złem jest tylko zbaczanie z niej na manowce lekkomyślnej słabości.

Nam – spółdzielcom – zarzucają niektórzy, że nadmiernie wierzymy w swoją przyszłość, w wartość tego, co robimy, w swoje ideały i w to, czego nam się już udało dokonać. Tak jest – wierzymy w siebie, w swoją rację bytu na świecie. Gdybyśmy nie wierzyli, nie udałoby nam się przebyć drogi, po której 90 lat temu 28 nędzarzy z Rochdale ruszyło szukać ze swojego maleńkiego kramiku sprawiedliwości społecznej i doszło do jednego z największych w Anglii przedsiębiorstw, do hurtowni, która ma 100 własnych fabryk i własną flotę posyła w morze na połów i jest największym na świecie sprzedawcą herbaty, sprowadzanej z olbrzymich własnych plantacji. Gdyby nie było wiary, nie rozrosłaby się skromna kasa Raiffeisenowska w olbrzymią sieć kas drobnych rolników, która dziś pokrywa świat cały, która jest wszędzie niemal, gdzie pług orze ziemię. I nie poświęcałby Schulze z Delitzsch wysiłków całego życia, niepospolitych talentów organizacyjnych i urzędowej kariery budowaniu, które było zarazem walką.

To jest siła, którą nam daje przeszłość. Ale my jesteśmy ruchem zbyt młodym, żeby się doszczętnie pogrążać w rozpamiętywaniu tego, co było. Nasza siła płynie nie z tego, czegośmy już dokonali, ale z tego, co leży przed nami, czego musimy dokonać. Nigdy zadania nasze nie były większe niż dzisiaj. Ludzie żyjący obecnie, walczący z najwyższym trudem o suchy kawałek chleba, lękający się jutra, które im może przynieść całkowitą zagładę, nie zdają sobie dostatecznie sprawy, jak dalece wali się i kończy to, co było dotychczas ustalonym porządkiem życia gospodarczego, co ich żywiło, co im wyznaczało jakieś określone miejsce na świecie. Chwieją się i podlegają rozkładowi stare formy życia, przyszłość jest ciemna, chaosem jest dzień dzisiejszy. Wynaleźć w tym chaosie jakieś stałe punkty oparcia, na których można by budować choćby skromne na razie zaczątki nowego, lepszego życia, to dziś rzecz najważniejsza, kto wie, to jest może kwestia bytu albo niebytu współczesnej cywilizacji, która w obecnym systemie kapitalistycznym rozwijać się już dłużej nie może, a która musi przecie zdobyć nowe formy działania.

Formy te, zadatki lepszego jutra, daje spółdzielczość. Cóż z tego, że są one na razie skromne i słabe. Wszechpotężny do niedawna kapitalizm rósł przecie paręset lat jak gdyby w ukryciu, zanim dokonał w końcu XVIII wieku słynnej rewolucji przemysłowej, po której objął niepodzielną władzę. Nie jest najważniejszym to, czy nasz dobytek jest wielki, czy mały – istota rzeczy polega na tym, że jest on zgoła odmienny w swoich zasadach, w metodach swojej pracy, od tego, co jest dzisiaj i co się już teraz coraz widoczniej okazuje ruiną. Nie zaprzątajmy sobie uwagi tym, czy spółdzielczość jest w stanie dokonać sama zmiany ustroju, czy automatyczny rozwój naszych organizacji da nam w końcu całkowite zwycięstwo. Życie jest bardziej powikłane niż wszelkie przewidywania i przepowiednie. Spółdzielczość jest tylko jedną z sił walczących na terenie, ale to, co ona wnosi do życia, jest koniecznym, żeby usunąć obecnie trapiące całą ludzkość zło, żeby to zło podciąć u samego korzenia.

Złem, które zwalczamy, tym źródłem wszelkiego zła we współczesnym świecie jest nie co innego, jak doprowadzony do szaleństwa wyścig do bogactwa, wyścig, w którym słabszych depce się i odtrąca bez miłosierdzia. Złem istotnym jest nie tylko nawet panowanie bogatszych, którzy osobiście mogą być ludźmi dobrodusznymi, ile ubóstwianie bogactwa, które musi rosnąć samo dla siebie, choćby to było z ludzkim cierpieniem i krzywdą. Tak przecie kształtuje się całe życie, tak szczepi się już młodocianym duszom instynkt posiadania, którego nie miarkuje instynkt sprawiedliwości, tak powstają instytucje społeczne, obliczone przede wszystkim na wygodę i pożytek tych, którzy doszli już do mety w wyścigu. A wszystko dało w ostatecznym wyniku dziesiątki milionów bezrobotnych, niszczenie środków żywności w oczach ludzi cierpiących z głodu i nieustające trzęsienie ziemi, nawet pod nogami tych, którzy po niej najpewniej i najpyszniej stąpali.

Temu wszystkiemu przeciwstawiamy w imię sprawiedliwości i zdrowego rozsądku swój program, w którym mało jest miejsca dla bogactwa, ale dużo dla najpierwotniejszego prawa ludzkiego – prawa do życia. Nie jesteśmy szaleni i nie namawiamy nikogo, ażeby szedł na puszczę i żywił się tam korzonkami, nie namawiamy choćby dlatego, że w dzisiejszym ustroju korzonki tak by poszły niezwłocznie w cenie, żeby się ich żaden ubogi człowiek nie mógł dokupić. Nie odrzucamy nawet kapitału, jako nagromadzonej pracy, ale dopuszczamy go do służby, nie do rządzenia, nakładamy mu przy tym tęgą uzdę przepisów, pozbawiających go prawa głosu i poskramiających jego żarłoczną chęć zysku. To nie jest jeszcze dużo, ale to jest już jednakże początek uzdrawiania stosunków, które się nadto już zabagniły i które własnymi siłami nic mogą się uzdrowić. Gdyby nawet w obecnych stosunkach całe spożycie i cała wytwórczość warstw ludowych zorganizowane były spółdzielczo, nie nastąpiłaby jeszcze zmiana ustroju gospodarczego, ale przyszłoby pewne odprężenie, zarysowałaby się wyraźnie droga do nowego życia.

W tym celu trzeba jednak, żeby ruch spółdzielczy szerzej rozwinął skrzydła. Spółdzielczość dąży do poprawy bytu swoich członków, ale ponieważ jej drzwi są rozwarte dla wszystkich, dąży ona w istocie rzeczy do poprawy bytu wszystkich ludzi, tych przynajmniej ludzi, którzy wyrzekną się chciwości i wyzysku słabych. To jest wielkie zadanie, ale nie trzeba bać się wielkich celów, bo one dopiero czynią życie szlachetniejszym i bardziej znośnym zarazem. Spółdzielnia to nie tylko sklep ani biuro wspólnych zakupów, ani banczek ludowy. Spółdzielczość to nie tylko wielki ruch gospodarczy, ale równocześnie sięgający głębi serc wielki ruch moralny, dążący do oczyszczenia dusz ludzkich z chciwości i okrucieństwa, z rozpaczy i niewiary w samego siebie.

Choć się o tym mniej mówi na naszych zgromadzeniach, istnieje przecie moralność spółdzielcza, zabraniająca wyzysku i krzywdy; kto ma duszę zatrutą chciwością, kto ma palce zwalane krzywdą ludzką, ten nie powinien być dopuszczony do naszego grona; nie wiem zresztą, po co by tu przychodził, skoro nie możemy mu ofiarować niczego, co by go interesowało. Nie o to chodzi, żeby spółdzielczość dziś już tworzyła swoje prawa moralne, regulujące współżycie ludzi między sobą; wystarczy, że spółdzielczość, poczuwszy się na siłach, wstąpiwszy na wyższy stopień rozwoju, przepoi całe życie ludzkości uczuciami, którym zawdzięcza swój byt i swój rozkwit: sprawiedliwością, która nie może znieść krzywdy, poczuciem równości, które hamuje indywidualne wybieganie naprzód jednych kosztem innych, i nade wszystko miłością małego człowieka, cichego pracownika, którego trzeba ochraniać przed drapieżnością zaborców.

Miłość i ochrona małego człowieka są najistotniejszymi, najbardziej charakterystycznymi cechami spółdzielczości, zapewne dlatego, że ruch ten jest na wsi czy w mieście dzieckiem nędzy proletariatu; tym razem wyjątkowo nędza była twórczą. Ta miłość człowieka była tajemnicą potężnego rozrostu ruchu, jest dziś rękojmią jego coraz dalszego rozwoju w przyszłości. Dziś może więcej niż kiedykolwiek. Gwałtownym wstrząsom życia gospodarczego towarzyszą głębokie przeobrażenia ustrojów politycznych. Nie chcę i nie mogę oceniać tu ich wartości; poprzestańmy na ustaleniu rzeczy bezspornej, rzeczy niezaprzeczonej przez nikogo, tego mianowicie, iż główną linią przewodnią tych zmian jest wysuwanie interesu zbiorowości – państwa czy narodu – ponad interes człowieka, jako jednostki żywej, mającej nie tylko swoje potrzeby, ale i swoje przyrodzone prawa. Dokoła tego nowego pojmowania stosunku między obywatelem a państwem toczy się spór, w którym spółdzielczość, neutralna nie tylko z tradycji swojej, ale z samej istoty, nie bierze udziału. Jedno wszakże prawo zastrzega sobie spółdzielczość w każdym wypadku: prawo zrzeszania ludzi dla poprawy ich bytu na zasadach autonomicznych. Jakoż mniej czy więcej prawo to zostało uznane, nawet w państwach, gdzie początkowo dążono do całkowitego zniszczenia ruchu spółdzielczego, potem do całkowitego podporządkowania jego działań woli centralnej. Dziś i tam uznano go za niezbędny czynnik regulowania cen, bez którego nędza uboższej ludności mogłaby stać się niebezpieczeństwem. Stąd daleko jeszcze do uznania całkowitej niezależności ruchu, wolno jednak mieć nadzieję, jeżeli nie pewność, iż w każdym ustroju przyszłość działać będzie na rzecz spółdzielczości.

Z tych wszystkich względów my – spółdzielcy – patrzymy w przyszłość spokojnie. Jeżeli postęp ma być zapewnieniem możliwie wielkiej ilości ludzi szczęścia, którym jest zaspokajanie swoich potrzeb i swobodny rozwój swych sił – spółdzielczość jest nieodzownym warunkiem postępu. Nie znaczy to, żeby polepszenie stosunków miało przyjść automatycznie przez stosowanie recepty spółdzielczej. Spółdzielczość to przede wszystkim ludzie. Chcąc ją wzmocnić i dźwignąć do wyższego poziomu, trzeba przede wszystkim wzmocnić i oczyścić charaktery jej członków. Od ich wierności, od żarliwego spełniania swych obowiązków, od zrozumienia celu, do którego się dąży, zależy wszystko. Niestety, pod tym względem jest dużo jeszcze u nas, w Polsce, do zrobienia. W czasach niewoli praca w dziedzinie spółdzielczości była traktowana jak czyn patriotyczny. We wszystkich trzech zaborach pionierami spółdzielczości byli powstańcy, jak Szamarzewski, jak grono postępowej inteligencji lwowskiej, albo rewolucjoniści, walczący z uciskiem i barbarzyństwem caratu, jak Abramowski, Mielczarski i Wojciechowski. Po odzyskaniu niepodległości motywy patriotyczne odpadły, pozostałe zaś momenty społeczne nie są dość mocne, aby szybko przezwyciężyć wiekami wyrobione wady charakteru narodu. Jeżeli spółdzielczość nasza stoi gorzej niż w krajach Europy Zachodniej, jeżeli my zaledwie opieramy się kryzysowi, gdy tamci go przezwyciężają, powiększając obroty, liczbę członków, produkcję – winą tu jest przede wszystkim brak tych cech charakteru, które w sumie nazwałbym kulturą gospodarczo-społeczną. Niewpłacanie udziałów, plaga kredytów, niespełnianie swoich obowiązków przez władze spółdzielni, niedostateczna lojalność ich członków, to są hamulce rozwoju ruchu, kładące mu się na drodze jak głazy. Na polu spółdzielczości, jak na tylu innych, musi Polska co dzień składać swój egzamin dojrzałości. Ambicją naszą być powinno, abyśmy go składali ze stopniem celującym.

Nie jest to niemożliwe. Nie brak nam przecie zdolności, brak tylko dotychczas napięcia woli, które pcha naprzód, które łamie wszelkie przeszkody. Jeżeli całość ruchu pozostawia jeszcze wiele do życzenia, na poszczególnych odcinkach osiągnęliśmy już wyniki pracy, których wstydzić się nie potrzebujemy. Jeżeli spółdzielczość to ludzie, możemy stwierdzić, iż nie brak nam ludzi, których pamięć świeci jak wzór doskonały. Chciałbym na zakończenie jednemu z nich poświęcić słów kilka.

Mija już dziesięć lat od śmierci nieodżałowanej pamięci Franciszka Stefczyka. Urodzony w 1861 roku, po ukończeniu studiów uniwersyteckich w Krakowie już w kilka lat później zakłada w Czernichowie pierwszą na ziemiach b. zaboru austriackiego kasę oszczędności, później zakłada inne. Praca przez pierwsze 10 lat idzie jak z kamienia, ale już na początku bieżącego stulecia kas takich w b. Galicji było około półtora tysiąca, nie licząc mleczarń spółdzielczych. Równocześnie pisze podręczniki do użytku swoich organizacji, przyczynia się do utworzenia we Lwowie patronatu, zakłada „Czasopismo”, organizuje Centralną Kasę Spółek Rolniczych. W wolnej Polsce przenosi się do Warszawy, obejmuje tu wysokie stanowisko rządowe i ani na chwilę nie przestaje myśleć o spółdzielczości. Przy jego współudziale i z jego inicjatywy powstaje Zjednoczenie Związków Spółdzielni Rolniczych, on tworzy Spółdzielczy Instytut Naukowy, jedną z nielicznych tego rodzaju instytucji w świecie, i już na łożu śmierci otrzymuje nominację na profesora spółdzielczości w Uniwersytecie Jagiellońskim. Oto życie wypełnione po brzegi jedną ideą, oto człowiek z jednej bryły ciosany.

Było takich więcej i niewątpliwie liczba ich będzie wzrastała. To także pozwala nam patrzeć w zamgloną przyszłość z całkowitą ufnością.


Powyższy tekst to zapis przemówienia, które autor wygłosił w Polskim Radio 3 czerwca 1934 r. Opublikowano go w spółdzielczym czasopiśmie „Społem” nr 12/1934. Następnie wznowiono go w: Stanisław Thugutt – „Wybór pism i autobiografia”, Książnica Polska, Glasgow 1943. Przedruk za tym ostatnim źródłem, od tamtej pory nie był wznawiany, ze zbiorów Remigiusza Okraski. Poprawiono pisownię według obecnych reguł. Wersję elektroniczną przygotowali Aleksandra Zarzeczańska i Remigiusz Okraska.