Istota i określenie spółdzielni [1937]

12

Jest dziś niewątpliwie spółdzielnia jedną z najbardziej rozpowszechnionych i znanych form gospodarczych. W obrębie Europy coraz trudniej byłoby znaleźć miasteczko, a nawet większą wieś, w których by nie było przynajmniej jednej spółdzielni; poza Europą znajdujemy je w krajach tak egzotycznych, że nazwy ich brzmią obco najbardziej nawet zapalonym czytelnikom gazet codziennych. Ilość członków wszystkich rodzajów spółdzielni mierzy się na dziesiątki, jeżeli nie setki milionów. Każdy bez mała człowiek, nie licząc tak już rzadkich społeczeństw pierwotnych, miewa ze spółdzielnią jakieś stosunki: coś w niej kupuje, coś za jej pośrednictwem sprzedaje, korzysta z jej usług, zna ją przynajmniej z zewnętrznych objawów jej życia.

Nie znaczy to bynajmniej, aby rozumiał dokładnie jej cele, jej budowę i skutki jej działania. Nie tylko zwykli użytkownicy spółdzielni, ale jej członkowie, władze i nawet założyciele nie zawsze zdają sobie sprawę jasno z istotnego znaczenia organizacji, którą posiłkują się w praktyce, tak jak miliony ludzi posiłkuje się telefonem albo urzędem pocztowym, nie znając ich wewnętrznej budowy. Nawet jeżeli starają się pogłębić swoją wiedzę o całości, której są cząstką, całość ta wyraża się dla nich w jednym typie spółdzielni, w lepszym wypadku w różnych typach spółdzielni istniejących ma terenie jednego kraju; do ogarnięcia myślą całego ruchu dociera mało kto.

Jest zaś przecież coś, co jak mocna nić łączy ze sobą wszystkie spółdzielnie niezależnie od ich rodzaju, od kraju, w którym istnieją, od poglądów ludzi, którzy nimi kierują. Coś, co odróżnia je od innych zrzeszeń ludzkich, jeżeli chodzi o formę prawną, od innych zjawisk w życiu gospodarczym i od innych prądów, jeżeli chodzi o cele społeczne. Tym czymś w spółdzielniach są ich cechy niezmienne i stałe, niezależne od ich rodzaju ani od szerokości geograficznej, pod którą się znajdują, zależne tylko od czasu, w którym wszystko co żyje, rozkwita i więdnie. Cechy, które pozostaną po odrzuceniu wszystkiego, co jest przemijającym i nieważnym, to istota spółdzielni, zestawienie ich w jednym zdaniu będzie określeniem spółdzielni.

Nie bez rozmysłu użyłem w zdaniu poprzednim czasu przyszłego. Niestety, do chwili obecnej ani teoretycy spółdzielczości, ani ustawodawcy nie osiągnęli jeszcze jednomyślności przez ustalenie bezspornego, powszechnie uznanego określenia spółdzielni; wręcz przeciwnie, różnice są znaczne, stanowiska niekiedy wręcz przeciwstawne. Źródłem tych różnic są nie tyle subtelności w precyzowaniu pojęć, ile odmienne metody w dążeniu do odmiennych celów, różne nastawienia psychiczne samych działaczy praktycznych, którzy realizują ideały, zwykle także przynależność członków do różnych klas społecznych. Tak np. jedni za pomocą spółdzielni chcą zmienić istniejący ustrój, inni chcą tylko złagodzić zło w nim zawarte. Ktoś chciałby używać spółdzielni jako narzędzia walki klasowej, ktoś inny dąży przez nią do harmonii społecznej, osiągalnej już dzisiaj. Jedni chcieliby w orbitę spółdzielczości wciągać ludzi ze świata kapitalistycznego, gdy inni uważają to za skażenie ducha czystej spółdzielczości, za pół-spółdzielczość zaledwie. Zależnie od tego czy innego poglądu zmienia się oczywiście nie tylko język propagandy, której spółdzielnia używa dla zjednywania nowych członków, ale i jej postępowanie w granicach ustawy i statutu, który sobie nadaje: wysokość udziałów, wynagrodzenie płacone kapitałowi, podział nadwyżki. Gdyby to wszystko wyłączyć, co dzieli między sobą różne rodzaje spółdzielni, pozostałoby stosunkowo niewiele jako materiał dla ustalenia wspólnego poglądu na istotę ruchu; co prawda to niewiele byłoby najważniejszym.

Nikt zresztą do wyłączania nie ma zbyt wielkiej ochoty. Ruch spółdzielczy jest nie tylko praktycznym działaniem, w którym łączenie sił daje tak wielkie wyniki, jest także pewną wiarą w możność i potrzebę zmiany stosunków między ludźmi, wiadomo zaś, że wszelka wiara, im bardziej jest żarliwa, tym jest mniej skłonna do ustępstw. Chcąc więc ustalić przyjęty przez wszystkich pogląd na istotne cele i znaczenie spółdzielni, należałoby poprzestać tylko na niewielu jej cechach bezspornych albo, idąc drogą odwrotną, powiększyć ilość cech określających istotę spółdzielni, czyniąc je wyznaniem wiary pewnego tylko odłamu ruchu. Byłoby to może nawet bardziej naturalnym sposobem postępowania, spółdzielczość bowiem jest nie tyle doktryną oszlifowaną do doskonałości w gabinetach uczonych, ile ruchem samorodnym, dopasowującym się do potrzeb i charakteru ludności, w szczególności zaś przekształcanym przez poszczególne grupy zależnie od ich poglądów na całokształt spraw gospodarczych.

***

Nie wdając się na razie w rozpatrywanie różnic poglądów na istotę spółdzielni, szukajmy jej cech niezmiennych, które by były składnikami jej najogólniejszego określenia. Rozważania poniżej umieszczone będą najbardziej zbliżone do ideologii spółdzielczości spożywców; w ostatnich zresztą czasach zyskują one coraz bardziej prawa obywatelstwa i w innych odłamach ruchu.

Jest więc przede wszystkim spółdzielnia zrzeszeniem, czyli pewną ilością osób, łączących swoje działania dla osiągnięcia wspólnego celu. To łączenie działań musi być świadome i obliczone na dłuższy przeciąg czasu, ta właśnie bowiem świadomość i długotrwałość różnią dopiero zrzeszenia od przypadkowo zebranego tłumu, którego żaden wspólny cel na stałe nie łączy. Ludzie zebrani na stacji kolejowej, którzy się za chwilę rozjadą różnymi pociągami, są tylko tłumem, tak samo jak ludzie goniący złodzieja albo słuchający koncertu. Tych ludzi łączą co najwyżej pewne uczucia – nudy, oburzenia albo zachwytu – ale te uczucia niebawem przeminą, nie zostawiając głębszych śladów w postaci stałego związania się w organizację. Można by ich nazwać co najwyżej rzeszą, ale właśnie różnica między rzeszą a zrzeszeniem polega na chęci przekształcenia chwilowego, przypadkowego i niezamierzonego stosunku na stały.

Stąd wynikają obowiązki członka zrzeszenia w stosunku do całości – jego wierność, jego dbałość, jego starania o rozwój organizacji. Są to wprawdzie tylko obowiązki moralne; a ponieważ nie wszyscy są moralni, w praktyce może być czasami inaczej. Pan Gaweł np. wstępuje do spółdzielni dlatego, żeby się odczepić od pana Pawła, który go o to od dwóch tygodni nudzi; prawdopodobnie będzie to członek martwy, a co najmniej ospały. Nie można jednak przypuszczać, żeby spółdzielnia czy jakiekolwiek inne zrzeszenie składało się z samych Gawłów: dawałoby to smutne pojęcie o społeczeństwie, które takich Gawłów miałoby wśród siebie zbyt wielu. Wprawdzie nawet w Anglii, gdzie spółdzielczość jest najstarsza i najsilniejsza, spotykamy dość powszechne narzekania na to, że członkowie nie przychodzą na walne zgromadzenia, nie chcą należeć do komitetów sklepowych, jednym słowem nie biorą dostatecznie czynnego udziału w życiu organizacji. Tym niemniej ich stosunek do ruchu jest czynny, czego dowodzą rosnące ciągle zakupy. Jako regułę możemy ustalić, iż zrzeszenie łączy w sobie ludzi, którzy wiedzą, czego chcą, i starają się dać woli swojej trwały wyraz.

***

Zrzeszenia dzielą się na stowarzyszenia – sportowe, polityczne, religijne, zawodowe i inne – i spółki. Spółdzielnia nie mieściłaby się w żadnym z tych pododdziałów, jest ona bowiem zarówno stowarzyszeniem, dążącym oprócz celów gospodarczych także do podniesienia kulturalnego i moralnego swych członków, jak i spółką, dającą swoim członkom korzyści materialne. Jest rzeczą charakterystyczną, że pierwsza francuska ustawa o spółdzielniach z r. 1867 nie wymieniała nigdzie ich nazwy, nazywała się natomiast ustawą o spółkach ze zmiennym kapitałem, uważając widocznie tę zmienność kapitału za główną cechę spółdzielni. Z drugiej strony do dziś dnia istnieją u nas spółdzielnie spożywców noszące nazwę stowarzyszenia. Obie te nazwy są błędne; można by z większą racją wprowadzić raczej podział zrzeszeń na stowarzyszenia, spółki i spółdzielnie.

Teoretycy spółdzielczości stwierdzają, że spółdzielnia jest zrzeszeniem raczej osób niż kapitałów. Istotnie, ten charakter osobowego zrzeszenia podkreślony jest w niej bardzo silnie zarówno przez demokratyczność ustroju, jak i przez ograniczenie praw kapitału i działalność kulturalną. Tym niemniej jednak nawet spółdzielnie bezudziałowe, a więc powstające bez kapitału złożonego przez członków, operują wielkimi sumami, posiadają wielkie składy, wytwórnie, nieruchomości, obroty i personel, jednym słowem obracają znacznym nieraz kapitałem. Że kapitał ten jest bezosobowy, społeczny, nie ma w tym przypadku żadnego znaczenia; jest bezspornym faktem, że jest on drugim bardzo ważnym składnikiem bytu i rozwoju organizacji i że utraciwszy go, spółdzielnia nie mogłaby istnieć, podczas kiedy np. stowarzyszenie szachistów nie tylko może powstać bez kapitału, ale utrata ofiarowanej mu nieruchomości niekoniecznie poderwie jego byt. Podkreślając fakt, że spółdzielnia jest raczej zrzeszeniem osób niż kapitałów, chcemy tylko powiedzieć, że ten charakter osobowy dominuje w niej, jest w niej głównym warunkiem rozwoju. Bez żywej, czynnej współpracy osób zrzeszonych w niej, bez członków, rozumiejących cele organizacji, życzliwych dla niej i wiernych, spółdzielnia mogłaby być może osiągnąć powodzenie materialne, ale przestałaby być spółdzielnią, stałaby się przedsiębiorstwem handlowym czy przemysłowym, przynoszącym założycielom zyski, ale nie będącym organizacją wzajemnej pomocy. Spółka akcyjna do powodzenia potrzebuje tylko kapitału, zdolnego kierownictwa i pomyślnych ogólnych warunków gospodarczych; spółdzielnia potrzebuje oprócz tego atmosfery, jaką wytwarza współdziałanie osób mających pewien cel wspólny, a cel ten nie jest zyskiem. Dlatego zarówno teoria, jak i ustawy spółdzielcze popychają ją w kierunku utrzymywania stosunków przeważnie, jeżeli nie wyłącznie, z członkami, co bynajmniej nie jest i nie może być cechą spółki.

***

Z samej natury spółdzielni wynika, iż jest ona zrzeszeniem dobrowolnym. Ruch spółdzielczy jest dążeniem do zdobycia wolności gospodarczej, niezależności od ucisku kapitału. Dążenie do wolności nie może być przymusem, tak jak woda nie może być sucha, ani mokrym nie może być ogień. Gdzie w obronie wolności brak popędu wewnętrznego, gdzie jedynym przymusem nie jest miłość swobody i wstręt do niewoli, gdzie do walki nie popycha nas sumienie i serce, tam zastąpić musi je terror. Nonsensem i zawodną rachubą jest przymusowa walka z przymusem. Toteż słusznie spółdzielcy odmawiali swego czasu spółdzielniom sowieckim miana prawdziwych spółdzielni, dopóki do roku 1923 członkostwo w nich było obowiązujące dla całej ludności. Leży to w naturze człowieka, iż niechętnie, a co najmniej ozięble spełnia on obowiązki narzucane mu przez ustawę, zwłaszcza jeżeli w jej sporządzaniu nie brał udziału. Atmosfera życzliwego współdziałania, o której mówiliśmy przed chwilą jak o nieodzownym warunku powodzenia, jest nie do pomyślenia tam, gdzie miałaby ona być wynikiem rozkazu.

Z drugiej strony istnieje długi szereg zrzeszeń przymusowych. Takim jest np. samorząd gminny albo największe i najpotężniejsze ze zrzeszeń – państwo. W dziedzinie organizacji zawodowych oraz instytucji publicznych opartych na samorządzie spotykamy izby adwokackie albo kasy chorych, będące zrzeszeniami przymusowymi. Nawet pomiędzy spółkami o charakterze prywatnym istnieją spółki wodne, spółki drogowe, zrzeszenia właścicieli terenów przeprowadzających komasację albo regulujących serwituty, w których udział dla mieszkańców danego obszaru jest przymusowy, o ile istnieje po temu wola większości posiadaczy terenów tego obszaru.

Dlatego też większość teoretyków w określeniu spółdzielczości zastrzega wyraźnie, iż jest ona zrzeszeniem dobrowolnym. Mogłoby się to samo przez się rozumieć, w życiu ludzkości jednak mamy aż nadto wiele przykładów, iż rzeczy pozornie całkiem jasne i naturalne są rozumiane przez większość ludzi całkiem opacznie, poza tym zaś tendencja do wprowadzania przymusu w życiu społecznym, nawet tam, gdzie on jest całkiem zbędny, jest aż nadto powszechna. Pozostańmy przeto przy wyraźnym stwierdzeniu tej dobrowolności ruchu spółdzielczego jako jego cechy niezbędnej.

***

Cechą charakterystyczną spółdzielni jako zrzeszenia jest zmienność jej kapitału i składu osobowego. Różni ją to tak dalece od spółki zarówno cywilnej, jak i handlowej, że jak wspomniano wyżej, pierwsza francuska ustawa spółdzielcza nazywa się po prostu ustawą o spółkach ze zmiennym kapitałem, dopatrując się w tym ich cechy najistotniejszej. Rzeczywiście, nieograniczanie liczby członków zrzeszenia jest właściwością raczej stowarzyszenia niż spółki. W spółce rzeczą istotną jest kapitał ściśle określony, będący wyrazem jej zamożności, należący w całości do wspólników. W spółce akcyjnej czy nawet komandytowej każdy nowy udział zmienia zasadniczo stan majątkowy przedsiębiorstwa, zwłaszcza że są to zwykle albo udziały znaczne, albo przychodzące w znacznej ilości. Jeszcze bardziej zmienia stan majątkowy spółki udział wycofany. Osoby wspólników natomiast są często wierzycielom nieznane, w każdym razie są składnikiem przedsiębiorstwa mniej ważnym niż hipoteka i zapas towarów. Spółdzielnia stoi ilością swoich członków i wartością ich osobistą, czy przynajmniej stosunkiem ich do organizacji, stosunkiem, który w spółkach handlowych z reguły nie istnieje. Dlatego też ilość wspólników w spółce jest rzeczą obojętną; daleko ważniejszym zdarzeniem w jej życiu jest fakt, że jeden wspólnik wniesie nowy udział wartości 10 000 złotych, niż to, że 5 nowych wspólników wniosło po 1000 złotych. Oczywiście i w spółdzielni rzeczą nieobojętną dla wierzycieli jest wysokość funduszu udziałowego, ale gdy udziały są niskie i na ogół równe, wiadome jest, że powiększenie kapitału zakładowego jest wynikiem powiększenia ilości członków i dlatego to powiększenie, świadcząc o wzmocnieniu się przedsiębiorstwa, jest rzeczą pożądaną, z góry przewidzianą i dozwoloną przez prawo. Mówi się obecnie (1937 r.) o potrzebie ustawy o spółkach ze zmiennym kapitałem. Zaspokoiłaby ona dążenia kupców do tworzenia organizacji będących dla nich hurtowniami. Dotychczas nadają oni takim organizacjom formę prawną spółdzielni, przeciwko czemu protestują spółdzielcy, organizacje te bowiem pozbawione są zupełnie ducha spółdzielczego i w świecie spółdzielczym pozostają obcym zupełnie ciałem, o odmiennych od właściwych spółdzielni dążeniach i celach.

Toteż zasada „otwartych drzwi” była zawsze w ruchu spółdzielczym pewnikiem nie ulegającym wątpliwości i krytyce. Inaczej być nie mogło; gdyby było inaczej, byłoby to zaprzeczeniem społecznego charakteru spółdzielni. Spółdzielnia nie powstaje dla powiększenia majątku swoich członków, tylko dla zaspokajania ich potrzeb. Kapitaliści zrzeszający się dla wzbogacenia się mogą patrzeć niechętnym okiem na nowego członka, który przychodzi dzielić się z nimi zyskiem z pomyślnie rozwijającego się przedsiębiorstwa; dopuszcza go się tylko w razie potrzeby albo mu się każe wkupić przez wpłacenie większego udziału.

Zaspokajanie potrzeb jest zadaniem nie do wyczerpania. Co większa spółdzielnia nie ma podstaw ani materialnych, ani moralnych, żeby takiego zaspokajania komukolwiek odmówić; byłoby to dowodem jej choroby wewnętrznej, zjawienia się w niej jako czynnika rozwoju – chciwości. Wobec tego liczba jej członków, a co za tym idzie i kapitału – musi być nieograniczona.

Są czasem pozorne od tej reguły wyjątki. Tak np. ilość członków spółdzielni budowlanej ograniczona jest przez rozmiary terenu; ilość członków spółdzielni, której członkowie prowadzą wspólne gospodarstwo rolne, przez zapotrzebowanie pracy przy obrabianiu danego gruntu. Ale takie spółdzielnie nie powstają, czy przynajmniej nie powinny powstawać dla budowania jednego domu czy gospodarowania na jednym obszarze gruntu, tylko dla budowania domów i gospodarowania na takim obszarze ziemi, jaki da się w przyszłości nabyć. To powinno zupełnie wykluczyć zarówno element zysku kapitalistycznego, jak i zamykanie się w ścisłym kółku udziałowców, myślących tylko o sobie.

Istnieją też spółdzielnie dobierające swoich członków wyłącznie z danego zawodu, wyznania czy narodowości. Nie wszędzie jest to dozwolone prawnie, ale, przyznać trzeba, ta zasada w pół otwartych drzwi niekiedy jest nawet silnym czynnikiem rozwoju organizacji (np. w spółdzielniach mniejszości narodowych, które to organizacje są ich bronią w walce o byt). Nie są to jednak motywy spółdzielcze, jak i sama organizacja nie jest tylko spółdzielnią.

***

Jeżeli w spółdzielni widzimy zrzeszenie pewnej ilości osób dążących do wspólnych celów, należy te cele spółdzielni określić. Jeżeli chodzi o cele bezpośrednie, jest to rzecz dość oczywista i łatwa. Spółdzielnia spożywców ma za cel dostarczanie im produktów spożywczych po niższej cenie i w lepszym gatunku. Spółdzielnia wytwórców daje im wspólny warsztat pracy. Kredytowa przyjmuje ich wkłady oszczędnościowe i udziela pożyczek. Budowlana buduje im domy. Wspólnym wyrazem dla wszystkich tych celów jest polepszenie bytu swoich członków. Chcąc nadać więcej treści temu określeniu i uczynić je bardziej zrozumiałym dla wszystkich, dzieli się je zwykle na dwie części, mówiąc, iż celem spółdzielni jest polepszenie gospodarstwa domowego swych członków oraz podniesienie ich zarobków [1].

Do pierwszego działu należą spółdzielnie spożywców w najszerszym tego słowa znaczeniu, a więc zarówno zaspokajające materialne potrzeby członków przez dostarczanie im żywności, tkanin, obuwia, sprzętów domowych itp., jak i potrzeby duchowe. Może się tu mieścić nie tylko apteka albo szpital spółdzielczy, ale biblioteka spółdzielcza, tj. wspólny zakup książek, teatr spółdzielczy utrzymywany nie przez aktorów, bo wtedy by był spółdzielnią wytwórczą, ale przez widzów, spółdzielnie letnich mieszkań, niekoniecznie nawet posiadające wspólne tereny, spółdzielnia wspólnych podróży itd. Niewątpliwie należą tutaj też spółdzielnie budowlane i mieszkaniowe, dostarczając bowiem swym członkom lepszych, higieniczniejszych i tańszych mieszkań polepszają stan ich gospodarstwa domowego. Ilość rodzajów spółdzielni, które tutaj należy zaliczyć, rosnąć będzie w przyszłości tym więcej, im szersze kręgi będzie zataczała spółdzielczość, im bardziej będzie ona przenikała we wszystkie dziedziny życia ludzkiego.

Do drugiego działu – spółdzielni podnoszących zarobki członków – należą wszelkiego rodzaju spółdzielnie wytwórcze lub z wytwórczością członków związane. Jest rzeczą w danym przypadku obojętną, czy spółdzielnie te podniosą zarobki członków przez połączenie całej ich działalności gospodarczej, czy tylko części ich działalności. W jednym wypadku może to być warsztat spółdzielczy dla wspólnego wyrobu obuwia, w innym tylko spółdzielnia dla wspólnego zakupu skór. Spółdzielnią zarobkową jest wspólna obróbka ziemi równie jak wspólny wyrób masła, wspólne sprowadzanie nawozów, a nawet w spółdzielni pracy wspólna sprzedaż jedynego towaru, jakim członkowie rozporządzają – swojej siły roboczej. Wszystkie te spółdzielnie różnią się od spółdzielni pierwszego działu tym, że podnoszą tylko zarobki członków, a na polepszenie ich gospodarstwa domowego wpływają tylko pośrednio.

Pozostawałaby spółdzielnia kredytowa. Niekiedy zalicza się je do spółdzielni spożywców. Wydaje mi się to błędem, spożycie bowiem jest czynnością bierną, podczas kiedy zadaniem spółdzielni kredytowej jest wzmóc czynności gospodarcze, a zatem i zarobki członków. Słuszniej przeto będzie uznać je za oddzielny dział spółdzielczości. Nie chodzi mi tu zresztą o klasyfikację spółdzielni, tylko o wskazanie ogólnego celu wszystkich spółdzielni, o rozszczepienie ogólnego pojęcia „polepszenia bytu członków” na oddzielne składniki.

***

Byt materialny człowieka jest pojęciem ściśle gospodarczym: oznacza on jego zarobki, jego majątek, jego możność zaspokajania swych potrzeb. Polepszenie bytu osiągnąć przeto można działaniem gospodarczym. Stąd spółdzielnia jest przede wszystkim przedsiębiorstwem. Przedsiębiorstwem nazywamy stałą formę działania gospodarczego – warsztat, fabrykę, sklep, bank, dom komisowy itp. W rozumieniu wielu ludzi przedsiębiorstwo w założeniu swoim ma charakter kapitalistyczny, a więc jest założone dla zysku; spółdzielnia istnieje nie dla zysku, ale dla zaspokojenia potrzeb, nie jest więc przedsiębiorstwem. Nie jest to słuszne. Przedsiębiorstwo spółdzielcze ma inne cele, ale te same sposoby działania: tak samo rozpoczyna od zgromadzenia pewnych środków pieniężnych, wynajmuje lokal, nabywa towary, maszyny i sprzęty, używa zwykle pracy najemnej, bada rynki i potrzeby odbiorców, odkłada rezerwy. Dlatego np. elektrownię nazywamy przedsiębiorstwem bez względu na to, czy należy ona do spółki akcyjnej, czy jest własnością gminy albo spółdzielnią.

Różnice celów pomiędzy przedsiębiorstwem kapitalistycznym a przedsiębiorstwem spółdzielczym znajdują swój wyraz nie tylko w podziale czystego dochodu, ale i w całej psychice właścicieli i kierowników przedsiębiorstw: spółdzielnia nawet w najcięższych czasach nie zdobywa się na stanowisko tak twarde i bezwzględne w stosunku do swoich odbiorców i pracowników, nie wyzyskuje tak pomyślnej dla siebie koniunktury jak przedsiębiorstwo kapitalistyczne. Odmienne są też nazwy, których używa dla oznaczenia swoich czynności; odmienne, ponieważ i same czynności są różne. Spółdzielnia nie osiąga zysków, tylko nadwyżki dochodów nad wydatkami. Nadwyżki te wypłacane członkom nie są dywidendą, czyli podzielonym zyskiem, tylko zwrotem nadebranych sum [2]. Spółdzielnia nie sprzedaje swoim członkom towarów, tylko im je dostarcza; sprzedaje towary tylko obcym, na rynek, ale tego z reguły czynić nie powinna. Spółdzielnia nie ma kapitału zakładowego ani rezerwowego, tylko odpowiednie fundusze, nie mówiąc już o tym, że tworzy niepodzielny między członków fundusz społeczny, którego przedsiębiorstwo kapitalistyczne nie tworzy, nie zna i potrzeby jego nie uznaje, poprzestając na kapitale rezerwowym, będącym własnością członków. Nie są to różnice tak drobne, jak by się mogło wydawać; wypływają bowiem nie z dowolnie przyjętego sposobu wyrażania się, ale z głęboko sięgającej zasadniczej różnicy stosunku do kapitału i dlatego nie jest dla spółdzielcy chwalebnym przyzwyczajeniem używanie terminologii kapitalistycznej.

Ale wszystko to są tylko różnice celów, w jakich się danego narzędzia – przedsiębiorstwa – używa; narzędzie pomimo pewnych różnic struktury pozostaje to samo i dlatego słusznym jest twierdzenie, iż spółdzielnia przede wszystkim jest przedsiębiorstwem. Ludzie, którzy zrzeszają się dla celów wyłącznie moralnych czy oświatowych, powinni założyć stowarzyszenie, pozbawione z natury rzeczy i przez ustawę cech i celów gospodarczych. Jeżeli dzisiaj u nas dzieje się niekiedy inaczej, stwierdza to tylko trudności przy zakładaniu stowarzyszeń, ale podziału teoretycznego nie zmienia.

Nie znaczy to, żeby spółdzielnia była tylko przedsiębiorstwem. Jak wspomniano wyżej, jest spółdzielnia raczej zrzeszeniem osób niż kapitałów, rozwija się dzięki ich wierności i życzliwemu współdziałaniu. Jeżeli te cechy charakteru członków są tak ważne dla istnienia spółdzielni, należy je pielęgnować. Uczynić to można jedynie przez podniesienie poziomu ogólnej kultury członków: ich zrozumienia zjawisk społecznych i gospodarczych, ich poczucia obowiązku, ich więzi pomiędzy sobą. Rozumieli to już ludzie z Rochdale, przeznaczając co rok 2,5% od czystych zysków na cele kształcenia członków; rozumiał to już przed nimi King [3]. Tylko znakomity historyk kapitalizmu Sombart, który spółdzielczość ceni wysoko, ale ją niedostatecznie rozumie, widzi siłę spółdzielczości w tym, że może ona wywoływać wielkie zmiany w obecnym ustroju, opierając się na dzisiejszym „kanalijnym” elemencie członkowskim. Niestety, takich cudownych właściwości spółdzielczość nie posiada i spółdzielnia, której członkowie będą kanaliami, będzie tworem martwo poczętym.

***

W spółce kapitalistycznej celem jest zysk, co najwyżej chęć stworzenia nowej, zdrowej jednostki gospodarczej. Zakładanie szkół, tworzenie muzeów, cała w ogóle działalność humanitarna, o ile nie jest wymagana przez prawo, może być celem i dążeniem właściciela przedsiębiorstwa kapitalistycznego; samo przedsiębiorstwo nie ma z tym nic wspólnego. W spółdzielni te dwa dążenia muszą się harmonijnie wiązać, jej zadaniem bowiem jest nie tylko tworzyć nowe formy gospodarcze, ale nowy świat społeczny z odmienną moralnością i odmiennym obyczajem.

Te proste rzeczy przez długi czas były obce ludziom spoza ruchu. Spółdzielcy roczdelscy [4] musieli bardzo długo walczyć z sędzią-registratorem o swoje prawo zajmowania się działalnością oświatową. Pierwsza ustawa spółdzielcza francuska nie wspomina ani słowem o działalności kulturalnej spółdzielni, dla niej spółdzielnia bowiem to tylko odmienny rodzaj spółek. Prawo niemieckie do końca zeszłego wieku nie zezwalało zajmować się spółdzielni niczym poza celem wymienionym na wstępie, tj. podniesieniem dobrobytu członków, sądząc, że podnieść go można tylko środkami materialnymi. Sądy niemieckie wydawały też odpowiednie wyroki, karząc spółdzielnie za działalność oświatową. Nawet w łonie samego ruchu działacze z obozu Schulzego z Delitzsch [5] – Parisius i Crüger – oburzali się wprawdzie na te wyroki, ale z małą konsekwencją ograniczali działalność spółdzielni do dziedziny wyłącznie gospodarczej.

Dopiero w najnowszych czasach poglądy te zmieniły się i nigdzie już nie ma ustawowego zakazywania spółdzielniom zajmowania się działalnością kulturalno-oświatową. Ustawa polska z 1920 r. stwierdza to nawet w art. I wyraźnie: „Służąc powyższym zadaniom gospodarczym, spółdzielnia może również mieć na celu podniesienie poziomu kulturalnego swych członków”. Niestety obowiązujące dziś prawo o stowarzyszeniach z roku 1932 działalność tę poddaje nadzorowi władz administracyjnych, może więc ona w pewnych wypadkach być zakazana.

Co do celów społecznych i politycznych spółdzielni, są one sprzeczne, zdaniem wielkiej ilości spółdzielców, z dość powszechnie uznawaną zasadą neutralności i wobec tego nie wchodzą w treść pojęcia spółdzielni. Na razie stwierdźmy, że żadna z ustaw nie przewiduje, niektóre zaś nawet wyraźnie nie dozwalają tego rodzaju działalności w spółdzielni. Wyjątek stanowi jedynie ustawa sowiecka, która mówi wyraźnie, że spółdzielnie spożywców działają w celach urzeczywistnienia zasad ustroju socjalistycznego.

***

Ustalone powyżej cechy spółdzielni nie wystarczają do nakreślenia wyraźnej i oczywistej różnicy pomiędzy spółdzielnią a innymi formami grupowego współdziałania ludzkiego. Jest spółdzielnia zrzeszeniem, ale i każda inna organizacja łącząca działanie ludzi jest również zrzeszeniem. Spółdzielnia jest przedsiębiorstwem, ale również przedsiębiorstwem jest spółka handlowa, a nawet cywilna. Skład osobowy i kapitał spółdzielni są zmienne, ale nie ma właściwie żadnej racji, poza zakazem prawa, dla której by spółka kapitalistyczna nie mogła powstać także ze zmiennym składem osobowym i zmiennym kapitałem. Spółka komandytowa, tj. spółka, za którą odpowiedzialność całym majątkiem przyjmują osoby wymienione z nazwiska w firmie, reszta zaś udziałowców, tzw. cichych wspólników, odpowiada tylko swoimi udziałami – może zmieniać swój kapitał zakładowy i ilość udziałowców w każdej chwili, byleby za każdym razem sporządzony został akt rejentalny i dokonane zmiany odnotowane zostały w rejestrze handlowym. W spółdzielni akt rejentalny przy przyjmowaniu nowych członków jest zbędny, a powiadomienie urzędu rejestrowego o zmianach składu osobowego wymagane jest w niektórych tylko krajach i w długich – rocznych – terminach. Różnica jest w praktyce znaczna, ale raczej formalna, nie dotyczy bowiem wewnętrznej treści zrzeszenia.

Cechą, która, zdawałoby się, wprowadza różnicę istotną, powinien być cel spółdzielni: polepszenie gospodarstwa członków i powiększenie ich zarobków. Niestety, wyrazy te, jeśli nawet są dostatecznie jasne, nie są wystarczające. Gospodarstwo domowe posiada każdy: zarówno nędzarz, żyjący z całą rodziną „kątem”, jak i bogacz zajmujący kilkanaście pokojów. Obaj też mogą dążyć do poprawy swojego gospodarstwa: nędzarz, marząc o zajęciu całej izby na swój wyłączny użytek, bogacz, pragnąc się przenieść do lepszej dzielnicy i do własnego domu. To samo jest z powiększeniem zarobku: przy całej, najjaskrawszej nawet różnicy zarobków pomiędzy ludźmi każdy z nich może się starać o ich powiększenie. Czyżby spółdzielczość była w tych staraniach dla wszystkich równej wartości narzędziem? Wiemy z praktyki, że tak nie jest; być może nawet, że ludzie z tak zwanych sfer niższych czują to instynktem lepiej niż teoretycy. Urodzony z nędzy, znajdujący swoich wyznawców w olbrzymiej większości wśród ludzi pracy powstał i istnieje ruch spółdzielczy nie dla równomiernego polepszania bytu wszystkich ludzi, ale przede wszystkim dla wyrównywania różnic majątkowych pomiędzy nimi.

Toteż cały szereg autorów, zwłaszcza niemieckich, w definicji spółdzielni stwierdza, że jest ona organizacją niezamożnych ludzi. Twierdzenie słuszne, ale znowuż nieścisłe, cóż bowiem jest miarą zamożności, skoro wydatki miesięczne jednych byłyby znacznym majątkiem dla innych. Lepiej przeto będzie powiedzieć razem ze szwajcarskim spółdzielcą Hansem Müllerem, iż spółdzielnia jest wolnym zrzeszeniem, które prowadzi wspólne gospodarstwo oparte na zasadach interesów pracy. Mówiąc o pracy, myślimy tu oczywiście nie o czynności fizycznej, ale o czynniku życia gospodarczego przeciwstawnym kapitałowi. Posiadacz fabryki pracuje, być może, z większym natężeniem i dłużej niż jego robotnicy, ale praca jego mięśni i jego umysłu nie jest dla niego wyłącznym sposobem utrzymania ani zarobku. Wynikają stąd poważne konsekwencje, o których bardziej szczegółowo pomówimy dalej.

***

Na razie stwierdźmy, że wysunięcie na pierwszy plan interesu pracy pociąga za sobą ograniczenie praw kapitału. Przede wszystkim nie tylko ograniczone, ale zniesione musi być jego prawo rządu w przedsiębiorstwie spółdzielczym. W spółce kapitalistycznej, zwłaszcza w spółce akcyjnej, prawo to jest absolutnie niezależne od ludzi, którzy wchodzą do spółki. Na walnych zgromadzeniach takich spółek nikt nie traci czasu na przekonywane się, nic tam bowiem nie waży umiejętność, uczciwość, wzgląd na dobro publiczne – jedyną rzeczą ważną jest ilość posiadanych głosów, jest siła, jaką sam przez się posiada kapitał. W spółdzielniach nie tylko powiększenie własnego wkładu bywa w różnych krajach ograniczane przez prawo – nie można nabywać więcej niż określoną ilość udziałów – ale powiększenie to jest całkiem bezcelowym, posiadanie kapitału bowiem nie daje żadnych praw. W historycznym rozwoju swoim był ruch spółdzielczy od samego początku formą samopomocy ludzi rozporządzających znikomym, jeżeli nie żadnym kapitałem. Ktokolwiek należałby do spółdzielni, powstaje ona dla obrony tych, którym kapitał nie świadczy żadnej pomocy. W spółdzielni skupiają się nie ci, którzy sposób swojego życia materialnego chcą podnieść do najwyższego poziomu, ale ludzie, którzy chcą przede wszystkim zaspokoić swoje potrzeby minimalne, potrzeby ogólnoludzkie, których zaspokojenia ma prawo domagać się każdy. Jeżeli każdy ma prawo ich się domagać, każdy musi mieć też jednakowy wpływ na wspólnie podejmowane czynności, które nas do tego minimum kulturalnego bytu zbliżają. Dlatego hasło równości praw ludzkich w zarządzie wspólnym dobrem to jedno z najstarszych haseł spółdzielczych, jedna z najcharakterystyczniejszych cech spółdzielni. Jeden człowiek – jeden głos, jak to już zwięźle ujęto w Rochdale. Na walnym zgromadzeniu spółdzielni, w przeciwieństwie do spółki akcyjnej, waży tylko człowiek i jego elementarne potrzeby; kapitał skromnie stoi u drzwi.

Ta podstawowa zasada demokracji gospodarczej jest w spółdzielni przeprowadzana konsekwentnie do końca. Nie tylko kapitał nie ma prawa rządu, ale nie można go powiększać dowolnie; usługi jego opłaca się skromnie, wiele ustawodawstw, w tym rzędzie i polskie, nie pozwala przekraczać ściśle określonego procentu płaconego od udziałów. Co zaś rzeczą jest najistotniejszą – kapitał nie ma prawa do zysku. W spółce handlowej zysk po potrąceniu oprocentowania kapitału dzielony jest między wspólników w stosunku do wniesionego kapitału. W spółdzielni nadwyżkę dochodu nad rozchodem dzielą między siebie członkowie w stosunku do dokonanych z nią obrotów. Nie jest to zresztą, jak wyżej już mówiliśmy, zysk, tylko zwrot nadpłaconych spółdzielni albo niedopłaconych przez spółdzielnię sum w obrotach z członkami. To jest najbardziej charakterystyczną cechą spółdzielni. W ustroju kapitalistycznym, w systemie opartym na zysku, tworzy ona największą, niczym nie wygładzoną szczerbę. Gdyby ten sposób podziału czystego dochodu wprowadzić do wszystkich istniejących w danym kraju przedsiębiorstw, skutki tego zarządzenia byłyby bardziej doniosłe niż wyniki wielkiej rewolucji.

Przed dostatecznym podziałem dochodu spółdzielnia dokonuje jeszcze jednej czynności zasadniczo sprzecznej z duchem kapitalizmu: odkłada część tego dochodu na niepodzielny fundusz społeczny, który nawet w razie rozwiązania spółdzielni przechodzi na analogiczne cele społeczne. To jest już zupełnym zerwaniem z prawem własności indywidualnej, które jest fundamentem obecnego ustroju. Najpotężniejsza nawet spółka akcyjna nie mogłaby oddzielić w ten sposób części swojego zysku, byłoby to bowiem wywłaszczeniem akcjonariuszy, niedopuszczanym przez prawo. Odkłada ona wprawdzie kapitał rezerwowy na pokrycie możliwych w przyszłości strat, ale ten kapitał nie przestaje być własnością członków i będzie między nich podzielony w chwili rozwiązania spółki, a na razie podwyższa kurs akcji, a więc realną wartość uwięzionego w udziałach ich majątku. Wartość udziałów spółdzielni nie może być przedmiotem spekulacji giełdowej i pozostaje zawsze niezmienna, nadwyżka dochodów bowiem zwracana jest co rok członkom albo przelewana na fundusz społeczny. W ten sposób fundusz oprócz roli rezerwy od strat jest zarazem zaczątkiem gospodarki zbiorowej, stanowiąc zaczątek nowego życia. Praktycznie nie ma to zbyt wielkiego znaczenia, w razie upadku spółdzielni bowiem ginie razem z nią zwykle i kapitał społeczny. Jest on jednak widomym znakiem dążenia ruchu spółdzielczego do tworzenia kapitału bezosobowego i dlatego przymus tworzenia go mieści się we wszystkich niemal ustawach spółdzielczych.

***

Szereg cech charakterystycznych spółdzielni można by niewątpliwie powiększyć bardzo znacznie. Wszystkie one jednak są albo sporne, albo pochodne od tych wyżej wymienionych cech zasadniczych. Taką np. cechą sporną jest zasada ograniczenia przez spółdzielnię czynności swoich do członków, od czego w praktyce są liczne odstępstwa. Zasadą wtórną będzie prowadzenie przez spółdzielnię planowej gospodarki; wynika ona z założenia, iż spółdzielnia powstaje nie dla osiągania zysku, ale dla zaspokajania potrzeb.

Włączanie tych cech zbędnych do określenia spółdzielni czyniłoby ją nie tylko zbyt długą, ale zbyt sztuczną, i przez to niedostatecznie jasną. Oczywiście, tak samo unikać należy odwrotnej niewłaściwości przez redukowanie określenia do kilku słów tylko, ujmujących ułamkowo istotę rzeczy. Kiedy najznakomitszy z francuskich teoretyków spółdzielczości, Charles Gide [6], określa ją jako dążenie do ustanowienia sprawiedliwych cen albo jako zniesienie wyzysku, są to określenia trafne, bijące w sedno rzeczy, ale mówiące raczej o skutkach działania spółdzielni niż o jej cechach charakterystycznych. Tak samo twierdzenie prof. Czerkawskiego, mówiące, że „znamienną cechą kooperacji jest zgodność interesu prywatno-gospodarczego z interesem ogólnogospodarczym” [7], jest niewątpliwie słuszne, ale samo przez się niewiele mówiące, interes prywatny bowiem można pogodzić z interesem publicznym na wielu innych polach gospodarki, choćby np. w sklepach komunalnych.

Dobre określenie spółdzielni winno zadośćuczynić następującym zadaniom: 1) powinno odgraniczać spółdzielnię od innych form organizacyjnych wspólnego działania, 2) precyzować możliwie mało ogólnikowo cel istnienia spółdzielni i 3) określać sposób jej działań, odróżniający je od sposobu działań innych przedsiębiorstw. Tym trzem warunkom odpowiadałyby, jak myślę, wymienione dotychczas cechy główne spółdzielni. W zestawieniu brzmiałoby to jak następuje:

Spółdzielnia jest dobrowolnym zrzeszeniem o zmiennej liczbie członków i zmiennym kapitale, którego celem jest przez prowadzenie wspólnego przedsiębiorstwa, opartego na zasadach odpowiadających interesom pracy, polepszać stan gospodarstwa członków albo podnosić ich zarobki, a także podwyższać ich poziom moralny i umysłowy. Członkowie spółdzielni, niezależnie od wniesionego kapitału, winni mieć równe prawa w zarządzie przedsiębiorstwem. Czysty dochód, po odłożeniu części na tworzenie niepodzielnego funduszu społecznego, winien być dzielony między członków w stosunku do dokonanych ze spółdzielnią obrotów.

Można by to powiedzieć krócej, stwierdzając po prostu, że spółdzielnia jest dobrowolnym zrzeszeniem, zaspokajającym na zasadach demokratycznych gospodarcze potrzeby członków. Byłoby to zapewne dostatecznie jasnym wyrazem istoty spółdzielni, gdyby słowo „demokracja” i jej zasady było pojmowane przez wszystkich jednakowo. Gdy tak nie jest, lepiej będzie wymienić te działania spółdzielni, w których wyraża się jej charakter demokratyczny. Czyni to pierwszą definicję mniej sporną i bardziej zrozumiałą dla wszystkich.

Nakreśla też bardziej wyraźną granicę pomiędzy prawdziwą spółdzielnią a organizacjami podszywającymi się pod jej nazwę dla korzystania z ulg przyznawanych przez ustawę spółdzielniom. Można wątpić, czy grono kapitalistów zgodziłoby się poddać warunkom nakazującym im podział zysków i zarząd przedsiębiorstwem, tak sprzeczne z ich celami, z ich psychiką, z treścią całego ich życia. Mogą oni co najwyżej wspólnie nabywać surowce albo towary, którymi handlują, lub też wspólnie je zbywać. Tam, gdzie przyjmują formy spółdzielcze, jest to zwycięstwem spółdzielczości, wchłaniającej obce elementy w orbitę swojego działania.


Powyższy tekst stanowi szósty rozdział książki Stanisława Thugutta pt. „Spółdzielczość. Zarys ideologii”, wydanie II uzupełnione i poprawione, Wydawnictwo Spółdzielczego Instytutu Naukowego, Warszawa 1937.

Tekst ukazał się wcześniej na portalu Lewicowo.pl.

Przypisy:

1. Stąd pochodzący z Niemiec, ale spotykany i w Polsce podział spółdzielni na zarobkowe i gospodarcze.

2. Anglicy jednak używają terminu dywidenda.

3. William King (1786-1865) – angielski lekarz, jeden z prekursorów spółdzielczości spożywców. Był wykładowcą szkoły przemysłowej w Brighton, gdzie z jego inspiracji powstała wśród uczniów spółdzielnia spożywców. W latach 1828-1830 redaktor i wydawca miesięcznika „The Co-operator” – zawierało ono głównie przemyślenia ideowe Kinga i wywarło znaczny wpływ na zainteresowanie kooperacją. King na tle innych wczesnych prekursorów i teoretyków spółdzielczości – Roberta Owena i Charlesa Fouriera – wyróżniał się zarówno zmysłem organizacyjnym i znajomością konkretnych aspektów życia gospodarczego, jak i docenieniem praktycznego, edukacyjnego i ideowego znaczenia „małych” form działania spółdzielczego, takich jak sklepy kooperatywne itp. Przez historyków ruchu spółdzielczego jest on uznawany za prekursora nowoczesnej postaci i zasad tego ruchu, przyspieszającym jego wyjście z okresu utopijno-eksperymentalnego (przypis redaktora Lewicowo.pl).

4. W angielskim mieście Rochdale powstała w roku 1844 spółdzielnia spożywców, założona przez robotników i rzemieślników. Jest ona uznawana za pierwszą w dziejach spółdzielnię nowoczesnego typu. Zasady, które przyjęli „pionierzy” (tak nazywani są zwyczajowo w historiografii ruchu spółdzielczego od swej oficjalnej nazwy: Roczdelskie Stowarzyszenie Sprawiedliwych Pionierów) z Rochdale stały się wzorcem dla kooperatystów na całym świecie (przypis redaktora Lewicowo.pl).

5. Franz Hermann Schulze (1808-1883), zwany też od miejsca urodzenia Schulzem z Delitzsch, uznawany jest za pioniera nowoczesnej spółdzielczości oszczędnościowo-kredytowej. W 1850 r. w Eilenburgu oraz w swej rodzinnej miejscowości założył pierwsze kasy kredytowe, które zapoczątkowały masowy ruch spółdzielczy w tej dziedzinie. Niechętny był idealizmowi i wizjom przeobrażeń ustrojowych. Kasom oszczędnościowo-kredytowym, a właściwie towarzystwom zaliczkowym, jak powszechnie zaczęto je wkrótce nazywać, wyznaczył jedynie cel pragmatyczny – miały służyć polepszeniu doli ekonomicznej zarówno kredytobiorców, jak i osób oszczędzających. Uważał, że aby fachowo zarządzać spółdzielniami, ich władze i personel powinni składać się z dobrze opłacanych fachowców. Wszyscy zaś członkowie kasy mieli udział w jej zyskach w postaci dywidendy, której wysokości Schulze nie precyzował, ale zalecał, aby była możliwie duża. To różniło ów model od późniejszych inicjatyw spółdzielczych, w których równie ważny jak korzyści ekonomiczne był aspekt etyczny i wynikające zeń rozmaite formy działań społecznych (przypis redaktora Lewicowo.pl).

6. Charles Gide (1847–1932) – francuski ekonomista, profesor kilku uniwersytetów, wybitny teoretyk i propagator spółdzielczości, stryj znanego pisarza André Gide’a. Był twórcą tzw. szkoły z Nimes, która sformułowała koncepcje pankooperatyzmu, czyli wyeliminowania systemu kapitalistycznego przez stały rozwój spółdzielczości, ogarniającej kolejne sfery życia społeczno-ekonomicznego. Uważany za jednego z najważniejszych myślicieli związanych z ruchem spółdzielczym. Jego główne prace to „Principes d’économie politique” (1883), „Les Sociétés Coopératives de consummation” (1924), „Histoire de doctrines économiques” (1929, współautor C. Rist), „Le coopératisme” (1929). Wszystkie z nich zostały wydane także w Polsce, w tym ostatnia jako „Kooperatyzm” w przekładzie Stanisława Thugutta w roku 1937 (przypis redaktora Lewicowo.pl).

7. Cytowane wg St. Wojciechowskiego – „Kooperacja w rozwoju historycznym”.